John popatrzył badawczo na Phyllis. Jak zawsze, jej zapał zrobił na nim wielkie wrażenie. Zachowywała się tak, jak dający świadectwo swej wiary neofita albo kaznodzieja na ambonie. Mówiła spokojnie i z niezachwianą pewnością siebie. Ta winda była dla niej jak cud. Bajkowy Jaś wspinający się do nieba po łodydze fasoli. Wniebowstąpienie… Nad projektem unosiła się aura czegoś nadprzyrodzonego.
— Naprawdę nie mamy zbyt dużego wyboru — kontynuowała Phyllis. — W ten sposób wydobędziemy się z naszej studni grawitacyjnej, wyeliminujemy ją jako problem fizyczny i ekonomiczny. Winda to przełom. Bez niej jesteśmy jak zajazd na odludziu, jak objazd, z którego nie ma drogi do miasta, jak Australia w dziewiętnastym wieku… Zbyt dalecy, aby odegrać znaczącą rolę w światowej gospodarce. Ludzie ominą Marsa i sami zaczną eksploatować złoża bezpośrednio z planetoid, ponieważ na tych małych ciałach niebieskich znajduje się wielka obfitość minerałów, a nie ma problemów z grawitacją. Bez windy nasza kolonia pozostanie niczym.
Shikata ga nai, pomyślał John z sarkazmem. Phyllis popatrzyła na niego dziwnie przez bardzo krótką chwilę i poczuł się tak, jakby wymówił to na głos.
— Nie możemy pozwolić, aby nas odsunięto — mówiła dalej. — A co najważniejsze, nasza winda posłuży jako eksperymentalny prototyp dla ziemskiej. Ponad-narodowe konsorcja, które zdobędą doświadczenie konstruując tę windę, z pewnością uzyskają możliwość zawiadywania budową o wiele znaczniejszego projektu ziemskiego. Wierzę bowiem, że Ziemia podąży w nasze ślady i również pokusi się o stworzenie podobnego urządzenia.
Phyllis mówiła dalej, kreśląc kolejne aspekty planu, a potem zaczęła — jak zwykle w sposób elegancki i uprzejmy — odpowiadać na pytania zgromadzonych dyrektorów. Uśmiechali się do niej, a ona stała przed nimi zarumieniona, błyskając białkami bystrych oczu. John niemal dostrzegał języczki ognia migoczące w masie jej kasztanowatych włosów, które w świetle burzy wyglądały jak diadem wysadzany klejnotami. Dyrektorzy i naukowcy związani z projektem puszyli się pod jej spojrzeniem; byli dla niej ważni i wiedzieli o tym. Na Ziemi występowały już spore braki szeregu metali, które ekipy górnicze znajdowały na Marsie. Na eksploatacji tutejszych minerałów i przetransportowaniu ich na Ziemię można było zbić ogromny majątek. A ktoś, kto posiadałby kawałek “mostu”, przez który będzie musiała przejść dosłownie każda uncja metalu, zarobiłby jeszcze więcej. Nic więc dziwnego, że Phyllis i reszta ekipy wyglądali jak nawiedzeni.
Tego wieczoru tuż przed kolacją John stojąc w swojej łazience i nie patrząc w lustro, połknął dwie tabletki megaendorfiny. Przez Phyllis poczuł się źle, ale lekarstwo pomogło. Musisz pamiętać, tłumaczył sobie, że Phyllis jest przecież tylko kolejnym elemencikiem układanki. Więc kiedy siadał do kolacji, był już w wylewnym nastroju. W porządku, pomyślał, będziecie mieli tę złotą “łodygę fasoli”. Ale przecież nie jest wcale przesądzone, że zdołacie ją zatrzymać dla siebie… W gruncie rzeczy możliwość taka wydawała się raczej wielce nieprawdopodobna. Toteż ich wyraźne samozadowolenie i radość z oczekujących profitów były niezbyt mądre i dość drażniące. John zaśmiał się, przypominając sobie jedną z ich entuzjastycznych dyskusji, i spytał Phyllis:
— Czy nie uważasz, że winda może się stać własnością prywatną?
— W ogóle nie bierzemy tej możliwości pod uwagę — odparła Phyllis ze swoim olśniewającym uśmiechem.
— Ale oczekujesz, że ktoś zapłaci za jej budowę. A potem zostaną przyznane koncesje… Spodziewasz się chyba zarobić na tym przedsięwzięciu, czy nie na tym właśnie polegają ryzykowne inwestycje w kapitalizmie?
— No, oczywiście — odrzekła Phyllis, wyraźnie obrażona, że John tak otwarcie porusza ten problem. — Wszyscy na Marsie będą czerpali zyski z windy, taka jest natura tego przedsięwzięcia.
— A ty będziesz pobierać procent od każdego procentu. — Drapieżcy na szczycie łańcucha pokarmowego. Albo raczej pasożyty na górze i na dole, wszędzie, na całej długości… — Jak sądzisz, czy budowniczowie mostu Golden Gate zbili na nim fortunę? Czy na zyskach z tego projektu powstały wielkie międzynarodowe imperia finansowe? Nie. To był projekt publiczny. Budowniczowie byli pracownikami publicznymi, otrzymywali normalną zapłatę za swoją pracę. Chcesz się założyć, że nowy marsjański traktat będzie zawierał podobną klauzulę w kwestii bazy materialnej dla budowy windy? Ja jestem absolutnie przekonany, że tak się stanie.
— Może, ale traktat zostanie zrewidowany dopiero za dziewięć lat — zauważyła Phyllis. Jej oczy nadal błyszczały. John roześmiał się.
— Tak, to prawda! Ale nie uwierzyłabyś, ile głosów poparcia dla pewnych punktów traktatu słyszę wszędzie na tej planecie, ile osób pragnie umieścić w nim klauzulę jeszcze bardziej ograniczającą udział ziemskiego kapitału inwestycyjnego i odpływ ewentualnych zysków. Nie zwracasz na to uwagi, ale musisz pamiętać, że to jest system ekonomiczny zbudowany od początku do końca na zasadach… naukowych. Mamy tutaj bardzo ograniczone możliwości i aby stworzyć trwałą społeczność, musimy być wyczuleni na ten problem. Nie możesz pragnąć ot tak po prostu przetransportować surowce stąd na Ziemię — epoka kolonialna już dawno się skończyła, wszyscy musicie o tym pamiętać.
Znowu się roześmiał na widok wpatrzonych weń z natężeniem oczu współbiesiadników.
Przypomniał to sobie później, gdy już znalazł się z powrotem w swoim pokoju. Przyszło mu do głowy, że przesadził, że nie trzeba im było tak dokładnie uświadamiać złożoności sytuacji. Przedstawiciel Amexu podniósł nawet dłoń do ust, aby polecić swemu komputerowi zrobienie notatki. Jego gest był oczywisty, ten mężczyzna pomyślał sobie, że John Boone przekazuje złe wieści. Szepcąc w swój nadgarstek, przez cały czas wpatrywał się w Johna; najwyraźniej chciał, aby Boone zauważył jego posunięcie. Cóż, najwidoczniej John znalazł tu kolejnych podejrzanych. Tej nocy długo się męczył, nie mogąc zasnąć.
Nazajutrz opuścił Pavonis i skierował się na wschód, zjeżdżając w dół Tharsis. Zamierzał przejechać siedem tysięcy kilometrów do Hellas, aby odwiedzić Maję. Samotna podróż dłużyła mu się dziwnie z powodu Wielkiej Burzy. W ciemnych prześwitach, przez falujące warstwy piasku, migały Johnowi fragmenty południowych wyżyn. Nieustannie towarzyszył mu zmienny akompaniament świszczącego wiatru. Maja na pewno ucieszy się z jego wizyty. Zresztą, nigdy przedtem nie był w Hellas, a wiedział, że jest tam wielu ludzi, którzy pragną się z nim spotkać. Na północ od Low Point odkryli sporych rozmiarów formację wodonośną, więc chcieli wypompować z niej wodę na powierzchnię i w jakimś nisko położonym miejscu stworzyć jezioro o wiecznie zamarzniętej powierzchni, która nieprzerwanie sublimowałaby w atmosferę, ale którą mogliby stale uzupełniać od dołu. Podtrzymywany w ten sposób staw wzbogacałby atmosferę, a równocześnie służył jako zbiornik i radiator ciepła dla roślinności uprawianej w kręgu ukrytych pod kopułą farm wokół jeziora. Maję bardzo ekscytowały te plany.