Выбрать главу

— Poszukuję informacji na temat spółek naftowych.

— Doskonale! Trafiłeś pod właściwy adres.

— Możesz mi powiedzieć coś o Sidanco?

— Oczywiście. Wiem o nich wszystko. — Dmitrij wstał i wyszedł z kuchni, by po chwili wrócić z wielkim arkuszem w ręku. — Co chcesz wiedzieć?

— Na początek, jakie są ich zasoby?

Pochyliliśmy się obaj nad rozłożonym arkuszem, a Dmitrij wskazał palcem jedną z kolumn tabeli. Według jego danych Sidanco dysponowała sześcioma miliardami baryłek ropy. Mnożąc cenę czteroprocentowego pakietu razy dwadzieścia pięć, uzyskałem wartość aktywów całej spółki, czyli 915 milionów dolarów. Podzieliłem ją przez liczbę baryłek ropy stanowiącej rezerwy i z moich obliczeń wynikło, że Sidanco sprzedaje swoje złoża po 15 centów za baryłkę. To było czyste szaleństwo, zważywszy na fakt, że w owym czasie cena rynkowa baryłki ropy wynosiła 20 dolarów.

Zmarszczyłem brwi. Coś tu nie grało. Jeżeli te liczby miały coś wspólnego z prawdą, oferta Sidanco była niewiarygodnie tania.

— Nie do wiary — mruknąłem pod nosem.

Podziękowałem Dmitrijowi i wyszedłem. Kiedy wróciłem do biura, zleciłem Clive’owi wycenę aktywów Lukoilu, rosyjskiej spółki naftowej, której akcje cieszyły się największym zainteresowaniem. Clive zadzwonił do jednego z brokerów i po zakończeniu rozmowy podsunął mi swoją kalkulację.

Przez kilka sekund przyglądałem się liczbom.

— To nie może być prawda.

— Takie dane dostałem od brokera — tłumaczył się Clive.

Niezwykłe wydawało się to, że wartość aktywów Lukoilu w przeliczeniu na baryłkę ropy była sześć razy większa niż w przypadku Sidanco, choć obie spółki sprawiały wrażenie podobnych.

— Dlaczego wartość Lukoilu byłaby tyle razy wyższa?

Clive zmrużył oczy.

— A może z Sidanco jest coś nie tak?

— Może. A jeżeli nie ma żadnego błędu? Rzeczywiście może być po prostu taniej.

— Byłoby cudownie. Ale jak to potwierdzić?

— Zapytamy ich. A jeżeli nam nie powiedzą, będziemy pytać innych ludzi, dopóki tego nie ustalimy.

Następnego dnia rozpoczęliśmy śledztwo.

Wybraliśmy się do dzielnicy biznesowej położonej na zachodnim brzegu rzeki Moskwy, gdzie nieopodal rezydencji ambasadora Wielkiej Brytanii spółka Sidanco miała swoje biura mieszczące się w dawnej posiadłości cara. Towarzyszyła mi Swietłana. Sekretarka, atrakcyjna długowłosa blondynka w butach na cienkich jak ołówki szpilkach, powitała nas w recepcji i zaprowadziła do urządzonej w stylu lat siedemdziesiątych sali konferencyjnej, w której stały fornirowane szafki i obita wyblakłym pluszem sofa. Oznajmiła nam, że dyrektor zaraz do nas przyjdzie.

Musieliśmy czekać pół godziny, zanim do sali wszedł dyrektor działu rozwoju strategicznego. Starał się sprawiać wrażenie członka zarządu, który cały ranek ma wypełniony ważnymi spotkaniami. Był wysokim i chudym mężczyzną tuż po trzydziestce, który już zaczynał łysieć. Wymamrotał po rosyjsku coś, czego nie zrozumiałem.

— Przeprasza, że kazał panu czekać — przetłumaczyła Swietłana. — Pyta, w czym może panu pomóc.

— Pażałujsta — dodał mężczyzna. — Czaj?

— Pyta, czy napije się pan herbaty — powiedziała Swietłana, siedząc sztywno pomiędzy nami na skórzanym fotelu.

Dyrektor spojrzał na zegarek. Czas uciekał. Podziękowałem za herbatę.

— Powiedz mu, że chciałbym się dowiedzieć, jak duże są ich złoża ropy — zwróciłem się do Swietlany.

Znałem już liczby, ale chciałem potwierdzić, czy są prawdziwe.

Dyrektor poruszył się niespokojnie na swoim fotelu, jak gdyby mnie zrozumiał, ale czekał, aż Swietłana przetłumaczy moje słowa. Zacisnął wargi w skąpym uśmiechu, założył nogę na nogę i przystąpił do wyjaśnień.

Po kilku minutach przerwał, aby Swietłana mogła przetłumaczyć.

— Twierdzi, że jeśli chodzi o złoża ropy, najważniejsza jest ich technika wiercenia. Powiedział, że Sidanco dysponuje najnowocześniejszym sprzętem i zatrudnia najlepszych inżynierów w kraju.

Nim zdążyłem się odezwać, dyrektor uciszył mnie ruchem dłoni. Monotonnym głosem opowiadał dalej o odwiertach, zatorach rurociągów i firmach marketingowych, co Swietłana skrupulatnie tłumaczyła.

— Pyta, czy to wszystko — powiedziała nagle.

— Czy możesz go zapytać o złoża ropy?

— Już to zrobiłam — odparła zmieszana.

— Ale on nie odpowiedział. Zapytaj go jeszcze raz.

Swietłana ponownie zwróciła się do dyrektora, a na jej policzkach zapłonęły rumieńce. Mężczyzna rozparł się w fotelu i czekał, aż tłumaczka skończy mówić. Potem pokiwał głową, jakby wreszcie zrozumiał moje pytanie i zamierzał wszystko wyjawić.

Mówił coś przez dłuższą chwilę. Gdy zdałem sobie sprawę, że ani myśli przerywać, aby Swietłana mogła przetłumaczyć jego słowa, podałem jej świstek papieru i długopis. Dziewczyna zaczęła szybko notować. Pięć minut później posłała mi nerwowe spojrzenie, jakby chciała się upewnić, czy ma kontynuować. Po dziesięciu minutach przestała pisać.

Dyrektor zakończył wreszcie swój wywód, po czym wyprostował się na fotelu i skinieniem głowy dał Swietłanie znak, że może tłumaczyć.

— On twierdzi, że najlepsza ropa w Rosji pochodzi z zachodniej Syberii — powiedziała Swietłana, spoglądając na notatki. — Jest dużo lepsza od ciężkiego oleju z Tatarstanu czy Baszkirii. Mówi też…

— Czy powiedział, jak duże są ich złoża? — zapytałem, wchodząc tłumaczce w słowo.

— Nie.

— Jesteś pewna?

— Tak.

— Zapytaj go jeszcze raz.

Swietłana zastygła w bezruchu.

— No, dawaj — ponagliłem ją. — To nic złego.

Dziewczyna powoli odwróciła się w stronę dyrektora, który już się nie uśmiechał. Poirytowany wyjął z kieszeni telefon komórkowy i zaczął przeglądać jego menu. Swietłana nieśmiało zadała mu pytanie po raz trzeci.

Mężczyzna wstał i warknął coś opryskliwie.

— Mówi, że jest już spóźniony na następne spotkanie — powiedziała Swietłana cichym głosem.

Najwyraźniej dyrektor nie zamierzał udzielać odpowiedzi na moje pytanie. Nie mogłem zrozumieć, czemu ten człowiek boi się przekazać mi dane dotyczące złóż, którymi dysponowała jego spółka. Prawdopodobnie sam tego nie pojmował, lecz zgodnie z panującym w Rosji obiegowym przekonaniem ujawnienie komuś prawdziwych informacji może mieć fatalne następstwa. Najlepszym sposobem, w jaki Rosjanie radzili sobie z zadanymi wprost pytaniami, były pozbawione ładu i składu wielogodzinne tyrady, gdzie zasadnicza kwestia ginęła w potoku słów. Zazwyczaj ludzie są zbyt uprzejmi, by w takiej sytuacji naciskać rozmówcę i często zapominają o pytaniu, które postawili na początku. W starciu z zaprawionym w takich wybiegach Rosjaninem potrzeba nie lada koncentracji, żeby zyskać choćby szansę na odkrycie tego, czego się szukało.

— Ma nadzieję, że powiedział panu wszystko, czego chciał się pan dowiedzieć — dodała Swietłana.

Dyrektor wyciągnął rękę i uścisnął mi dłoń.

— Proszę znowu do nas wstąpić niebawem — powiedział doskonałą angielszczyzną. — Zawsze z przyjemnością gościmy zachodnich inwestorów.

Było jasne, że nikt w Sidanco nie zamierza ujawnić żadnych informacji o tej spółce. Zacząłem więc spotykać się z przedstawicielami innych firm, by sprawdzić, czy wiedzą coś o swoim konkurencie.