Выбрать главу

John aż gwizdnął z wrażenia.

— Co na to UNOMA?

Wszystkie sprawy związane z bezpieczeństwem miały leżeć wyłącznie w gestii tej agendy ONZ, która wprawdzie zwykle dość rutynowo udzielała zgody na prośby o ochronę prywatną, ale setka ludzi? John poinstruował Pauline, aby przejrzała wydawane przez UNOMĘ rozporządzenia w tej kwestii, i wyszedł na kolację z Afrykanerami.

Znowu mówili o konieczności stworzenia windy kosmicznej.

— Jeśli jej nie będzie, ci z Ziemi po prostu nas zlekceważą, polecą prosto na jakieś planetoidy i nie będą się musieli martwić żadną studnią grawitacyjną, prawda?

Mimo pięciuset mikrogramów megaendorfiny w organizmie, John nie był w radosnym nastroju.

— Powiedzcie mi — spytał w pewnej chwili — czy pracują tu jakieś kobiety?

Popatrzyli na niego w milczeniu. Naprawdę, pomyślał John, jesteście jeszcze gorsi niż muzułmanie.

Wyjechał następnego dnia i ruszył do Pavonis. Jego myślami całkowicie zawładnął pomysł stworzenia windy kosmicznej.

Boone posuwał się w górę długim stokiem Tharsis. Ani razu nie udało mu się dostrzec stromego, czerwonego jak krew stożka Ascraeus Mons; zagubił się gdzieś w pyle wraz z resztą tego świata. Podróż Johna składała się teraz z oddzielnych fragmentów, czuł się, jakby wrzucano go do kolejnych pomieszczeń, które co jakiś czas nagle się wokół niego pojawiały. Minął Ascreus, jadąc zachodnim stokiem wzniesienia, a potem ruszył w górę między Ascreus a Pavonis ku szczytowi Tharsis. Od tego miejsca dwupasmowa droga transponderowa stała się faktyczną betonową trasą — betonem pod pędzącymi kołami i mgłą pyłu, betonem, który w pewnej chwili wzniósł się ostro i poprowadził rover prosto na północne zbocze Pavonis Mons. Jazda ku temu kraterowi trwała tak długo, że Boone’owi zaczęło się wydawać, iż odbywa po omacku jakąś powolną parodię startu w kosmos.

Położenie Pavonis, jak przypomnieli mu Afrykanerzy, było zdumiewające: okrągłe “O” jego kaldery wyglądało jak piłka umieszczona dokładnie na linii równika. Właśnie ten fakt zwrócił na niego szczególną uwagę pomysłodawców windy kosmicznej. Południowy stok góry wydał im się idealnym miejscem do jej zainstalowania: znajdował się na samym równiku i wznosił dwadzieścia siedem kilometrów ponad poziom powierzchni. Phyllis już zarządziła budowę osiedla przygotowawczego na jego południowym obrzeżu. Rzuciła się w wir pracy nad budową windy i stała się jednym z jej czołowych organizatorów.

Jej osiedle zostało wykopane w ścianie kaldery w stylu Echus Overlook, toteż okna w pokojach wielopiętrowego bloku wychodziły na kalderę albo raczej będą na nią wychodzić, kiedy opadnie pył. Na razie pojawiające się obrazy ukazywały kalderę jako proste koliste wgłębienie o zboczach liczących pięć tysięcy metrów, lekko i tarasowate wznoszących się w pobliżu dna. Kaldera w przeszłości często się osuwała, ale zawsze niemal w tym samym miejscu. Pavonis Mons był jedynym tak regularnym spośród wielkich wulkanów; kaldery pozostałych trzech wyglądały jak układy zachodzących na siebie kręgów, z których każdy znajdował się na innej głębokości.

Nowe osiedle — na razie bezimienne — budowała UNOMA, ale sprzęt i ludzi dostarczył jeden z największych ponad-narodowych koncernów: Praxis. W ukończonych pomieszczeniach tłoczyło się obecnie kierownictwo tej firmy i członkowie zarządów innych ponad-narodowych konsorcjów, które podpisały kontrakty na część projektu windy, między innymi reprezentanci Amexu, Oroco, Subarashii i Mitsubishi. Prace koordynowała Phyllis, która najwidoczniej pełniła obecnie funkcję asystentki Helmuta Bronskiego odpowiedzialnej za operację Pavonis.

Helmut zresztą również był w Pavonis. John przywitał się z nim i z Phyllis, ci przedstawili go kilku przebywającym tu gościnnie konsultantom, a następnie powiedli do dużego, wysokiego pomieszczenia z oknem na całą ścianę. Na zewnątrz wirowały chmury ciemnopomarańczowego pyłu bez końca opadające na kalderę, przez co Boone miał wrażenie, że pokój co jakiś czas — zrywami — unosi się w górę w tym przyćmionym zmiennym świetle.

Jedynym “meblem” w tej sali był marsjański globus o średnicy jednego metra, który spoczywał na sięgającym Johnowi do pasa błękitnym plastikowym stojaku. Z miejsca na globusie, gdzie zaznaczono wypukłość krateru Pavonis Mons, wychodził prawie pięciometrowy srebrny drut. Na jego końcu znajdowała się mała czarna kropka. Globus obracał się na stojaku z prędkością równą mniej więcej jednemu obrotowi na minutę, a srebrny przewód i kropka wirowały wraz z nim, zawsze pozostając ponad Pavonis.

Globus otaczała ośmioosobowa grupa.

— To jest dokładny model w zmniejszonej skali — odezwała się Phyllis. — Odległość satelity areosynchronicznego wynosi 20.435 kilometrów od środka masy, a promień od środka Marsa do równika wynosi 3.386 kilometrów, toteż satelita znajduje się 17.049 kilometrów od powierzchni. Jeśli tę wielkość podwoimy i dodamy długość promienia, otrzymamy 37.484 kilometrów. Ponieważ mamy na drugim końcu skałę balastową, więc w rzeczywistości kabel nie musi być aż tak długi. Ostatecznie jego średnica wyniesie około dziesięciu metrów, a waga mniej więcej sześć miliardów ton. Materiał do jego wykonania uzyskamy z końcowego punktu balastowego: planetoidy o początkowej masie około trzynastu i pół miliarda ton i ostatecznej — kiedy budowa kabla zostanie ukończona — w przybliżeniu siedem i pół miliarda ton. Po pierwsze, planetoida, jakiej potrzebujemy, nie może być zbyt duża, powinna mieć mniej więcej cztery kilometry średnicy. Obecnie marsjańską orbitę przecina sześć planetoid typu Amor. Wykorzystamy jedną z nich. Kabel wyprodukują roboty eksploatujące, przetwarzające węgiel w chondrytach wybranej planetoidy. Potem, w ostatniej fazie budowy, kabel zostanie doprowadzony do jej punktu zaczepienia, czyli właśnie tutaj. — Phyllis dramatycznym gestem wskazała na podłogę. — W tym momencie sam kabel znajdzie się na orbicie areosynchronicznej, ledwie dotykając powierzchni Marsa. Na jego masę będą równocześnie miały wpływ: siła przyciągania planety, siła odśrodkowa jego górnej części oraz końcowa skała balastowa.

— A co z Fobosem? — spytał John.

— Tak, oczywiście, bierzemy go pod uwagę. Kabel będzie wibrować, aby uniknąć zderzenia z księżycem. Autorzy projektu nazywają jego ruch wahaniem Clarke’a. Nie powinniśmy mieć z tą sprawą kłopotu. W ten sam sposób ominiemy zresztą Dejmosa, ale ponieważ jego orbita jest bardziej nachylona, problem ten nie będzie się pojawiał zbyt często.

— A co się stanie, kiedy Dejmos znajdzie się akurat na drodze kabla? — spytał Helmut, którego twarz promieniała z radości.

— Do kabla przyczepimy co najmniej kilkaset wind i dla przeciwwagi przeniesie się część obciążenia na orbitę. Znajdzie się tam, jak zwykle, sporo przybyłego z Ziemi materiału do obciążenia, toteż zapotrzebowanie energetyczne wind zostanie zminimalizowane. Możliwe jest także wykorzystanie obracającego się kabla jako procy: uwolnione z balastowej planetoidy obiekty dla wypchnięcia ku Ziemi użyją siły rotacji Marsa, a więc do uzyskania pożądanej prędkości startowej właściwie nie będzie im już potrzebna dodatkowa energia. To jest prosta, skuteczna i nadzwyczaj tania metoda zarówno wynoszenia ciężaru w przestrzeń, jak i przyspieszenia jego lotu ku Ziemi. Ponadto dzięki najnowszym odkryciom metali strategicznych, których pokłady są już na naszej rodzimej planecie coraz rzadsze, tania winda i siła takiego pchnięcia są dosłownie nieocenione. Winda stworzy możliwość wymiany towarowej, dotąd praktycznie niemożliwej z powodu zbyt dużych kosztów; stanie się jednym z najważniejszych elementów marsjańskiej ekonomii, osią naszego przemysłu. A jej budowa nie jest wcale kosztowna. W pewnym momencie wrzucimy po prostu na właściwą orbitę odpowiednią planetoidę zawierającą węgiel i umieścimy tam automatyczne urządzenie o napędzie jądrowym, które zbuduje z materii planetoidy kabel. Urządzenie zacznie pracować, a po jakimś czasie “wypluje” z siebie kabel jak pająk rozwijający pajęczynę. Nasze zadanie będzie więc polegało głównie na czekaniu. Poza tym będziemy mieli niewiele do zrobienia… Urządzenie powinno produkować ponad trzy tysiące kilometrów kabla rocznie, co oznacza, że trzeba zacząć prace jak najszybciej, ponieważ produkcja potrwa dziesięć albo jedenaście lat. Sądzę jednak, że naprawdę warto poczekać na efekty.