– No, ty stara…
Guillaume wysuwa się przede mnie, niedorzeczny obrońca. Jego pies ujada cienko. Armande przechodzi obok nas ze śmiechem.
– Nie próbuj mnie przestraszyć, Paul-Marie Muscacie – ostrzega. – Pamiętam, jak byłeś smarkaczem i ukrywałeś się w Les Marauds przed pijanym ojcem. Nie zmieniłeś się tak bardzo, tyle że wyrosłeś i jesteś brzydszy. No, wycofaj się!
Muscat cofa się ogłupiały, wyraźnie gotów zdać się na mnie.
– Pere, ksiądz jej powie. – Jego oczy wyglądają tak, jakby je pocierał solą. – Ksiądz mnie rozumie. Prawda?
Udaję, że nie słyszę. Ja i ten człowiek to niebo i ziemia. Poza wszelkim porównaniem. Cuchnie jego koszula od dawna nieprana i nieświeży piwny oddech; ujmuje mnie za rękę.
– Ksiądz rozumie – powtarza rozpaczliwie. – Ja księdzu pomogłem w sprawie tych Cyganów. Ksiądz zapomniał. Przecież pomogłem.
Może Armande jest na pół ślepa, ale widzi wszystko, niech ją diabli. Wszystko. Czuję jej wzrok.
– Och, naprawdę? -Wulgarnie, jak to ona, chichocze. -Dobrało się dwóch, co cure?
– Nie wiem, o czym mówisz, człowieku – przybieram ton bardzo oschły. – Jesteś pijany jak wieprz.
– Ale, pere – Muscat szuka słów wykrzywiony, purpurowy -pere, sam ksiądz powiedział… Ja niewzruszenie:
– Nic nie powiedziałem.
On otwiera usta znowu jak ryba na mieliźnie Tannes w lecie.
– Nie?
Armande i Guillaume wyprowadzają Josephine, trzymając ją pod pachy. Ta kobieta rzuca mi dziwnie inteligentne spojrzenie, prawie straszne. Ma brudne smugi na policzkach i zakrwawione ręce, lecz w tej chwili jest piękna, wprost niepokojąco. Patrzy na mnie, jak gdyby mogła mnie przejrzeć na wskroś. Chcę jej powiedzieć, że nie powinna mnie potępiać. Ja nie jestem taki jak on, jestem księdzem, nie mężczyzną, inny gatunek – ale ta myśl to absurd, nieomal herezja.
Wychodzą i zostaję sam z Muscatem, jego łzy kapią mi na szyję, gdy mnie obejmuje. Przez chwilę zdezorientowany, tonę we wspomnieniach. Potem zaczynam uwalniać się z objęć możliwie delikatnie, lecz coraz gwałtowniej odpycham się od jego sflaczałego brzucha – dłońmi, pięściami, łokciem… i przez cały czas zagłuszam jego błaganie donośnym, piskliwym, pełnym zawziętości głosem, nie swoim.
– Precz ode mnie, ty skurczysynie, wszystko zepsułeś, ty…
Francis, przykro mi, ja…
– Mon pere.
– Wszystko zepsułeś… wszystko! Precz! – Stękając z wysiłku, wyrywam się ostatecznie z gorącego uścisku z nagłą rozpaczliwą radością – wolny, wreszcie! Zbiegam na dół, zahaczam nogą o nieprzybitą na schodach płytę, tak że skręcam kostkę. A jego łzy, jego głupie lamenty ciągną się za mną jak niechciane potomstwo…
Później znalazłem czas, aby porozmawiać z Clairmontami. Z Muscatem rozmawiać nie będę. Już rozchodzi się pogłoska, że wyjechał, załadował wszystko, co mógł, do swojego starego samochodu i wyniósł się z Lansquenet. Kawiarnia jest zamknięta, tylko zbita szybka w drzwiach świadczy o tym, co się stało dziś rano. Poszedłem tam o zmierzchu i długo stałem pod tym oknem na piętrze. Niebo za Les Marauds było chłodne i sepiowozielone z jednym mlecznym włóknem obłoku na horyzoncie. Rzeka była ciemna i cicha.
Powiedziałem Caro, że Kościół nie poprze jej kampanii przeciwko festiwalowi czekolady. Ja nie poprę. Czy ona nie pojmuje? Komitet nie będzie miał wiarygodności po tym, co Muscat zrobił. Tym razem awanturował się zbyt publicznie, zbyt brutalnie. Szkoda, że nie widzieli go przedtem, tak jak ja go widziałem, rozgorzałego nienawiścią i obłędem. Co innego wiedzieć, że ktoś bije żonę, wiedzieć nieoficjalnie, co innego zobaczyć to na własne oczy w całej tego szpetocie… Nie. On się już nie wydźwignie. Więc Caro teraz będzie mówiła ludziom, że go przejrzała, że nigdy nie miała co do niego złudzeń. Wyplącze się z tego najlepiej, jak tylko potrafi. "Biedna ja, tak się dałam nabrać!". Byliśmy z nim za blisko, tłumaczę jej. Dogodnie się nim posługiwaliśmy. Musimy zatrzeć wrażenie. Dla naszego dobra musimy się wycofać. Nie mówię jej o tej sprawie, o sprawie ludzi z rzeki, ale to także leży mi na sercu. Armande podejrzewa. Z czystej złośliwości może puścić język w ruch. No i tamta sprawa od tak dawna zapomniana wciąż jeszcze nie wygasła w tej starej głowie… Nie. Jestem bezradny. Co gorsza, muszę nawet zaznaczyć, że patrzę na ten festiwal czekolady pobłażliwie. Inaczej zrodzą się plotki i kto wie, jak może się to skończyć? Jutro muszę w kazaniu zalecać tolerancję, odwrócić falę, która już płynie, zmienić ich nastawienie. Pozostałe ulotki zniszczę. Plakaty przygotowane do rozlepienia wszędzie w Lansquenet po Montauban trzeba również zniszczyć. To mnie boli, mon pere, ale cóż mogę zrobić? Skandal by mnie zabił.
Jest Wielki Tydzień. Jeden tydzień do festiwalu. I ona wygrała, mon pere. Wygrała. Teraz tylko cud mógłby nas uratować.
34
Środa, 26 marca
Nadal Muscata nie widać. Josephine była w La Praline przez większość poniedziałku, ale wczoraj rano zdecydowała się wrócić do kawiarni. Tym razem poszedł z nią Roux i zastali tam tylko bałagan. Pogłoski się potwierdzają, Mu-scat rzeczywiście wyjechał. Roux już ukończył nowy pokój Anouk na strychu i zaczął pracować w kawiarni. Zakłada nowe zamki na drzwiach, usuwa stare linoleum z podłogi, zrywa z okien brudne firanki. On uważa, że wystarczy trochę wysiłku, pobielenie ścian, odnowienie poobijanych starych mebli i mnóstwo mydła i wody, a ten lokal stanie się jasny i przytulny. Ofiarował się wykonać wszystko za darmo, Josephine o tym nie chce słyszeć. Muscat naturalnie wyczyścił ich wspólne konto w banku, ale ona ma trochę własnych pieniędzy i jest pewna, że nowa kawiarnia będzie przynosić zyski. Wiszący od trzydziestu lat wyblakły szyld: Cafe de la Republique został wreszcie zdjęty. Zamiast niego jest jaskrawa markiza, czerwono-biała – bliźniaczka mojej markizy -i dostarczony z zakładu Clairmonta szyld z odręcznym napisem Cafe des Marauds. Narcisse zasadził w skrzynkach okiennych z kutego żelaza pelargonie, będą rosły przy ścianach i otwierać swe szkarłatne pąki. Armande ze swojego ogrodu u stóp wzgórza patrzy z uznaniem na kawiarnię.
– Dzielna dziewczyna – mówi. – Da sobie radę, teraz kiedy się pozbyła tego ślubnego pijaka.
Roux mieszka chwilowo w jednym z wolnych pokoi w kawiarni, a Luc zastępuje go u Armande ku wielkiej irytacji matki.
– To nie miejsce do nocowania dla ciebie! – Słyszę, jak Caroline wykrzykuje. Stoję na rynku, kiedy oni idą z kościoła. Luc w niedzielnym ubraniu. Caro w znowu innym ze swoich niezliczonych pastelowych kostiumów i w jedwabnym szaliku zasupłanym na głowie.
Odpowiedź syna jest grzeczna i stanowcza:
– Ja tylko w tym tygodniu do-do p-przyjęcia. Ktoś musi być u babci. N-na wszelki wypadek.
– Bzdura! – zbywa to Caroline. – Powiem ci, co babcia robi. Stara się wedrzeć pomiędzy nas. Zabraniam ci, stanowczo zabraniam nocować u niej. A jeśli chodzi o to śmieszne przyjęcie…
– Myślę, m-maman, że nie powinnaś mi z-zabraniać.
– A niby dlaczego? Jesteś moim synem, do licha, nie będziesz mi mówił, że wolisz słuchać tej zwariowanej staruszki! – Caro ma w oczach łzy gniewu. Głos jej się załamuje.
– Nie ma dramatu, m-maman. – Luc bierze matkę pod rękę, nie przejmuje się tym pokazem. – To tylko do urodzin, p-przyrzekam.Ty też jesteś zaproszona. Babcia by się cieszyła, gdybyś p-przyszła.
– Ja nie chcę przyjść! – mówi cicho Caro, uparcie, płaczliwie, jak zmęczone dziecko. Luc wzrusza ramionami.
– Więc nie przychodź. Ale n-nie spodziewaj się później, że babcia cię usłucha. Caro patrzy na niego.
– Co to znaczy?
– T-to znaczy, że mógłbym z nią porozmawiać, p-przeko-nać ją. – On zna swoją matkę, spryciarz. – M-mógłbym ją namówić. Ale jeżeli ty nie chcesz sp-spróbować…
– Tego nie powiedziałam. – Caro obejmuje go, – Mój mądralo. – Już odzyskała równowagę. – Mógłbyś to zrobić? – powtarza przymilnie i idą dalej pod rękę, ten chłopiec wyższy od matki patrzy na nią jak pobłażliwy ojciec na kapryśne dziecko.
Och, on wie.
Kiedy Josephine jest zajęta swoimi sprawami, niewiele mi pomogą w moich przygotowaniach wielkanocnych. Na szczęście prawie wszystko już jest gotowe i zostało tylko kilka tuzinów pudełek do napełnienia. Wieczorami robię ciasteczka i trufle, dzwonki z piernika i pozłacane pains d'epices. Brak mi lekkiej ręki Josephine przy robieniu opakowań i ozdób, ale Anouk pomaga, jak potrafi najlepiej, spulchnia falbanki z celofanu, przypina jedwabne róże na niezliczonych saszetkach.