— Hej! Jest tam kto?
— Marsjanie.
Męski głos. Mówił po angielsku z jakimś wyraźnym akcentem, ale John nie mógł go rozpoznać.
— Chcemy porozmawiać — wyjaśnił głos.
John wstał i wyjrzał przez szybę. W nocy, w czasie burzy, było tam niewiele do zobaczenia. Pomyślał jednak, że może wyłowi z mroku jakieś kształty.
— Chcemy tylko z tobą pomówić — powtórzył głos.
Gdyby chcieli go zabić, mogli się wedrzeć do łazika, gdy John spał. Poza tym wciąż nie do końca wierzył, że ktoś naprawdę mógłby chcieć jego śmierci. Nie było przecież ku temu żadnego logicznego powodu!
Po krótkim namyśle pozwolił więc im wejść.
Było ich pięciu, sami mężczyźni. Ich walkery były wytarte, brudne i połatane innym, nie pasującym do reszty materiałem. Hełmy nie miały identyfikatorów i obdarto je z całej farby. Kiedy pierwszy gość zdjął z głowy hełm, John zobaczył, że to młody Azjata; wyglądał na jakieś osiemnaście lat. Właśnie on ruszył teraz naprzód i usiadł na siedzeniu kierowcy, po czym pochylił się nad kierownicą, aby się przyjrzeć tablicy rozdzielczej. Wtedy kolejny przybysz zdjął hełm. Był to niski, szczupły mężczyzna o brązowej skórze. Jego pociągłą twarz okalały długie dredy. Usiadł na wyściełanej ławce przy łóżku Johna i czekał, aż pozostali trzej mężczyźni również zdejmą z głów hełmy. Zrobili to, a potem przykucnęli i zaczęli z uwagą obserwować Johna. Nigdy ich przedtem nie widział.
Nagle odezwał się mężczyzna o pociągłej twarzy:
— Chcemy, abyś spowolnił tempo imigracji.
John rozpoznał głos, który usłyszał wcześniej z zewnątrz. Akcent był chyba karaibski. Mężczyzna mówił cicho, prawie szeptem, i John poczuł, że to się udziela.
— Albo zupełnie ją wstrzymaj — dodał młody Azjata z siedzenia kierowcy.
— Zamknij się, Kasei. — Mężczyzna o pociągłej twarzy ani na chwilę nie spuszczał oczu z twarzy Johna. — Zbyt wielu ludzi tu przylatuje. Wiesz o tym. Nie są i nigdy nie będą Marsjanami. Nie dbają też o to, co tu się dzieje. Przybywają, aby zniszczyć i nas, i was. To również chyba rozumiesz. Wiemy, że próbujesz zmienić ich w Marsjan, ale oni zjawiają się o wiele szybciej niż jesteś w stanie działać. Jedyne, co może przynieść efekty, to spowolnienie napływu nowych kolonistów.
— Albo przerwanie go — wtrącił znowu młody Kasei.
Mężczyzna potoczył gniewnie oczyma, krzywiąc się z niezadowoleniem, że John go nie rozumie. On jest młody, mówiło jego spojrzenie.
— Nie mam nic do powiedzenia w sprawach… — zaczął John, ale nieznajomy mu przerwał.
— Możesz się za nami wstawić. Stanowisz prawdziwą potęgę i wiem, że jesteś po naszej stronie.
— Przybywacie od Hiroko?
Młody mlasnął językiem. Mężczyzna o pociągłej twarzy nie odezwał się. Cztery osoby patrzyły teraz na Johna w milczeniu, a piąta stanowczo spoglądała w okno.
John wykorzystał okazję i spytał:
— Czy to wy sabotowaliście mohole?
— Chcemy tylko powstrzymać tempo imigracji.
— A ja chcę, żebyście zaprzestali sabotaży. Właśnie to spowoduje przybycie tu jeszcze większej liczby ludzi. Policji na przykład.
Przybysz przypatrywał mu się przez chwilę.
— Skąd przypuszczenie, że możemy się skontaktować z sabotażystami?
— Znajdźcie ich. Włamcie się do nich w nocy.
Tamten uśmiechnął się.
— Co z oczu, to z myśli.
— Niekoniecznie.
Musieli być od Hiroko. Brzytwa Ockhama. Nie mogło tu przecież istnieć więcej ukrywających się grup. A może jednak… John poczuł zawrót głowy i przyszło mu na myśl, że oni niepostrzeżenie rozpylają jakiś gaz. Może narkotyki w aerozolu… Jakkolwiek było, czuł się dziwnie, wszystko wydawało się takie nierealne, jak ze snu. Wiatr szarpał pojazdem, wywołując nagłe wybuchy eolskiej muzyki, niesamowite urywane pohukiwanie. John myślał bardzo powoli i ociężale. Czuł, że jeszcze chwila i zacznie ziewać. To jest to, pomyślał. Wciąż śnię, próbując się obudzić.
— Dlaczego się ukrywacie? — usłyszał własne pytanie.
— Budujemy Marsa. Tak samo jak ty. Jesteśmy po twojej stronie.
— Powinniście mi w takim razie pomóc. — Próbował się skupić. — A co z windą kosmiczną?
— Ona nas nie obchodzi — rzucił pospiesznie dzieciak. — Nie ma znaczenia. Tylko ludzie się liczą.
— Winda sprowadzi tu więcej ludzi.
Starszy mężczyzna zastanowił się nad jego słowami.
— Spowolnij imigrację, a może w ogóle jej nie zbudują.
Zapadła kolejna długa chwila milczenia, przerywanego osobliwymi komentarzami wiatru. “Może w ogóle jej nie zbudują?” Co oni sobie myślą? Sądzą, że budują ją ludzie? A może mają na myśli pieniądze…
— Zbadam to — odparł John. Dzieciak obrócił się i spojrzał na niego nieufnie, więc John podniósł rękę, aby uprzedzić jego pytanie. — Zrobię, co będę mógł. — Ręka zatrzymała się przed jego oczyma, wielkie różowe coś. — To wszystko, co mogę powiedzieć. Gdybym obiecywał wam jakieś sukcesy, byłoby to kłamstwo. Wiem, o co wam chodzi. I zrobię, co w mojej mocy. — Chwilę zastanawiał się nad całą sprawą, choć myślenie przychodziło mu z trudem i w końcu dodał: — Wy, tam na zewnątrz, powinniście nam pomagać. Potrzebujemy waszej pomocy.
— Każdy działa na swój sposób — szepnął mężczyzna. — No cóż, będziemy się już zbierać. Ale nie przestaniemy cię obserwować, aby zobaczyć, co robisz.
— Powiedzcie Hiroko, że chcę z nią porozmawiać.
Pięciu mężczyzn patrzyło na niego przez moment, ten młody podejrzliwie i gniewnie.
Mężczyzna o pociągłej twarzy uśmiechnął się nieznacznie.
— Jeśli ją zobaczę, powiem jej.
Jeden z kucających wyjął skądś przezroczystą błękitną masę. Był to tamponik aerożelowy, ledwie widoczny w nocnym świetle rovera. Ręka trzymająca go zacisnęła się w pięść. Tak, pomyślał John, to narkotyk. Znienacka rzucił się przed siebie, usiłując schwycić obcego za szyję, ale jego palce tylko drasnęły gołą skórę, a potem John upadł jak porażony.
Kiedy oprzytomiał, nikogo już nie było. Bolała go głowa. Powlókł się z powrotem do łóżka i niespokojnie zasnął. Sen o Franku powrócił i John opowiedział mu o wizycie.
— Jesteś głupcem — stwierdził Frank. — Nic nie rozumiesz.
Kiedy znowu się obudził, był już ranek. Za szybą wirowały drobiny w kolorze przytłumionej umbry. Podobno w ostatnim miesiącu wiatry zaczęły słabnąć, ale nikt nie był tego do końca pewien. Zza chmur pyłu tylko na moment wyłaniały się nieregularne kształty, potem znowu ginęły. Migały przed oczyma jak halucynacje spowodowane sensoryczną deprywacją. Tak, to naprawdę była deprywacja sensoryczna: ta burza, małe pomieszczenie. Jeszcze trochę i popadnie w klaustrofobię. John połknął kapsułkę megaendorfiny, ubrał się w skafander i wyszedł na zewnątrz, a potem kręcił się wokół łazika, oddychając głęboko. Co jakiś czas schylał się w poszukiwaniu śladów pozostawionych przez niezwykłych gości. Przeszli po skalnym podłożu i zniknęli. Niesamowite, pomyślał: rover zagubiony wśród nocy, jak go znaleźli?
Ale jeśli śledzili go…
Wrócił do środka i wywołał satelitę. Radar i systemy wyszukiwania informacji nie zarejestrowały niczego poza jego pojazdem. A przecież powinny zanotować obecność tych ludzi, nawet jeśli przyszli tu pieszo. Najwyraźniej mieszkali gdzieś w pobliżu. Nietrudno się ukryć w takich górach jak te. Wywołał mapę, na której zaznaczał informacje związane z poszukiwaniem miejsca pobytu Hiroko i wokół punktu, w którym się znajdował, naszkicował nieregularny, wyciągnięty lekko na północ i południe, owal obejmujący góry. Na “mapie Hiroko” miał już do tej pory wiele takich placów, ale żadnego nie przeszukały jeszcze dokładnie ekipy poszukiwawcze i prawdopodobnie nigdy tego nie zrobią, ponieważ większość tych miejsc położona była na trudnym, nierównym terenie o powierzchni Wyoming czy Teksasu.