– Krokodyle! Atak krokodyli! Strzelać z armat!
– Wolnego! – ostrzegłam ją. – Nie wpadnij do wody.
Przesłała mi zamaszyście całusa i bawiła się dalej. Kiedy na szczycie wzgórza się odwróciłam, bombardowała krokodyle grudkami darni i dolatywało cienkie buczenie jej trąbki – pauu-pi-rau przeplatane efektami dźwiękowymi bitwy – prask! plum!
Zaskakujące, że to wciąż jeszcze mnie zdumiewa – ta raptowna fala czułości. Gdybym porządnie zmrużyła oczy w ukośnie padających promieniach słońca, prawie bym zobaczyła długie, brązowe krokodyle w wodzie, za jej czerwonym płaszczykiem i żółtym beretem odcinającym się od cienia. Prawie wyobrażałam sobie tę na pół widzialną menażerię wokół Anouk. A ona odwraca się, macha do mnie ręką i piszczy:
– Kocham cię! – po czym znów zajmuje się poważną sprawą, jaką jest zabawa.
Sklep dziś po południu był zamknięty. Razem z Josephine robiłyśmy pralinki i trufle na resztę tygodnia. Już zaczęłam robić czekoladki wielkanocne. Josephine szybko się nauczyła ozdabiać czekoladowe zwierzęta, układać je w pudełkach, owijać pudełka wielobarwną wstążką. Piwnica stała się idealnym magazynem. Chłodno tam, ale nie tak zimno, żeby utworzył się na czekoladzie biały nalot, ciemno, sucho, świetnie nadaje się do przechowywania wszystkich naszych specjałów w kartonach i jeszcze wystarczy miejsca na zapasy domowe. Podłoga ze starych płyt brukowych jest zapastowana, brązowa jak dębowa posadzka. U sufitu wisi jasna żarówka. Drzwi są z gołej sośniny z otworem nisko wyciętym dla kota, którego od lat już nie ma. Nawet Anouk lubi tę piwnicę, chłód pachnący kamieniem i starym winem. Na pobielanych ścianach i płytach podłogi narysowała kolorowymi kredkami ptaki i gwiazdy.
Armande i Luc zostali w zamkniętym sklepie, żeby jeszcze trochę porozmawiać, a potem wyszli razem. Ostatnio spotykają się częściej, chociaż nie zawsze w La Pra-line; Luc dwukrotnie w zeszłym tygodniu był u niej w domu i godzinę przepracował w jej ogrodzie.
– B-babcia musi mieć porządne te klomby, teraz kiedy dom jest wyremontowany – powiedział mi z powagą. – Nie może kopać sama tak jak dawniej, a chce w tym roku mieć k-kwiaty, nie chwasty.
Wczoraj zaniósł do Armande tacę roślin z inspektów Narcisse'a i zasadził je w świeżo przekopanej ziemi pod murkiem.
– Kupiłem lawendę, pierwiosnki, tulipany i żonkile -powiedział. – Babcia lubi najbardziej te kolorowe, pachnące. Nie widzi ich wszystkich dobrze, więc wziąłem także bez, wonny lak i sz-szczodrzenicę miotlastą. Są duże, będzie widziała. – Uśmiechnął się nieśmiało. – Chcę, żeby się zadomowiły przed jej urodzinami.
Zapytałam go, kiedy są urodziny Armande.
– Dwudziestego ósmego marca – padła odpowiedź -skończy osiemdziesiąt jeden lat. Już wymyśliłem p-pre-zent dla niej.
– Tak? Kiwnął głową.
– Jedwabną halkę – oznajmił trochę defensywnie. -Lubi bieliznę.
Powstrzymując uśmiech, przyznałam, że to chyba świetny pomysł.
– Będę musiał pojechać do Agen – mówił wciąż z powagą – i schować przed m-mamą, boby się stukała w czoło. -Uśmiechnął się nagle. – Może zróbmy dla babci uroczystość. Wie pani, na powitanie jej następnych dz-dziesięciu lat.
– Może zapytamy, co ona na to – podsunęłam.
O czwartej Anouk wróciła do domu, wesoła, zmęczona, zabłocona po pachy. Josephine zaparzyła dla niej herbatę cytrynową, ja przygotowałam kąpiel. Rozebrałam Anouk i zanurzyłam w ciepłej pachnącej miodem wodzie, a po-
tem we trzy jadłyśmy podwieczorek: pain au chocolat i brioche z dżemem malinowym, i pulchne słodkie morele z cieplarni Narcisse'a. Josephine wydawała się roztargniona, raz po raz obracała morelę w dłoni.
– Wciąż myślę o tym człowieku – powiedziała w końcu.
– Wiesz, o tym, który tu był dziś rano.
– Roux. Przytaknęła.
– Jego łódź się zapaliła… – zaczęła niepewnie. – Myślisz, że to mógł być wypadek?
– On tak nie myśli. Mówił, że czuł zapach benzyny.
– Co by zrobił, gdyby się dowiedział – zapytała z wysiłkiem – kto podpalił?
Wzruszyłam ramionami.
– Naprawdę nie wiem. Ale dlaczego, Josephine… Masz jakieś podejrzenie? Zaprzeczyła szybko.
– Nie. Gdyby jednak ktoś wiedział… i nie powiedział…
– zająknęła się żałośnie. – Czy on… to znaczy… co by…
Patrzyłam na nią. Nie chciała spojrzeć mi w oczy, tylko obracała bezwiednie tę morelę w dłoni. Podchwyciłam przelotny dymek z jej myśli.
– Ty wiesz kto, prawda?
– Nie.
– Słuchaj, Josephine, jeżeli coś wiesz…
– Nie, nie wiem – mruknęła stanowczo. – Chciałabym wiedzieć.
– Dobrze. Nikt ciebie w to nie wciąga. – Postarałam się przybrać ton przymilny.
– Nie, nie wiem – powtórzyła piskliwie. – Naprawdę. Zresztą on wyjeżdża, tak mówił, i nie jest stąd, i nigdy przedtem tu nie był i… – Język jej głośno mlasnął o zęby.
– Widziałam go dziś nad rzeką – oznajmiła Anoukz buzią pełną brioche. – Widziałam jego dom. Odwróciłam się do niej, trochę ciekawa.
– Rozmawiał z tobą?
Przytaknęła zamaszyście.
– No pewnie. Mówił, że następnym razem zrobi sobie łódź porządną, drewnianą, która nie zatonie. To znaczy, jeżeli te bumkarty także jej nie podpalą. – Anouk doskonale naśladuje akcent Roux, Aż hasają i warczą w jej ustach duchy jego słów.
Odwróciłam głowę, żeby ukryć uśmiech.
– W jego domu jest chłodno – ciągnęła. – Pali ognisko na środku dywanu. Mówił, że mogę przychodzić, kiedy tylko będę chciała. Och… -W poczuciu winy uniosła rękę do ust. – Mówił, że jeżeli tobie nie powiem. – Westchnęła teatralnie. – A ja ci powiedziałam, maman. No nie?
Uściskałam ją ze śmiechem.
– Powiedziałaś.
Josephine była zaniepokojona.
– Myślę, że nie powinnaś wchodzić do tego domu -zwróciła się do Anouk. – Przecież naprawdę nie znasz tego człowieka. On mógłby być brutalny.
– Ja uważam, że nic jej się nie stanie. – Mrugnęłam do Anouk. – Dopóki ona rzeczywiście wszystko mi mówi. Anouk odpowiedziała mrugnięciem.
Dzisiaj odbył się pogrzeb jednej ze staruszek z Les Ma-rauds mieszkającej dalej nad rzeką – długa sprawa wskutek lęku czy szacunku. Nieboszczka miała dziewięćdziesiąt cztery lata, była krewną zmarłej żony Narcisse'a, powiedziała mi Clothilde z kwiaciarni. Narcisse w starej marynarce z samodziału, włożył czarny krawat i tylko tym zaznaczył smutną okoliczność. Reynaud w czerni i bieli, ze srebrnym krzyżem w jednej ręce i z drugą wyciągniętą powitalnie, stał przy drzwiach kościoła, żeby witać żałobników. Tych było niewielu. Może ze dwanaście nieznanych mi starych kobiet, jedna w fotelu na kółkach i z jasnowłosą pielęgniarką, niektóre krągłe i ptasie jak Armande, inne prawie przezroczyste chucherka zamarynowane w swojej późnej starości – wszystkie na czarno, w czarnych pończochach i czarnych czepkach czy chustkach, jedne w czarnych rękawiczkach, inne z gołymi rękami bladymi, i powykręcanymi, przy czym przyciskały je do płaskich piersi jak u Madonn Griinewalda. Widziałam na ogół same ich głowy, kiedy zbite w gromadę szły od minibusu. Spośród pochylonych głów od czasu do czasu migała szara twarz i z tej bezpiecznej enklawy podejrzliwie spoglądały czarne oczy na mnie, podczas gdy pielęgniarka kompetentna, rezolutna, wesoło pchająca fotel na kółkach nadawała ich przemarszowi tempo. Nie wydawało się, żeby one były smutne. Ta w fotelu miała mały czarny mszał i przed drzwiami kościoła zaśpiewała wysokim miauczącym głosem. Inne, zanim znikały w kościelnym mroku, cicho mijały Reynauda, przeważnie kiwając głowami, niektóre dawały mu kartkę z czarną obwódką do odczytania podczas mszy. Jedyny miejscowy karawan przyjechał późno. W karawanie spoczywała spowita w czarną krepę trumna, na której leżał wieniec z kwiatów. Bicie pojedynczego dzwonu brzmiało płasko. Potem w pustym sklepie usłyszałam muzykę organów, apatyczne dźwięki, jak gdyby kamyki wpadały do studni.
Josephine wyjęła z piekarnika bezy i przyszła do mnie.
– To okropne – powiedziała^ wzdrygając się.
Pamiętam wielkomiejskie krematorium i organy -"Toccata" Bacha – i tamtą tanią połyskliwą trumnę, zapach politury i kwiatów. Tamten duchowny źle wymówił nazwisko – Jean Roacher. I po dziesięciu minutach już było po wszystkim.