Po podpisaniu umowy z Safrą zadzwoniłem do niej z kancelarii prawniczej i umówiłem się z nią na wieczór w Ken Lo, naszej ulubionej chińskiej restauracji nieopodal Victoria Station, aby uczcić mój sukces. Podczas kolacji Sabrina była dziwnie przygnębiona i nie miałem pojęcia, co się dzieje. Ale potem, kiedy jedliśmy deser, nachyliła się w moją stronę i powiedziała:
— Bill, jestem naprawdę szczęśliwa, że ci się udało, ale nie chcę cię stracić.
— Nie stracisz mnie — odparłem z czułością. — Wyjeżdżasz ze mną.
— Bill, jeżeli chcesz, żebym wszystko rzuciła i przeprowadziła się z tobą do Moskwy, to musisz się ze mną ożenić. Mam trzydzieści pięć lat i chcę mieć dzieci, zanim będzie za późno. Nie mogę włóczyć się z tobą po świecie dla rozrywki.
Potrafiła być beztroska, seksowna i szalona, ale pod tym wszystkim kryła się zwyczajna żydowska dziewczyna, która chciała założyć rodzinę, i to pragnienie doszło do głosu tamtego wieczoru w Ken Lo. Nie chciałem z nią zrywać, lecz małżeństwo po zaledwie półrocznej znajomości wydawało się pochopną decyzją. Nic nie odpowiedziałem, a po powrocie do domu Sabrina zaczęła się pakować.
Przyjechała taksówka, a ona bez słowa otworzyła drzwi i nieporadnie zaczęła taszczyć ciężkie walizki, idąc żwirową ścieżką w stronę ulicy. Tak bardzo przytłaczała mnie myśl o rozstaniu, że w jednej chwili podjąłem decyzję. Skoro powiedziało się A, trzeba powiedzieć B. Pobiegłem za nią i zastąpiłem jej drogę.
— Sabrino, ja też nie chcę cię stracić. Pobierzmy się, wyjedźmy do Moskwy i zacznijmy wspólne życie.
W jej oczach zakręciły się łzy. Upuściła walizki, po czym rzuciła mi się w objęcia i pocałowała mnie.
— Dobrze, Bill. Chcę być wszędzie tam gdzie ty i robić z tobą wszystko. Kocham cię.
Rozdział 9
Noc na podłodze w Davos
Wszystko zaczynało się układać. Dostałem 25 milionów dolarów od Safry, miałem wspaniałe pomysły na inwestycje i oto czekała mnie w Moskwie wspaniała przygoda, którą miałem przeżyć wraz z moją ukochaną. Było jednak coś, co mogło obrócić wszystko w ruinę — wybory prezydenckie w Rosji, które miały się odbyć w czerwcu 1996 roku.
Borys Jelcyn, pierwszy w historii Rosji prezydent, który osiągnął ten urząd w drodze demokratycznych wyborów, przygotowywał się do reelekcji, ale sytuacja nie zapowiadała się dla niego korzystnie. Jego plan przejścia od komunizmu do kapitalizmu zakończył się spektakularną porażką. Zdobycze masowej prywatyzacji miały zostać rozdzielone między 150 milionów obywateli, tymczasem 39 procent rosyjskiej gospodarki znalazło się w rękach dwudziestu dwóch oligarchów, a cała reszta kraju żyła w biedzie. Aby powiązać koniec z końcem, profesorowie musieli zamienić się w taksówkarzy, pielęgniarki zaczęły parać się prostytucją, a muzea wyprzedawały bezcenne dzieła sztuki. Niemal wszyscy Rosjanie czuli się zastraszeni i upokorzeni, a winą za to obarczali Jelcyna. Kiedy w grudniu 1995 roku przygotowywałem się do przeprowadzki do Moskwy, wskaźnik poparcia dla Jelcyna wynosił zaledwie 5,6 procent. Tymczasem Giennadij Ziuganow, jego komunistyczny rywal, piął się w sondażach i cieszył się największym poparciem spośród wszystkich kandydatów.
Wielu ludzi obawiało się, że jeśli Ziuganow zostanie prezydentem, państwo skonfiskuje cały majątek, jaki został sprywatyzowany. Potrafiłem znieść w Rosji wiele niedogodności, takich jak hiperinflacja, strajki, brak żywności, a nawet przestępczość w miejscach publicznych. Ale gdyby rząd najzwyczajniej przejął wszystko i oświadczył, że kapitalizm się skończył, byłaby to katastrofa.
Zastanawiałem się, co mam robić. Wciąż była szansa, że Jelcyn wygra, więc nie zamierzałem się wycofywać z umowy zawartej z Safrą. Ale z drugiej strony nie mogłem też ulokować jego pieniędzy w kraju, który mógł je zagarnąć dosłownie z dnia na dzień. Zadecydowałem, że najlepszym rozwiązaniem będzie przeprowadzić się do Moskwy i czekać. Fundusz mógł przetrzymać wszystkie pieniądze w gotówce aż do momentu, gdy stanie się jasne, kto wygra wybory. W najgorszym wypadku mogłem zwrócić Safrze jego wkład, wrócić do Londynu i zacząć wszystko od nowa.
Niezależnie od moich planów Sandy Koifman miał własną wizję ochrony interesów Safry. Zadzwonił do mnie w styczniu 1996 roku i oświadczył, że zanim otrzymam jakiekolwiek pieniądze, muszę opracować coś, co nazwał zestawem procedur operacyjnych. Co to, do cholery, jest? — pomyślałem. Tego nie było w umowie. Safrę najwyraźniej tchórz obleciał i żądanie to wydawało się elegancką formą gry na zwłokę, dzięki której zyskiwał czas na zastanowienie, czy brnąć w to dalej, czy odstąpić od umowy.
Mogłem sprzeciwić się Sandy’emu, ale nie chciałem niczego robić na siłę. Zacząłem pracować nad powierzonym mi przez niego zadaniem, śledząc wyniki badań opinii publicznej w Rosji, by się przekonać, czy sprawy przybierają korzystny dla mnie obrót.
Już od tygodnia ślęczałem nad procedurami operacyjnymi, gdy zadzwonił do mnie mój przyjaciel, Marc Holtzman. Poznaliśmy się w Budapeszcie pięć lat wcześniej, kiedy pracowałem dla Maxwella. Marc zarządzał bankiem inwestycyjnym skoncentrowanym na krajach Europy Wschodniej oraz Rosji i cechowała go niespotykana zdolność nawiązywania kontaktów biznesowych. Można go było wysłać do dowolnego z krajów rozwijających się, a w ciągu dwudziestu czterech godzin był w stanie zorganizować spotkanie z prezydentem, ministrem spraw zagranicznych i prezesem banku centralnego. Chociaż był moim rówieśnikiem, czułem się przy nim jak amator, ilekroć przejawiał swoje wybitne zdolności polityczne.
— Cześć, Bill — odezwał się Marc, gdy tylko podniosłem słuchawkę. — Wybieram się do Davos. Chcesz się przyłączyć?
Marc mówił o Światowym Forum Ekonomicznym odbywającym się co roku w Davos w Szwajcarii, na którym gościli prezesi wielkich przedsiębiorstw, miliarderzy i głowy państw. Była to najbardziej elitarna impreza w świecie biznesu, a warunki uczestnictwa — kierowanie państwem albo korporacją o globalnym znaczeniu, jak również wpisowe w wysokości 50 tysięcy dolarów — miały na celu sprawić, by takie płotki jak Marc i ja nie mogły ot tak sobie „wybrać się do Davos”.
— Z wielką przyjemnością, ale nie zostałem zaproszony — odparłem i nie było to nic odkrywczego.
— No i co z tego? Ja też nie!
Z niedowierzaniem pokręciłem głową na tę wyjątkową kombinację tupetu, ignorancji i awanturnictwa, jaka cechowała Marca.
— No dobra, ale gdzie się zatrzymamy? — spytałem, zwracając uwagę na kolejną przeszkodę, ponieważ było powszechnie wiadomo, że miejsca we wszystkich hotelach w promieniu wielu kilometrów są zarezerwowane z rocznym wyprzedzeniem.
— Och, to nie problem. Znalazłem pojedynczy pokój w hotelu Beau Sejour, w samym centrum miasta. Żadnych zbytków, ale będzie zabawnie. Nie każ się prosić!
Wahałem się. Miałem dużo pracy. Ale wtedy Marc dodał z podnieceniem:
— Bill, musisz tam być. Zorganizowałem uroczystą kolację dla Giennadija Ziuganowa.
Giennadija Ziuganowa? Jak, do cholery, coś takiego mu się udało?
Najwyraźniej Marc był na tyle dalekowzroczny, że zaskarbił sobie względy Ziuganowa na długo przed tym, jak ten zaczął się liczyć na scenie politycznej. Kiedy ogłoszono, że Ziuganow pojawi się w Davos, Marc zadzwonił do niego i oświadczył: „Kilku znanych mi miliarderów i prezesów spółek z pięćsetki «Fortune» bardzo chce pana poznać. Czy byłby pan zainteresowany spotkaniem z nami przy kolacji w Davos?”. Oczywiście Ziuganow był zainteresowany. Wtedy Marc napisał do wszystkich miliarderów i prezesów, którzy mieli przybyć do Davos, informując każdego z nich: „Giennadij Ziuganow, prawdopodobnie następny prezydent Rosji, chciałby osobiście pana poznać. Czy znajdzie pan czas, by zjeść z nim kolację dwudziestego szóstego stycznia?”. Oczywiście wszyscy znaleźli czas. I w taki oto sposób Marc wszystko zorganizował. Była to prymitywna strategia, ale zadziwiająco skuteczna.