Pozostali dwaj mężczyźni skorzystali z okazji, aby wymknąć się z jego pokoju i teraz obserwowali go uważnie z daleka. Twarz Houstona miała kolor Ascraeus Mons. Na tym tle jego zęby nienaturalnie błyszczały.
— Nikt nie stoi ponad prawem — zazgrzytał. — Od jakiegoś czasu popełniane są tu przestępstwa, bardzo niebezpieczne i dość sporo z nich zdarza się, kiedy pan jest w pobliżu.
— Tak, na przykład włamania do mojego pokoju.
— Powiem panu tyle tylko, że jeśli uznamy, iż dla dobra śledztwa musimy sprawdzić pański apartament albo pańskie pliki komputerowe, zrobimy to. Zostaliśmy do tego upoważnieni.
— A ja panu mówię, że tego nie zrobicie — odrzekł wyniośle John i musnął palcami podbródek Houstona.
— Zamierzamy przeszukać pańskie pokoje — oświadczył ten, bardzo wyraźnie wymawiając każde słowo.
— Wynoście się — rzucił Boone z pogardą i wykonał nagły ruch w kierunku dwóch pozostałych. Cofnęli się. John zaśmiał się, lekceważąco wydymając usta. — Już, wynocha stąd! Wynoście się, wy niekompetentni… Won mi stąd… i poczytajcie sobie, co mówi prawo na temat rewizji i aresztowania.
Wszedł do pokoju i zamknął za sobą drzwi.
Za drzwiami przystanął. Najwyraźniej odchodzili, ale tak czy owak musiał się zachowywać, jak gdyby nie miało to dla niego znaczenia. Zaśmiał się więc, po czym wszedł do łazienki i wziął kilka tabletek przeciwbólowych.
Na szczęście nie zdążyli się jeszcze dobrać do szafy. Byłoby mu trudno wyjaśnić czemu trzyma w niej podarty walker. Pewnie zaplątałby się w zeznaniach. To ciekawe, pomyślał, jak wszystko się gmatwa, gdy chce się przed kimś ukryć fakt, że ktoś próbował cię zabić. Myśl ta zastanowiła go. Uświadomił sobie, że właściwie atak na niego był mimo wszystko dość niezdarny. Zapewne istniały setki skuteczniejszych sposobów, aby zabić piechura na powierzchni Marsa. Może ktoś próbował go tylko nastraszyć, a może miał nadzieję, że John będzie się starał zataić napaść, żeby go potem złapać na kłamstwie, co następnie wykorzysta…
Potrząsnął głową, zakłopotany. Brzytwa Ockhama, prawdziwa brzytwa Ockhama. Podstawowe narzędzie detektywa. Jeśli ktoś na ciebie napada, to znaczy, że chce cię skrzywdzić, tego nie można interpretować inaczej, to jest rzecz podstawowa, fundamentalny fakt. Koniecznie musi się dowiedzieć, kim byli napastnicy. Myśli zaczęły mu się plątać. Środki przeciwbólowe były silne, ale megaendorfina powoli przestawała działać. Coraz trudniej było mu się skupić. Prawdziwym problemem będzie pozbycie się walkera; zwłaszcza duży nieporęczny hełm trudno będzie ukryć. Ale nie ma wyjścia, musi spróbować. Zabrnął już za daleko, musi wypić piwo, którego sam sobie nawarzył. Znowu się roześmiał. Wiedział, że w końcu coś wymyśli.
Bardzo chciał porozmawiać z Arkadym. Gdy do niego zadzwonił, okazało się, że Rosjanin ukończył już z Nadią kurację gerontologiczną i obecnie przebywa na Fobosie. John nigdy jeszcze nie był na tym małym, szybkim księżycu.
— Może przylecisz tu do mnie i go sobie obejrzysz? — spytał przez telefon Arkady. — Lepiej porozmawiać osobiście, nie sądzisz?
— Dobra — zgodził się od razu John.
Nie był w kosmosie od dnia lądowania na Marsie dwadzieścia pięć lat temu i tak zwyczajne niegdyś wrażenia związane z przyspieszeniem i nieważkością wywołały teraz nieoczekiwany atak mdłości. Gdy statek zadekował na Fobosie, John opowiedział o tym Arkademu, co ten skomentował na swój sposób:.
— To mi się zawsze przydarzało, póki nie wypiłem sobie tuż przed startem małej wódki.
Zaczął wyjaśniać, jak alkohol wpływa na fizjologię człowieka, ale szczegóły tej opowieści wywołały u Johna kolejny atak mdłości, więc poprosił przyjaciela, by przestał. Arkady roześmiał się; czuł jeszcze uniesienie po kuracji i był bardzo szczęśliwy. Wyglądał, jakby nie miał mdłości od co najmniej tysiąca lat.
Stickney okazało się małym ruchliwym miasteczkiem. Betonową kopułę nad kraterem, w którym leżało, zaimpregnowano najnowszym wysoko wydajnym środkiem uodparniającym na promieniowanie. Zbocza krateru zabudowane parkami i dwupiętrowymi budynkami z ogrodami na dachach spływały koncentrycznymi tarasami na plac. W powietrzu przeciągnięto sieci dla osób, które posuwając się susami przez miasto straciły równowagę lub przez przypadek za wysoko wzleciały w górę; prędkość kosmiczna wynosiła tu zaledwie pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, a więc nietrudno się było oddalić od księżyca. Tuż pod kopułą John dostrzegł coś w rodzaju pociągu, który horyzontalnie w stosunku do budynków miasta pędził po obwodzie z prędkością, dającą pasażerom odpowiednik marsjańskiej grawitacji. Zatrzymywał się cztery razy dziennie, aby zabrać pasażerów, ale gdyby John z niego skorzystał, opóźniłby tylko proces aklimatyzacji, więc ruszył od razu do przygotowanego dla niego pokoju gościnnego i siedząc tam nieszczęśliwy, oczekiwał następnego przypływu mdłości. Stał się już najwyraźniej rzeczywistym obywatelem Czerwonej Planety, dla którego opuszczenie Marsa jest sprawą naprawdę bolesną. Śmieszne, ale prawdziwe.
Następnego dnia poczuł się nieco lepiej i Arkady zabrał go na przejażdżkę po Fobosie. Wnętrze księżyca jak plaster miodu podziurawione było tunelami, chodnikami, wyrobiskami oraz setkami ogromnych, otwartych szybów, z których wiele stale eksploatowano w poszukiwaniu wody i opału. Większość wewnętrznych tuneli stanowiły gładkie funkcjonalne kanały, ale pomieszczenia wewnętrzne i sporo dużych chodników zbudowano według socjoarchitektonicznych teorii Arkadego i teraz Rosjanin oprowadzał po nich przyjaciela. Były tu koliste korytarze, strefy mieszane roboczorekreacyjne, tarasy, wytrawione metaliczne ściany i wszelkie osobliwości, które po wielu latach konstruowania miast kraterowych stały się obecnie czymś zupełnie normalnym i niemal standardowym, ale z których Arkady nadal był bardzo dumny.
Trzy z małych kraterów powierzchniowych na stoku przeciwległym do Stickney pokryte były szklanymi kopułami i wypełnione miasteczkami, z których rozciągał się widok na pędzącą pod księżycem Czerwoną Planetę. Widok ten nigdy nie był dostępny ze Stickney, ponieważ długa oś Fobosa była stale nachylona ku Marsowi, z wielkim kraterem zawsze na pierwszym planie. Arkady i John zatrzymali się w osadzie o nazwie Siemionow i patrzyli w górę przez kopułę na Marsa, który wypełniał połowę nieba. W tej chwili jego powierzchnię przesłaniały chmury pyłowe.
— Wielka Burza — oznajmił Arkady. — Sax musi odchodzić od zmysłów.
— Wcale nie — pokręcił głową John. — Mówi, że to sprawa przejściowa. Rozumiesz: usterka.
Arkady gwizdnął. On i Boone szybko i łatwo odnaleźli dawny stary, beztroski ton. Byli równi sobie, czuli się braćmi i łączyła ich wspólna przeszłość. Arkady zachowywał się tak samo jak zawsze: śmiał się, żartował, odgrywał swoją ulubioną rolę “wielkiego łobuza”. Sypał pomysłami i opiniami. Był jak zwykle pewny siebie, co zawsze Johnowi ogromnie się podobało, mimo że teraz wiedział już, iż niektóre pomysły przyjaciela czasem okazują się złe, a nawet niebezpieczne.
— W gruncie rzeczy Sax ma prawdopodobnie rację — zauważył Arkady. — Jeśli te kuracje odmładzające zadziałają i ludzie będą żyć o całe dziesięciolecia dłużej niż dotąd, niewątpliwie wywoła to rewolucję społeczną. Paradoksalne, ale niezmienność wszelkich instytucji zasadzała się właśnie na przekonaniu, że życie jest krótkie… O wiele łatwiej przetrzymać wiele niewłaściwych rzeczy w krótkim życiu, niż zaryzykować zmiany, które mogą się okazać wcale nie lepsze — choćby miało to wpłynąć destrukcyjnie na następne pokolenia. No, wiesz, mówimy: Phi, niech tamci sami sobie z tym poradzą. Ludzie starzeli się i umierali, zanim zdążyli poznać system, nie mieli więc czasu go zmienić, a następne pokolenie znowu musiało od nowa poznawać zastany solidny i obwarowany nakazami świat. Zamknięte koło… Ale jeśli wszystko dokładnie poznasz i wszystkiego się dowiesz, a przez następne pięćdziesiąt lat będziesz się temu przypatrywał i rozmyślał, czy w końcu nie postanowisz naprawić otaczającego cię świata? Może spróbowalibyśmy sprawić, by był choć trochę rozsądniej szy? Taka myśl sama się nasuwa. Dlaczego nie mielibyśmy uczynić go bliższym naszemu sercu? Co może nas powstrzymać?