— Ci, którzy obawiają się, że zamierzam przeprowadzić ponowną nacjonalizację, mogą spać spokojnie.
Ocknąłem się z odrętwienia i wytężyłem słuch.
— Obecnie komunizm to tylko etykietka — ciągnął Ziuganow. — Procesu prywatyzacji, który został zapoczątkowany w Rosji, nie da się cofnąć. Gdybyśmy chcieli upaństwowić własność prywatną, od Kaliningradu do Chabarowska wybuchłyby zamieszki. — Na koniec zdawkowo skinął głową i rzekł: — Mam nadzieję, że ponownie zobaczymy się w tym gronie, kiedy będę prezydentem Rosji.
Wszyscy milczeli oszołomieni, tymczasem Ziuganow usiadł, chwycił widelec i zajął się deserem. Czyżby faktycznie wykluczył możliwość powrotu do nacjonalizacji? Tak to zabrzmiało.
Wkrótce potem kolacja dobiegła końca, a Marc i ja wróciliśmy do naszego pokoju. Leżałem na podłodze i w mojej głowie kotłowały się myśli. Jeżeli Ziuganow mówił prawdę, niezależnie od tego, kto wygra wybory, mogłem znów zająć się interesami. Musiałem jak najszybciej podzielić się tą wiadomością z Sandym Koifmanem.
Następnego dnia z samego rana zadzwoniłem do niego do Genewy i opowiedziałem mu o wszystkim, ale nie zrobiło to na nim wrażenia.
— Naprawdę mu wierzysz, Bill? Ci ludzie są skłonni obiecać wszystko.
— Sandy, ale Ziuganow powiedział to w obecności najpotężniejszych biznesmenów świata. To musi coś znaczyć.
— To nic nie znaczy. Ludzie kłamią, politycy kłamią, każdy kłamie. Na Boga, masz do czynienia z rosyjskim politykiem. Gdybym wierzył we wszystko, co mówią politycy, Safra już dawno byłby bankrutem.
Nie wiedziałem, co o tym sądzić, ale wszystko, co usłyszałem w Davos, napełniło mnie przeczuciem, że istnieje przynamniej mała szansa powodzenia i zamierzałem stanąć na głowie, by tę szansę wykorzystać.
Rozdział 10
Akcje uprzywilejowane
Półtora miesiąca po powrocie z Davos zakończyłem wreszcie opracowywanie zestawu procedur operacyjnych, którego zażądał ode mnie Sandy. Teraz musiał przesłać mi pieniądze, które Safra ulokował w moim funduszu, albo zerwać umowę.
Gdyby notowania Jelcyna zatrzymały się na poziomie 5,6 procent, Sandy z pewnością zrobiłby to drugie. Ale plan oligarchów okazał się skuteczny. Na początku marca poparcie dla Jelcyna wzrosło do 14 procent, wskutek czego Sandy znalazł się w kłopotliwym położeniu. Zawarta w umowie klauzula zastrzegała, że jeśli Safra się wycofa, będzie musiał zapłacić wielomilionowe odszkodowanie. Aczkolwiek gdyby Sandy uwolnił fundusze, a Jelcyn przegrał wybory, Safra mógłby stracić znacznie więcej. Aby jeszcze trochę zyskać na czasie, Sandy przelał na moje konto 100 tysięcy dolarów kapitału obrotowego, dzięki czemu mogłem przynajmniej założyć biuro w Moskwie.
Ja również byłem w rozterce. Nie podobała mi się perspektywa przeprowadzki do Moskwy bez żadnego realnego kapitału, ale też nie widziałem sensu, by zbytnio nalegać. Gdyby Safra zdecydował się teraz odstąpić od umowy, w ciągu trzech miesięcy poprzedzających wybory w Rosji nie zdołałbym znaleźć innego inwestora, który byłby gotów wyłożyć 25 milionów dolarów.
Zająłem się pracą i kontynuowałem przygotowania do przeprowadzki z Sabriną, ale nasze stosunki zaczęły się komplikować. Sabrina zaszła w ciążę niemal w tej samej chwili, gdy się jej oświadczyłem, i teraz dokuczały jej silne poranne nudności. Była w tak złym stanie, że kilka razy musiałem jechać z nią do szpitala, aby ją nawodniono.
Gdy w przeddzień wyjazdu do Moskwy pakowaliśmy w sypialni nasze walizki, powiedziała w końcu to, czego się obawiałem.
— Bill, myślałam o tym całą noc i…
— Co takiego?
— Przepraszam cię, ale nie mogę wyjechać z tobą do Rosji.
— Z powodu tych porannych nudności?
— Tak, a poza tym…
— No co? W takim razie dołączysz do mnie, kiedy już przestaną ci dokuczać, zgoda?
Sabrina odwróciła wzrok. Wyglądała na zmieszaną.
— Tak — odparła. — Znaczy, tak sądzę. Sama nie wiem, Bill. Po prostu nie wiem.
Choć bardzo chciałem, żeby była ze mną w Moskwie, nie mogłem mieć do niej pretensji. Miała zostać moją żoną i była ze mną w ciąży. Bez względu na wcześniejsze ustalenia zależało mi przede wszystkim na tym, żeby czuła się spokojna i szczęśliwa. To było najważniejsze.
Zgodziłem się, żeby została, i następnego dnia rano Sabrina zawiozła mnie na Heathrow. Pożegnaliśmy się na chodniku przed terminalem i obiecałem, że będę dzwonił do niej dwa razy dziennie. Pocałowałem ją i wszedłem do holu pełen nadziei, że moja narzeczona wkrótce do mnie dołączy.
Zastanawiałem się nad tym wszystkim, lecąc na wschód. Potem jednak wylądowałem na lotnisku Szeremietiewo, gdzie musiałem stawić czoło tłumom i zmierzyć się z panującym tam chaosem, toteż nie miałem siły myśleć o czymkolwiek, co nie dotyczyło zmagań z moskiewską rzeczywistością.
Miałem długą na dwie strony listę rzeczy do zrobienia, a pierwszym punktem było znalezienie biura. Kiedy już zameldowałem się w hotelu National, zadzwoniłem do Marca Holtzmana, który niedawno założył w Moskwie własne biuro. Powiedział mi, że jeden z lokali w jego sąsiedztwie jest wolny, więc umówiłem się na spotkanie, by niezwłocznie go obejrzeć.
Rankiem następnego dnia stanąłem na chodniku przed hotelem, aby zatrzymać taksówkę. Zanim jednak zdążyłem unieść rękę, pędząca środkowym pasem karetka pogotowia skręciła gwałtownie w stronę krawężnika i zatrzymała się tuż przede mną. Kierowca nachylił się, opuścił szybę w oknie i zapytał:
— Kuda wy jedietie?
Zrozumiałem, że mężczyzna chce wiedzieć, dokąd się wybieram.
— Parus Business Centre — odparłem bez cienia rosyjskiego akcentu i podałem adres: — Twierskaja Jamskaja dwadcat’ tri. — To był szczyt mojej biegłości w posługiwaniu się lokalnym językiem. W przeciwieństwie do większości zamieszkałych w Moskwie ludzi Zachodu nigdy nie studiowałem literatury rosyjskiej, nie byłem szkolony na szpiega ani nie robiłem niczego przydatnego, co mogłoby mnie przygotować do życia w Rosji.
— Piat’ tysiaczi rubliej — odparł kierowca.
Pięć tysięcy rubli, czyli około jednego dolara, za przejechanie trzech kilometrów.
Kiedy rozmawialiśmy, przy chodniku zatrzymały się cztery inne samochody i czekały w kolejce, na wypadek gdybym nie zdecydował się jechać karetką. Spieszyło mi się, więc wsiadłem. Zajmując miejsce na siedzeniu pasażera, obejrzałem się przez ramię, żeby sprawdzić, czy z tyłu nie leżą czyjeś zwłoki albo jakiś ranny. Na szczęście nikogo tam nie było. Zatrzasnąłem drzwi, a kierowca włączył się do ruchu i skręcił w ulicę Twerską.
Niebawem przekonałem się, że karetki pogotowia, które zgarniają z ulicy pasażerów, nie są w Moskwie niczym nadzwyczajnym. Każdy pojazd był potencjalną taksówką, zarówno prywatny samochód, jak i śmieciarka, czy nawet radiowóz milicyjny. Wszyscy tak desperacko szukali okazji do zarobku, że bez wyjątku zatrzymywali się i proponowali ludziom podwózkę.
Dziesięć minut później zajechaliśmy przed budynek Parus Business Centre. Wręczyłem kierowcy zapłatę, wysiadłem i przejściem podziemnym dostałem się na drugą stronę ulicy. Wszedłem do środka, minąłem znajdujący się na parterze punkt dealerski Chevroleta i przywitałem się z zarządcą budynku, gadatliwym Austriakiem.
Zarządca zaprowadził mnie do położonego na trzecim piętrze wolnego biura. Było rozmiarów przeciętnej sypialni — miało powierzchnię niespełna dwudziestu metrów kwadratowych.
Za oknami, które dało się uchylić zaledwie na kilka centymetrów, roztaczał się widok na parking i stojące za nim odrapane bloki mieszkalne z epoki komunizmu. Miejsce to nie należało do pięknych, ale było funkcjonalne, miało kilka gniazdek telefonicznych, a w tym samym korytarzu znajdowało się biuro Marca. Austriak chciał cztery tysiące dolarów za miesiąc, była to zatem najdroższa w przeliczeniu na metr kwadratowy przestrzeń biurowa w Moskwie. Próbowałem negocjować czynsz, ale zarządca tylko się roześmiał. Po krótkiej sprzeczce dałem w końcu za wygraną i podpisałem umowę najmu.