Zadomowiliśmy się w hotelu i po raz pierwszy od kilku lat zacząłem się odprężać. Wyciągnięty na leżaku obok basenu spoglądałem na Davida, który bawił się na rozłożonym ręczniku, i dotarło do mnie, jak bardzo jestem zmęczony. Pogrążałem się w stanie całkowitego rozluźnienia. Sabrina miała rację, wybierając to miejsce. Zamknąłem oczy. Czułem, że mógłbym tak się wylegiwać w słońcu całymi dniami.
Jednak kilka dni po przyjeździe, akurat kiedy zacząłem naprawdę pozbywać się napięcia, zadzwoniła moja komórka. Dzwonił Wadim, mój nowy specjalista od badań rynku. Wadim był dwudziestosiedmioletnim analitykiem finansowym z doktoratem w dziedzinie ekonomii, który uzyskał na jednym z czołowych moskiewskich uniwersytetów. Zatrudniłem go przed pięcioma miesiącami, aby moje niepewne poczynania nabrały bardziej profesjonalnego charakteru. Nosił okulary o grubych szkłach, miał ciemną kędzierzawą czuprynę i potrafił w ciągu kilku minut rozwiązać najbardziej skomplikowaną łamigłówkę ekonomiczną.
— Bill — zaczął poważnym tonem. — Od Reutera przyszły właśnie bardzo niepokojące wieści.
— Co takiego?
— Sidanco prowadzi emisję akcji. Ich ogólna liczba wzrośnie niemal trzykrotnie i sprzedają je tanio, bo prawie dziewięćdziesiąt pięć procent poniżej ceny rynkowej.
Nie rozumiałem, co chciał przez to powiedzieć. Jeżeli każdy miał prawo nabyć nowe akcje, skutki mogły być dla nas neutralne, lub nawet przynieść nieznaczne korzyści.
— To źle czy dobrze? — spytałem.
— Bardzo, ale to bardzo źle. Sidanco pozwala wszystkim akcjonariuszom oprócz nas na zakup tych nowych udziałów.
To było niedorzeczne. Gdyby Sidanco była w stanie trzykrotnie zwiększyć ogólną liczbę swoich akcji, nie dopuszczając nas do ich zakupu, to stan posiadania Safry i naszego funduszu zmieniłby się z 2,4 procent na 0,9 procent udziałów w spółce, która nie dałaby nam nic w zamian. Jednym pociągnięciem pióra Potanin i jego klika zamierzali w biały dzień obrabować Safrę i moich klientów z udziałów o wartości 87 milionów dolarów.
Usiadłem na leżaku.
— To niewiarygodne! Jesteś tego pewien, Wadimie? Może w komunikacie Reutera jest jakiś błąd czy coś takiego?
— Nie sądzę, Bill. Moim zdaniem to prawda.
— Zdobądź oryginalne dokumenty i przetłumacz je. To nie może być prawda.
Byłem wstrząśnięty i ogarniała mnie wściekłość. Jeżeli ta emisja prowadząca do efektu rozwodnienia udziałów będzie miała tak fatalne następstwa, utracę całą wiarygodność, jaką zdobyłem, odkrywając Sidanco, a inwestorzy poniosą ogromne straty.
Byłem również zdezorientowany. Nie mogłem pojąć, czemu Potanin miałby robić coś takiego. Jaki miał w tym cel? Po co obniżać wartość naszych akcji i wywoływać skandal, kiedy właśnie spadł mu z nieba doskonały interes? Po wielkiej transakcji z BP nadal posiadał 86 procent udziałów w spółce, a dzięki tej emisji zyskiwał tylko 1,5 procent, których zamierzał nas pozbawić. Z finansowego punktu widzenia to nie miało żadnego sensu.
I wtedy pojąłem, dlaczego miałby tak postąpić — bo to było w rosyjskim stylu.
O zachowaniach tego typu opowiada znana rosyjska baśń. Pewnego razu ubogi wieśniak natknął się na złotą rybkę, która mówiła ludzkim głosem i obiecała spełnić jedno jego życzenie. Rozradowany wieśniak rozważał różne możliwości. Może zamek? Albo jeszcze lepiej, tysiąc sztabek złota? A gdyby tak statek, na którym można popłynąć dookoła świata? Miał już podjąć decyzję, kiedy rybka przerwała mu, napomykając, że istnieje jeden warunek — wszystko, czym obdaruje wieśniaka, jego sąsiad dostanie w dwójnasób. Wówczas ten bez zastanowienia powiedział: „W takim razie, proszę, wyłup mi oko”.
Morał jest prosty — jeżeli chodzi o pieniądze, Rosjanie ochoczo, a wręcz radośnie, poświęcają własne korzyści, by pogrążyć swoich sąsiadów.
Właśnie taki musiał być motyw, który kierował działaniem Potanina i jego grupy inwestorów. Nieważne, że zarabiali czterdzieści razy więcej od nas, ale fakt, że grupa cudzoziemców bez żadnych powiązań również odnosiła spore sukcesy finansowe, był im solą w oku. To po prostu było niedopuszczalne, nie pasowało do rosyjskiego stylu.
Za to w rosyjskim stylu była totalna porażka i właśnie to mogło mnie spotkać, toteż musiałem wracać do Moskwy i opanować tę sytuację. Przez kilka następnych dni w Kapsztadzie próbowałem zapomnieć o swoich problemach i cieszyć się luksusami Mount Nelson, ale nie bardzo mi to wychodziło.
Gdy nasz urlop dobiegł końca, Sabrina, która chciała być jak najdalej od rosyjskiej zimy, zabrała Davida do Londynu. Ja wróciłem do Moskwy 12 stycznia 1998 roku, na dzień przed rosyjskim Nowym Rokiem — Rosjanie świętują Nowy Rok zgodnie z kalendarzem gregoriańskim 1 stycznia, a trzynaście dni później jeszcze raz obchodzą Nowy Rok według kalendarza juliańskiego. Zaraz po przybyciu na miejsce odbyłem rozmowę z Wadimem, który wszystko potwierdził. Organy administracyjne miały jeszcze półtora miesiąca na zatwierdzenie tej grożącej osłabieniem kapitału emisji, ale sprawa była w toku.
Musiałem coś zrobić, żeby to powstrzymać.
Zaledwie dzień później, 13 stycznia, dostrzegłem jakąś szansę. Zadzwonił do mnie pewien przyjaciel, który powiedział mi o przyjęciu noworocznym odbywającym się w domu Nicka Jordana, bogatego rosyjsko-amerykańskiego bankiera związanego z holdingiem JP Morgan. Brat Nicka, Borys, był doradcą finansowym Potanina i dyrektorem nowego banku inwestycyjnego o nazwie Renaissance Capital. Znałem ich obu z widzenia i przekonałem mojego przyjaciela, aby zabrał mnie ze sobą na przyjęcie.
Przyjęcie odbywało się w wielkim luksusowym mieszkaniu z epoki Breżniewa znajdującym się kilka przecznic od Kremla — jednym z tych, za które banki inwestycyjne płaciły co miesiąc po 15 tysięcy dolarów czynszu, aby ich przybyłym z Zachodu pracownikom łatwiej było „znosić trudy pobytu w Moskwie”. Nie trwało długo, jak wyłowiłem Borysa z tłumu rosyjsko-amerykańskich gości raczących się kawiorem i szampanem. Pod wieloma względami Borys Jordan był ucieleśnieniem rosyjskiej wizji klasycznego Amerykanina — głośny, skory do przyjaznego obściskiwania i wystrojony tak samo jak typowy broker z Wall Street.
Podszedłem prosto do niego. Gdy mnie zauważył, był wyraźnie zdziwiony, ale nie zareagował zbyt wylewnie. Wyszedł mi naprzeciw i mocno uścisnął moją dłoń.
— Jak się masz, Bill?
Od razu przeszedłem do rzeczy.
— Nie najlepiej, Borysie. Co się dzieje z Sidanco? Jeżeli ta emisja dojdzie do skutku, będę miał poważny problem.
Borys wyglądał na zażenowanego. Nie w smak mu była konfrontacja na przyjęciu noworocznym brata. Z uśmiechem przyklejonym do twarzy omiótł wzrokiem innych gości.
— Bill, to jest jedno wielkie nieporozumienie. Niczym się nie przejmuj.
Zwrócił swoją uwagę ku srebrnej tacy z tartinkami i ostrożnie podniósł jedną z nich.
— Coś ci powiem — dodał, unikając mojego wzroku. — Przyjdź do Renaissance jutro o wpół do piątej i wyjaśnimy tę sprawę. — Ugryzł kęs kanapki i mówił dalej z pełnymi ustami. — Poważnie, Bill, wszystko będzie w porządku. A teraz się napij. To jest impreza noworoczna!
I to był koniec naszej rozmowy. Był tak przekonujący, a ja tak bardzo chciałem mu wierzyć, że zostałem chwilę na przyjęciu i wyszedłem trochę spokojniejszy.
Rano obudziłem się, kiedy było jeszcze ciemno — w styczniu słońce wschodzi w Moskwie dopiero około 10 — i pojechałem do pracy. Gdy udałem się do biura Borysa, znów panowały ciemności. Punktualnie o 16.30 wszedłem do siedziby Renaissance Capital mieszczącej się w nowoczesnym przeszklonym budynku. Stał on nieopodal moskiewskiego Białego Domu, wielkiego gmachu, w którym obradował rosyjski rząd. Bez zbędnych ceremonii zaprowadzono mnie do pozbawionej okien sali konferencyjnej. Nie zaproponowano mi nic do jedzenia ani picia, więc siedziałem i czekałem.