Выбрать главу

W pewnej chwili z mroku wyłonił się garaż i Boone popędził prosto ku niemu z ulgą. Ale gdy dotarł do luku śluzy i nadusił przycisk otwarcia, właz się nie otworzył. John wiedział, że łatwo jest unieruchomić zewnętrzny luk śluzy, wystarczy po prostu zostawić otwarte drzwi wewnętrzne. Płuca mu niemal płonęły i gwałtownie potrzebował tlenu. Obiegł garaż wokoło do miejsca, gdzie znajdował się tunel spacerowy, łączący garaż z właściwym osiedlem. Tam zatrzymał się na sekundę i zerknął nerwowo przez warstwy przezroczystego plastyku. W zasięgu wzroku nie było nikogo. Zdjął rękę z rozdarcia na ramieniu, pospiesznie otworzył przegródkę na lewym przedramieniu, wyjął stamtąd małą wiertarkę, uruchomił ją i wsunął wiertło w sztuczne tworzywo namiotu. Plastyk zaczął się wybrzuszać i marszczyć wokół wirującego wiertła, ale nie pękł, a urządzenie w rękach Johna o mało nie złamało mu ręki w łokciu. John napierał przez moment gwałtownie i w końcu wiertło rozdarło przezroczystą warstwę. John ciągnął wiertło w dół, powiększając otwór, aż stał się na tyle duży, aby mógł się przez niego przecisnąć. Wsunął najpierw głowę, a potem powoli całe ciało. Gdy był w połowie, znieruchomiał, używając własnego ciała jako zatyczki. Odpiął hełm i zdarł go z głowy. Łapał powietrze, jak gdyby dotarł na szczyt po długim biegu. Wydech, wdech, wydech, wdech. Wyrzucić ten dwutlenek węgla z krwi! Ramiona i szyję miał zdrętwiałe. Zewsząd dobiegał go dźwięk alarmu.

Po dwudziestu sekundach gwałtownego oddychania opanował nawał myśli, skupił się, po czym przesunął nogi przez dziurę i pobiegł w dół szybko rozhermetyzowującym się tunelem do osiedla. Jak najdalej od garażu! Na szczęście drzwi łączące tunel z częścią mieszkalną otworzyły się na komendę słowną. John wskoczył do windy i zjechał na trzecie piętro pod powierzchnią, gdzie mieszkał w jednym z apartamentów gościnnych. Gdy drzwi windy otworzyły się, wyjrzał na korytarz. Nie zobaczył nikogo. Z impetem wpadł do pokoju, a tam natychmiast zerwał z siebie walker i schował go wraz z hełmem do szafy. Potem wszedł do łazienki i skrzywił się na widok zbielałych ramion i karku — miał dość poważne odmrożenia. Wziął jakiś doustny lek przeciwbólowy i potrójną dawkę megaendorfiny, po czym nałożył koszulę z wysokim kołnierzem, spodnie i buty. Przyczesał włosy, opanował się. Spojrzał w lustro. Miał szkliste oczy o nieprzytomnym wyrazie. Zaczął się wykrzywiać i klepać w policzki, a następnie znów przybrał normalną minę i zaczął głęboko oddychać. Leki już działały i odbicie jego twarzy w zwierciadle wyglądało nieco lepiej.

Wyszedł na korytarz i ruszył do dużej hali. Jej ściany przypominały rów. Sięgała w dół jeszcze trzy piętra. John zaczął schodzić trzymając się poręczy i spoglądał na znajdujących się pod nim ludzi. Czuł dziwną mieszaninę uniesienia i wściekłości. Wtedy podszedł do niego Sam Houston wraz zjedna ze swoich współpracownic.

— Proszę mi wybaczyć, panie Boone, ale czy mógłby pan pójść z nami?

— Co się stało? — spytał.

— Wydarzył się kolejny wypadek. Ktoś przeciął jeden z tuneli.

— Przeciął spacerowy tunel? I pan to nazywa wypadkiem? Porównuje pan taki drobiazg ze zrzucanymi z orbity satelitami zwierciadlanymi i wywrotkami wpadającymi w mohol?

Houston popatrzył na niego z wściekłością i Boone prawie się roześmiał.

— W jaki sposób pana zdaniem mógłbym być wam pomocny? — spytał spokojnie.

— Wiemy, że pracuje pan dla doktora Russella nad sprawą sabotaży. Pomyśleliśmy, że może chciałby pan się dowiedzieć czegoś więcej.

— Tak, rozumiem. No dobrze, chodźmy się przyjrzeć tej dziurze.

Boone musiał im towarzyszyć prawie dwie godziny i przez cały ten czas ramiona płonęły mu żywym ogniem. Houston, Chang i inni detektywi zwracali się do niego jak gdyby w zaufaniu i z pozornym szacunkiem, ale ich spojrzenia były chłodne i badawcze. John rewanżował się nieznacznym uśmieszkiem.

— Zastanawiam się, dlaczego stało się to właśnie teraz — zadumał się w pewnym momencie Houston.

— Może komuś się nie podoba, że tu jesteście — mruknął John.

Dopiero gdy to wszystko się skończyło, miał czas zastanowić się nad swoją sytuacją. Dlaczego właściwie nic im nie powiedział o napaści? Cóż, bez wątpienia gdyby taka informacja się rozeszła, przyciągnęłaby na Marsa kolejnych przedstawicieli policji, a tego John z pewnością nie pragnął. Poza tym mówiłoby się o tym bez przerwy na Marsie i na Ziemi, i Boone znowu znalazłby się w świetle reflektorów. A on miał już dość sławy. Czuł mdłości na samą myśl o niej.

To była prawda, ale musiał istnieć jeszcze jakiś inny powód, dla którego nic im nie powiedział. Był przecież detektywem. Aż parsknął z oburzenia, gdy sobie wreszcie uświadomił prawdę. Żeby zapomnieć choć na chwilę o bólu, chodził od jadalni do jadalni. Wchodząc do każdej sali patrzył w oczy zgromadzonym tam ludziom. Szukał w ich wzroku zaskoczenia. Tak, tak, to ja, zmartwychwstałem! Który z was mnie zamordował? I kilka razy rzeczywiście dostrzegł, jak ten czy ów wzdraga się pod jego prowokującym spojrzeniem. Cóż, prawdę mówiąc, pomyślał zimno John, przedtem również wiele osób uciekało wzrokiem, kiedy na nie patrzył. Jak gdyby unikali spojrzenia jakiegoś potwora czy potępieńca. Nigdy dotąd nie odczuwał w ten sposób swojej sławy i teraz fakt ten niezwykle go rozeźlił.

Przestały działać środki przeciwbólowe i wkrótce musiał wrócić do swego pokoju. Drzwi były otwarte. Kiedy pospiesznie wszedł do środka, znalazł tam dwóch śledczych.

— Co tu robicie!? — krzyknął wściekle.

— Tylko na pana czekamy — odparł spokojnie jeden. Przez chwilę John mierzył się z nim wzrokiem. — Nie chcielibyśmy, aby ktoś czegoś spróbował.

— Na przykład czegoś takiego jak włamanie się do cudzego pokoju? — rzucił ostro Boone. Nadal stał w progu, opierając się o framugę.

— To nasza praca, proszę pana. Przepraszamy, jeśli pana zdenerwowaliśmy. — Kręcili się nerwowo. Najwyraźniej czuli się w jego pokoju jak w pułapce.

— Kto was do tego upoważnił? — spytał Boone, krzyżując ramiona na piersiach.

— No… — Mężczyźni spojrzeli po sobie. — Pan Houston jako nasz przełożony…

— Proszę go tu sprowadzić.

Jeden z agentów wyszeptał coś w naręczny telefon. W podejrzanie krótkim czasie Sam Houston zjawił się w korytarzu i pospieszył do Johna z uśmiechem.

— Co pan tu robi, kryje się po kątach?

Houston zbliżył się i gdy jego twarz znalazła się zaledwie o centymetry od twarzy Johna, szepnął:

— Niech pan zrozumie, Boone, prowadzimy tu bardzo ważne śledztwo, a pan nam przeszkadza. Nie stoi pan ponad prawem, mimo że się tak panu zdaj e…

John wykonał nagły ruch do przodu i Houston musiał się cofnąć, aby uniknąć zderzenia.

— Pan nie stanowi prawa — oświadczył. Opuścił ręce, a potem szturchnął Houstona w pierś, wypychając go z powrotem na korytarz. Houston najwyraźniej stracił panowanie nad sobą i Boone się roześmiał. I co mi zrobisz, wielki panie agencie? Aresztujesz mnie? A może tylko postraszysz? Da mi pan coś, o czym mógłbym opowiedzieć w Eurovidzie? Naprawdę pan tego chce? Chce pan, abym opowiedział światu, jak to Johna Boone’a nękał jakiś pseudodyktator, jakiś funkcjonariusz, któremu się zdaje, że jeśli przyleciał na Marsa z błogosławieństwem ONZ, może się zachowywać niczym szeryf na Dzikim Zachodzie? — Przypomniał sobie, że jeszcze do niedawna uważał, iż każdy, kto mówi o sobie w trzeciej osobie, sam się ogłasza idiotą, i roześmiał się, a potem dodał: — John Boone nie lubi tego rodzaju rzeczy! Oj, nie lubi!