Выбрать главу

Śmierć powinna być uroczystością – mówiła moja matka. – Jak urodziny. Ja chcę wzlecieć jak rakieta, kiedy mój czas przyjdzie, i spaść w chmurę gwiazd i słyszeć, jak wszyscy wzlatują. Aach!

Jej popioły rozrzuciłam w porcie nocą czwartego lipca. Były sztuczne ognie i wata cukrowa. Powietrze ostro pachniało kordytem i hot dogami, smażoną cebulą i śmieciami zalegającymi w wodzie. To była ta Ameryka, o jakiej ona zawsze marzyła. Ameryka ogromnej zabawy, neonów, muzyki, tłumów ludzi pchających się, rozśpiewanych, ta cała sentymentalna, miła tandeta, jaką ona kochała. Czekałam na najwspanialszą część pokazu i kiedy niebo już było jedną wielką rozedrganą eksplozją świateł i kolorów, wtedy rzuciłam popioły w podmuch. Uleciały miękko, mieniąc się niebiesko-biało-czerwono… Powiedziałabym coś w tamtej chwili, ale wydawało się, że nic nie zostało do powiedzenia.

– Okropne – powtórzyła Josephine. – Nie cierpię pogrzebów. Nigdy na pogrzeby nie chodzę.

Milczałam, patrzyłam na cichy rynek i słuchałam tych organów. Przynajmniej to nie była "Toccata". Karawaniarze wnieśli trumnę do kościoła. Wyglądała na bardzo lekką, szli po bruku z kocich łbów żwawo i raczej niepogrzebowo.

– Wolałabym nie być tak blisko kościoła – powiedziała Josephine niespokojnie. – Nie mogę zebrać myśli, kiedy pogrzeb odbywa się tuż za drzwiami.

– W Chinach ludzie na pogrzebach są w bieli – powiedziałam jej. – I przynoszą prezenty, jaskrawoczerwone paczki, na szczęście. Puszczają fajerwerki. Rozmawiają, śmieją się i tańczą i płaczą. A w końcu wszyscy przeskakują nad dogasającym żarem stosu pogrzebowego jeden po drugim, żeby pobłogosławić ten dym.

Patrzyła na mnie z ciekawością.

– Tam też mieszkałaś? *

Potrząsnęłam głową.

– Nie. Ale znałyśmy mnóstwo Chińczyków w Nowym Jorku. Dla nich śmierć jest świętowaniem życia osoby zmarłej.

Powątpiewała.

– Nie rozumiem, jak można świętować umieranie – powiedziała w końcu.

– Nie umieranie – wyjaśniłam. – Życie. Całe życie, nawet sam koniec. – Zdjęłam czajnik z czekoladą z gorącej płytki i napełniłam dwie szklanki.

Potem weszłyśmy do kuchni po dwa jeszcze ciepłe eklery. Syropiaste w czekoladowych powłokach i podałyśmy je sobie z gęstym creme chantilly i posiekanymi orzechami laskowymi.

– Tak trochę nie w porządku jeść to w czasie pogrzebu – zauważyła Josephine, ale zjadła.

Było prawie południe, kiedy pogrzeb się skończył i te babiny wyszły na rynek oszołomione, mrugające w słonecznym blasku. Czekoladki i ekierki zostały przez ten czas zrobione. Znowu zobaczyłam Reynauda w drzwiach, a potem staruszki odjechały swoim minibusem z jaskrawożółtym napisem "Les Mimosas" na boku – i rynek znów był taki jak zwykle. Narcisse przyszedł zaraz po wyekspediowaniu żałobniczek, bardzo się pocąc w ciasnym kołnierzyku. Złożyłam mu kondolencje. Obojętnie wzruszył ramionami.

– Właściwie jej nie znałem – powiedział. – Jedna z ciotecznych babek mojej żony. Umieścili ją w Le Mortoir dwadzieścia lat temu. Goniła w piętkę.

Le Mortoir. Zobaczyłam, jak Josephine krzywi się na tę nazwę. Les Mimosas pod całą mimozową słodyczą to właśnie miejsce śmierci. Narcisse użył określenia konwencjonalnego. Ta krewna jego żony od dawna już nie żyła.

Podałam mu czarną, słodko-gorzką czekoladę.

– Może kawałek tortu – zaproponowałam. Zastanawiał się przez chwilę.

– Lepiej nie, dopóki jestem w żałobie – oświadczył. -A co to za tort?

– Bayaroise z karmelowym lukrem.

– Może kawalątek.

Josephine wyglądała przez okno na pusty rynek.

– Ten człowiek znów się tu kręci – zauważyła. – Ten z Les Marauds. Wchodzi teraz do kościoła.

Wyjrzałam z drzwi. Roux stał tuż przy bocznych drzwiach St. Jeróme. Wyraźnie wzburzony, przebierał nogami, obejmował się rękami tak, jakby mu było zimno.

Coś niedobrze. Nabrałam nagle pewności. Coś bardzo niedobrze. Kiedy patrzyłam, Roux odwrócił się^ i ruszył prosto do La Praline. Prawie przybiegł. Na progu sklepu zatrzymał się z pochyloną głową, sztywny, skruszony, nieszczęśliwy.

– Armande – powiedział. – Chyba ją zabiłem. Przez chwilę wpatrywaliśmy się w niego. Bezradnie, niedorzecznie machał rękami, jak gdyby odpychał złe myśli.

– Chciałem zawiadomić tego księdza. On nie ma telefonu, więc myślałem, że może on… – Urwał. W rozpaczy mówił z tym swoim egzotycznym akcentem, niezrozumiale. Ten język pełen dziwnych gardłowych spółgłosek, skowytów mógłby być arabskim czy hiszpańskim, czy verlan, czy też jakimś tajemniczym połączeniem wszystkich trzech.

– Widziałem, że ona… i powiedziała mi, żebym poszedł do lodówki i… tam jest lekarstwo. – Znów urwał coraz bardziej wzburzony. – Nie tknąłem jej. Ja bym nie… -Wypluwał słowa z wysiłkiem jak wyłamane zęby. – Powiedzą, że napadłem na nią, że chciałem zabrać jej pieniądze. To nieprawda. Dałem jej koniaku i ona po prostu…

Umilkł. Widziałam, jak straszliwie stara się panować nad sobą.

– W porządku – odparłam spokojnie. – Resztę opowiesz mi po drodze. Josephine może zostać w sklepie. Narcisse może z kwiaciarni zatelefonować po doktora.

– Ja tam nie wrócę – uparł się. – Zrobiłem wszystko, co mogłem. Nie chcę…

Chwyciłam go za rękę i pociągnęłam ze sobą.

– Nie mamy czasu na ceregiele. Musisz tam ze mną pójść.

– Powiedzą, że to moja wina. Policja…

– Jesteś potrzebny Armande. No, chodźże!

W drodze do Les Marauds usłyszałam dalszy ciąg tej nieskładnej opowieści. Roux zawstydzony swoim wczorajszym wybuchem w La Praline zobaczył, że drzwi Armande

są otwarte i zdecydował się ją odwiedzić. Zastał ją prawie nieprzytomną w fotelu na biegunach. Zdołał ją ocucić na tyle, że powiedziała parę słów: "lekarstwo… lodówka…". Na lodówce stała butelka brandy. Napełnił kieliszek, wlał Armande trochę brandy w usta.

– A ona po prostu… się osunęła. Już nic nie mogłem poradzić. – Rozpacz biła od niego. – Potem sobie przypomniałem, że ma cukrzycę. Prawdopodobnie tym ją zabiłem.

– Nie zabiłeś jej – wykrztusiłam bez tchu. Biegliśmy tak szybko, że dostałam kolki w lewym boku. – Nic jej nie będzie. Sprowadzasz pomoc na czas.

– A jeżeli umrze? Myślisz, że kto mi uwierzy? – zapytał ochryple.

– Nie mów tyle. Zaraz u niej będzie doktor.

Drzwi Armande są nadal otwarte, jeden z kotów właśnie wychodzi. W domu cicho. Przez dziurę w rynnie kapie woda deszczowa z dachu. Widzę, jak Roux spogląda na rynnę fachowym okiem: "Będę to musiał naprawić". Staje przy drzwiach, jak gdyby czekał na zaproszenie.

Armande leży na dywaniku przed kominkiem, twarz ma ziemistą, koloru grzyba, wargi sinawe. On przynajmniej ułożył ją w odpowiedniej pozycji: z jedną ręką pod głową, z szyją pod takim kątem, że do płuc może dochodzić powietrze. Jest nieruchoma, ale oddycha, o czym świadczy prawie niedostrzegalny wiaterek pomiędzy jej zębami. Robótka spadła na dywanik przy niej, rozlana kawa z kubka tworzy plamę w kształcie przecinka. Ta scena jest dziwnie płaska, jak fotos z niemego filmu. Dotykam policzka Armande, skóry cienkiej jak mokra krepa. Czarna spódnica podjechała nad kolana, odsłaniając karmazy-nową falbankę. Przez chwilę smutno mi bezbrzeżnie na widok tych artretycznych starych kolan w czarnych pończochach i jej jedwabnej halki pod byle jaką domową suknią.

– No? – pyta Roux tak niespokojnie, że to jest nie pytanie, tylko warknięcie.

– Myślę, że nic jej nie będzie.

Wlepia we mnie oczy pociemniałe z niedowierzania i podejrzliwości.

– Na pewno jest w lodówce insulina – mówię. – Chyba prosiła o insulinę. Pośpieszmy się.

Armande przechowuje insulinę przy jajkach. Plastikowe pudełko zawiera sześć ampułek i kilka strzykawek jednorazowych. Z drugiej strony stoi w lodówce pudełko trufli opatrzone napisem: La Celeste Praline. Poza tym prawie nic nie ma do jedzenia: otwarta puszka sardynek, reszta klopsików w papierze, parę pomidorów.