Выбрать главу

— Nie posiadaj niczego i nie bądź do niczego przywiązany. Porzuć to, co masz w swojej głowie i rozdaj to, co masz w sercu swoim. Tutaj jest świat i tam jest świat, a my znajdujemy się na progu.

A jakiś głos dodał:

— Miłość poruszyła strunę lutni w duszy mojej i zmieniła mnie całego w miłość, od stóp do głów.

Potem zaczęli tańczyć. Obserwując ich, John nagle uświadomił sobie, że ci sufici to przecież tańczący derwisze: wyskakiwali w powietrze w takt bębnów stukoczących lekko w słuchawkach hełmów; wyskakiwali, a potem wirowali w nieziemsko powolnych korkociągach z szeroko rozłożonymi rękami, opadali na ziemię, odbijali się od niej i podlatywali w górę jeszcze raz, i jeszcze raz, skok po skoku, obrót za obrotem. Tańczący derwisze podczas Wielkiej Burzy na wysokim kolistym płaskowzgórzu, które w epoce Noachian było dnem krateru. Wyglądało to tak cudownie w krwawo pulsującej jasności słonecznego światła, że John wstał i próbował się kręcić wraz z nimi. Zakłócił ich rytm, czasem nawet zderzał się z innymi tancerzami, ale najwyraźniej nikt nie miał mu tego za złe. Doszedł do wniosku, że kiedy skacze nieco pod wiatr, nie traci równowagi. Ostre porywy wiatru nieco go otępiły. Roześmiał się. Niektórzy z tańczących śpiewali na ogólnie dostępnym kanale, słyszał ich więc w swoim hełmie. Przeważnie było to ćwierćnutowe zawodzenie, lament przerywany okrzykami, chrapliwymi rytmicznymi oddechami oraz frazą:

— Ana el-Haqq, ana el-Haqq.

“Jestem Bogiem”, przetłumaczył ktoś Johnowi. Jestem Bogiem. Suficka herezja. Taniec działał hipnotyzujące. Boone wiedział, że istnieją sekty muzułmańskie, które osiągają podobny efekt dzięki samobiczowaniu. Jednak wirowanie było lepsze. Więc tańczył z nimi, a po chwili nawet przyłączył się do nich, śpiewając na ogólnym kanale. Słyszał swoją psalmodię, przerywaną od czasu do czasu własnym przyspieszonym oddechem, mruczeniem i szemraniem. Później, bez zastanowienia, zaczął dodawać do swego lamentu wielojęzyczne nazwy Marsa. Mamrotał je zgodnie z tym, co wydawało mu się rytmem tego psalmu:

— Al-Qahira, Ares, Auqakuh, Bahram. Harmakhis, Hrad, Huo Hsing, Kasei. Ma’adim, Maja, Mamers, Mangala. Nirgal, Shalbatanu, Simud i Tiu. — Nauczył się tej listy na pamięć wiele lat temu i często popisywał się nią na przyjęciach. Teraz zaskoczyło go, że wychodzące z jego ust słowa tak wspaniale pasują do pieśni i pomagają mu zachować równowagę podczas wirowania. Inni tancerze śmiali się do niego i byli zadowoleni. John czuł się jak pijany, całe jego ciało pulsowało. Powtarzał tę litanię raz za razem, a potem począł w kółko i bez końca wymawiać nazwę arabską: — Al-Qahira, Al-Qahira, Al-Qahira… — Aż w pewnym momencie przypomniał sobie niedawno usłyszane zdanie i wyśpiewał je: — Ana elRaąą, ana Al-Qahira. Ana elHaqq, ana Al-Qahira.

“Jestem Bogiem, jestem Marsem, jestem Bogiem…”. Inni natychmiast przyłączyli się do niego, rozwinęli te słowa w dziką pieśń, a za szybkami hełmów John widział roześmiane twarze. Byli wspaniałymi tancerzami: ich rozpostarte dłonie kreśliły w zalewie czerwonego pyłu arabeski, obracając się, dotykali Johna czubkami palców, prowadząc go, a nawet dostosowując jego niezdarne obroty do swego rytmu. John wykrzykiwał nazwy planety, a oni powtarzali je za nim, co brzmiało jak dość szczególny dialog. Śpiewali monotonnymi głosami wyrazy arabskie, słowa w sanskrycie i języku Inków… wszystkie nazwy Marsa, zbite razem w mieszaninę sylab, tworząc w ten sposób polifoniczną muzykę, która była niezwykle piękna i tak dziwna, że aż przyprawiająca o drżenie, nazwy te bowiem pochodziły z czasów, kiedy każde słowo brzmiało osobliwie, a nazwy miały swoistą siłę — John słyszał to i czuł. Będę żył tysiąc lat, pomyślał.

Kiedy wreszcie przestał tańczyć i usiadł, ogarnęła go fala mdłości. Świat pulsował rytmicznie; receptor równowagi w uchu środkowym Johna zapewne nadal wirował jak kula w ruletce. Obraz rozmywał mu się przed oczyma i John nie wiedział już, czy jest to pędzący pył, czy też coś się obraca w nim samym. Wytrzeszczył oczy: tańczący derwisze na Marsie?! W świecie muzułmańskim uważano ich za swego rodzaju odchyleńców. Pozostałych Arabów mierziła ich, rzadka w islamie, postawa ekumeniczna. No i denerwowali ich suficcy naukowcy.

Być może ci właśnie sufici stanowili drogę Johna do islamu, jego tariqat. A ich obrzędy można było prawdopodobnie przemienić w areofanię, jak sam tego dokonał w swojej pieśni. Boone podniósł się niepewnie. Nagle zrozumiał, że nie trzeba zupełnie od początku stwarzać nowego społeczeństwa, że wszystkiego można dokonać poprzez syntezę już istniejących pozytywnych cech różnych społeczności. “Miłość poruszyła strunę w lutni duszy mojej…”. Był zbyt oszołomiony, by jasno myśleć. Arabowie śmiali się z niego, gdy wspierał się na ich ramionach. Przemówił do nich w swój zwykły sposób, mając nadzieję, że go zrozumieją:

— Jest mi niedobrze. Chyba będę wymiotować, ale najpierw musicie mi powiedzieć, dlaczego nie możemy zostawić za sobą tego całego smutnego ziemskiego bagażu, dlaczego nie możemy stworzyć razem zupełnie nowej religii? Oddawajmy cześć boską Al-Qahirze, Mangali, Kaseiowi!

Roześmiali się i zanieśli go na ramionach z powrotem do budynku.

— Mówię poważnie — powiedział John. Świat wirował mu przed oczyma. — Chcę, aby ludzie was naśladowali, pragnę, aby wasz taniec stał się dla nich czymś oczywistym… To wy powinniście wymyślić nową religię, już to zresztą chyba robicie…

Ale ponieważ wymiotowanie w hełm było niebezpieczne, towarzysze Boone’a tylko się śmiali i popędzali go, by jak najszybciej wszedł do pomieszczenia. Kiedy tam dotarli, John zaczął wymiotować. Jakaś kobieta podtrzymała mu głowę, mówiąc po angielsku ze śpiewnym wschodnim akcentem:

— Król poprosił kiedyś mędrców o jedną rzecz, która go uszczęśliwi, kiedy będzie smutny, i zasmuci, kiedy będzie szczęśliwy. Ci naradzili się, po czym wrócili z pierścieniem, na którym wygrawerowany był napis: “I to także przeminie”.

— Dobra rada na wszystko, z wyjątkiem mdłości — mruknął Boone. Leżał na wznak, a świat nadal wirował. Uczucie było paskudne, starał się więc leżeć nieruchomo. — Ale czego chcecie tutaj? To znaczy… po co przybyliście na Marsa? Musicie mi powiedzieć, czego tu szukacie. — Zabrali go do sali spotkań, przygotowali filiżanki i dzbanek z aromatyczną herbatą. John wciąż się czuł, jakby jego ciało nie przestawało się kręcić w kółko, a pył gnający za kryształowymi oknami jeszcze bardziej wzmagał to nieprzyjemne wrażenie.

Jedna ze starych kobiet, które siedziały wokół Johna, podniosła dzbanek i napełniła jego filiżankę. Postawiła dzbanek i gestem pokazała: “Teraz ty napełnij moją”. John zrobił to drżącymi rękami, a potem dzbanek powędrował z rąk do rąk. Każdy napełniał filiżankę następnego.

— Zaczynamy w ten sposób każdy posiłek — wyjaśniła stara. — To jest taki mały symbol tego, że jesteśmy wspólnotą. Studiowaliśmy stare kultury, które istniały, zanim wasz globalny rynek otoczył wszystko siecią handlową i wiemy, że w dawnych wiekach istniało mnóstwo różnych form wymiany. Niektóre polegały na dawaniu prezentów. Widzisz, każdy z nas posiada dar, ofiarowany nam niegdyś przez wszechświat. I wszyscy z każdym naszym oddechem coś komuś oddajemy.

— Brzmi jak równanie wydajności ekologicznej — mruknął John.

— Może i tak… W każdym razie kiedyś całe społeczności budowano na idei daru: w Malezji, na północnym zachodzie Ameryki, w wielu prymitywnych kulturach… W Arabii mamy wodę i kawę. Żywność i schronienie… A cokolwiek otrzymałeś, musisz dobrowolnie oddać, nie możesz tego zatrzymać. I oddajesz to z nadzieją na przyszły zysk. Pracujesz, aby móc dać więcej niż otrzymałeś. Sądzimy, że idea ta mogłaby obecnie stać się podstawą powszechnie akceptowanej ekonomii.