Выбрать главу

Pod koniec rozmowy detektyw nazwiskiem Chang spytał Johna, czy chce coś jeszcze dodać. Boone, który wraz z wieloma innymi sprawami pominął również nocną wizytę Kojota, oznajmił:

— Nie, nic mi nie przychodzi do głowy.

Chang skinął głową, a wtedy odezwał się Sam Houston:

— Zależałoby nam na uzyskaniu dostępu do pańskiego AL Sprawdzilibyśmy pewne kwestie.

— Przykro mi — odparł John, spoglądając na niego przepraszająco. — Nikomu nie udostępniam moich danych.

— Dlaczego? Czy nikt inny nie mógłby z nich skorzystać bez zniszczenia ich? — spytał Houston. Był zaskoczony.

— Nie, nie o to chodzi. Po prostu ich nie udostępniam. To są moje prywatne dane. — John spojrzał mężczyźnie w oczy. Wszyscy wpatrzyli się w niego badawczo.

— Cóż, hmm… możemy panu przedstawić nakaz UNOMY, jeśli pan sobie życzy.

— Prawdę mówiąc, wątpię w to. Ale nawet jeśli, i tak wam nie pozwolę wejść do mojego komputera.

John uśmiechnął się do Houstona, prawie roześmiał. Oto znów przydała się pozycja “pierwszego człowieka na Marsie”. Nie mogli mu nic zrobić, nie powodując przy tym o wiele większych kłopotów, niż tego typu posunięcie było warte. Wstał i przyjrzał się małej grupce z beztroską arogancją, po czym wyniośle dodał:

— Zawiadomcie mnie, jeśli będę coś jeszcze mógł dla was zrobić.

Z tymi słowy opuścił pokój.

— Pauline, podłącz się do budynku centrum komunikacyjnego i kopiuj wszystkie dane wysyłane przez nich na Ziemię.

Potem zadzwonił do Helmuta, pamiętając, że rozmowa z pewnością będzie na podsłuchu. Rzucał Niemcowi krótkie pytania, jak gdyby tylko sprawdzał informacje na temat przybyłych agentów. Dowiedział się, że zespół rzeczywiście został wysłany przez UNOMĘ. Był częścią skompletowanego w ciągu ostatniego półrocza wydziału specjalnego do zwalczenia problemów na Marsie.

Więc stało się. Na Czerwonej Planecie pojawiła się policja. A on był tu kimś w rodzaju prywatnego detektywa. Cóż, należało się tego spodziewać. Mimo wszystko jednak była to nieprzyjemna przeszkoda. Nie mógł nic poradzić na to, że włóczyli się za nim i obserwowali. Byli podejrzliwi, ponieważ nie udzielił im pozwolenia na dostęp do Pauline. Zresztą, i tak nie miał wiele do roboty w Hellas. Nie było żadnego przypadku sabotażu i John podejrzewał, że teraz również żaden się nie zdarzy. Maja zachowywała się nieprzychylnie; nie życzyła sobie, by ją niepokoił swymi problemami, twierdząc, że ma dosyć własnych kłopotów związanych z technicznymi aspektami projektu formacji wodonośnej.

— Jesteś prawdopodobnie ich głównym podejrzanym — oświadczyła z irytacją. — Te wypadki ciągle ci się zdarzają: wywrotka w Thaumasii, szyb w Bakhuysenie… I teraz w dodatku nie pozwalasz im wejść do swoich plików. A właściwie dlaczego im nie pozwalasz?

— Bo ich nie lubię — odparł John, przeszywając ją wzrokiem. Tak więc Maja znowu zachowywała się normalnie, tak jak kiedyś. Nie, wcale tak nie było. Po prostu oboje już nie udawali, że są w doskonałym nastroju i przestali się zachowywać, jak gdyby odgrywali role w nie kończącym się romansie. Wiedzieli, że mają czas na wszystko, wiedzieli, co jest prawdą i co leży u podstaw ich związku. Tak było chyba lepiej, choć z pozoru przypominało to wciąż ten sam stary melodramat. Maja nie chciała zrozumieć jego racji i w końcu John dał za wygraną. Przez parę następnych dni rozmyślał nad tym wszystkim. Pojechał do laboratorium stacji, gdzie zbadano, sklonowano i sprawdzono próbkę skóry, którą znalazł pod paznokciem. Powiedziano mu, że w aktach planety nie figuruje nikt z tym genomem, toteż wysłał dane do Acheronu z prośbą o analizę i wszelkie możliwe informacje. Ursula odesłała mu zaszyfrowane wyniki z jednym słowem dodanym na końcu: “Gratulacje”.

Jeszcze raz odczytał wiadomość i głośno zaklął. Wyjaśnienie było naprawdę zaskakujące. Musiał się przejść, nie mógł usiedzieć w miejscu. Poszedł więc na spacer po osadzie, na przemian śmiejąc się i przeklinając.

— Niech cię diabli, Hiroko! Niech cię piekło pochłonie! Wyłaź ze swojej dziury i pomóż nam! Cha, cha, cha! Ty suko! Nie znudziła ci się już rola Persefony?

Nawet w tunelach spacerowych było mu w tej chwili zbyt duszno, więc aby ochłonąć, postanowił wyjść na zewnątrz. Wszedł więc do garażu, nałożył skafander i przez śluzę powietrzną wyszedł się przejść — po raz pierwszy od wielu dni — po powierzchni planety. Wydostał się przy końcu północnego ramienia miasta i znalazł się na równym pustynnym dnie. Kręcił się po okolicy, starając się pozostawać wewnątrz wahliwego słupa wolnego od pyłu powietrza, który tworzyło wokół siebie każde miasto. Spoglądając z zadumą na miasto, John rozmyślał nad sytuacją. Hellas nie było tak imponujące jak Burroughs, Acheron, Echus czy choćby Senzeni Na. Położone w nizinnej części wielkiej niecki było płaskie i nie miało wzniesień, z których rozciągałby się frapujący widok. Żadnej większej perspektywy. Chociaż wszechobecny wirujący pył sprawiał, że akurat teraz niczego nie można było jednoznacznie ocenić. Miasto zbudowano na półksiężycu, który w ostatecznym zamyśle miał się stać linią brzegową nowego jeziora. Może kiedyś będzie tu ładnie, pomyślał John, o ile oczywiście wszystko się uda (”śliczna osada nad jeziorem”), ale tymczasem miasto było tak nijakie jak Underhill. Ze wszystkich stron otaczały je najnowszej generacji elektrownie, wszelkiego rodzaju aparatura użytkowa, nawiewniki, kable oraz tunele, wyglądające jak skóry zrzucone przez gigantyczne węże… Z tego też powodu Hellas wyglądało jak pozbawiona jakiejkolwiek estetyki stara stacja badawcza. Cóż, tak być musiało. Nie można wszystkich miast postawić na górskich szczytach.

Minęły go dwie osoby. Szybki ich hełmów były zaciemnione. To dziwne, pomyślał Boone, przecież podczas burzy jest wystarczająco mrocznie. I w tym właśnie momencie tamci dwaj skoczyli nań i przewrócili go. John gwałtownie odbił się od piasku i zaczął dziko, na oślep, walić wokół siebie pięściami, ale ku jego zaskoczeniu mężczyźni wbiegli już w wirujące chmury miału. Zataczając się, popatrzył za nimi. Zniknęli w obłokach pyłu. Krew niemal wrzała mu w żyłach i nagle poczuł, że płoną mu ramiona. Dotknął bolących miejsc dłonią i zauważył, że przecięli materiał jego walkera. Nacisnął dłonią pęknięcie i ruszył ciężkim biegiem z powrotem do miasta. Już w ogóle nie czuł ramion. Bieg z ręką na karku był straszliwie męczący. System powietrzny działa dobrze. Na chwilę opuścił dłoń i wystukał na naręcznej konsoletce polecenie maksymalnego dopływu ciepła. Zimno przesuwało mu się po plecach jak topniejący lód. Było sto stopni Celsjusza poniżej zera. John wstrzymał oddech i poczuł na wargach pył. Zalepiał mu usta. Nie miał pojęcia, ile dwutlenku węgla przedostało się do jego tlenu, ale miał świadomość, że wystarczy niewiele, by go zabić.