Выбрать главу

— Ja nie pracuję dla nikogo — obruszył się John.

— Tak, ale pracujesz nad projektem terraformowania, a kto za niego płaci, jak sądzisz?

John postanowił wypróbować odpowiedź Saxa.

— Słońce?

Arkady gwizdnął.

— Zła odpowiedź. Wcale nie samo Słońce i kilka automatów… Tu chodzi o czas ludzki, o mnóstwo tego czasu… Ci ludzie muszą jeść i mają jeszcze inne potrzeby. Więc ktoś ich wyposaża, wyposaża nas… po to, abyśmy nie musieli się kłopotać o zwykłe życie, o to, co w innym świecie musielibyśmy sobie dostarczyć sami.

John zmarszczył brwi.

— Cóż, na początku musieliśmy otrzymać pewną pomoc. Abyśmy mogli przylecieć tutaj, ktoś musiał wydać miliardy dolarów na wszelkiego rodzaju sprzęt. Zużyto, jak to nazywasz, mnóstwo czasu pracy.

— Tak, to prawda. Ale odkąd tu przybyliśmy, powinniśmy byli zrobić wszystko, aby się stać samowystarczalnymi i niezależnymi, potem spłacić sponsorów i działać wraz z nimi jako partnerzy. Nie zrobiliśmy tego i teraz ci, którzy udzielili nam pożyczki, przylecieli do nas. Wracając do tematu, gdyby ktoś cię spytał, który z nas zarobił więcej pieniędzy, ty czyja, nie umiałbyś odpowiedzieć, prawda?

— Prawda.

— Pytanie bez znaczenia. Jednak teraz pytasz mnie o radę, więc musimy się naradzić. Pracujesz jako konsultant jakiejś firmy?

— Nie.

— Ja również nie, ale Phyllis jest doradcą Amexu, Subarashii i Armscoru. A Frank pracuje dla HoneywellMesserschmidt, General Electric, Boeinga i Subarashii. I tak dalej. Są bogatsi niż my. A w tym systemie bogatszy znaczy potężniejszy.

To się jeszcze zobaczy, pomyślał John. Nie chciał jednak, by Arkady znów wyśmiał jego naiwność, toteż nie wypowiedział tej myśli głośno.

— I to się zdarza dosłownie wszędzie na Marsie — oznajmił z naciskiem Arkady. Wokół Boone’a zamachały rękoma chmary Arkadych, jak tybetańska mandala rudowłosych demonów. — No, istnieją naturalnie ludzie, którzy zauważają, co się dzieje. Albo ja im o tym mówię. I to właśnie musisz zrozumieć, John: są ludzie, którzy będą walczyć do upadłego, aby utrzymać dotychczasowy porządek rzeczy. Są tacy, którzy kochają życie naukowca “prymitywisty” tak bardzo, że nie poddadzą się bez walki.

— A więc te sabotaże…

— Tak! Być może niektórych dokonują właśnie tacy ludzie. Nie zgadzają się na ekonomiczny rozwój Czerwonej Planety. Większości sabotaży z pewnością dokonują ludzie, którzy chcieliby utrzymać Mars w stanie sprzed naszego przybycia… Ja do takich osób nie należę. Ale na pewno stanę po stronie tych, którzy ze wszystkich sił będą się starali nie dopuścić, by Mars stał się wolną strefą dla ponad-narodowego górnictwa. Nie pozwolę, aby zmieniono nas w szczęśliwych niewolników jakiejś bandy dyrektorów, którzy będą nas obserwować zza murów swoich ufortyfikowanych pałaców — Arkady obrócił się twarzą do Johna i ten kątem oka zobaczył dokoła setki mierzących się wzrokiem mężczyzn. — Powiedz, nie czujesz tego samego?

— Tak, rzeczywiście — uśmiechnął się John. — Naprawdę! Zdaje się, że jedyne, w czym się zawsze nie zgadzamy, to metody.

— A jakich metod ty proponujesz użyć?

— Cóż… po pierwsze, chciałbym, aby traktat został odnowiony, a po drugie, żeby go przestrzegano. Jeśli tak się stanie, wówczas otrzymamy to, czego chcemy, albo przynajmniej będziemy mieli podstawę do ubiegania się o pełną niezależność.

— Traktat nie zostanie odnowiony — oświadczył stanowczo Arkady. — Trzeba czegoś o wiele bardziej radykalnego, aby powstrzymać tych ludzi, John. Trzeba bezpośredniego działania… tak, tak, nie patrz na mnie z takim niedowierzaniem! Konfiskata własności albo czyjegoś systemu łączności. … ustanowienie naszego własnego kodeksu praw, popieranego przez nas wszystkich, przez każdego przechodnia na każdej ulicy… Tak, John! Dojdzie do tego, ponieważ pod stołem czeka odbezpieczona broń. Jest do dyspozycji. Historia pokaże, że tylko demonstracja siły i powstanie zbrojne pokonają naszych wrogów.

Patrząc na zwielokrotnione w lustrach odbicie Arkadego Boone pomyślał, że Rosjanin nigdy chyba jeszcze nie miał tak uroczystej miny. Był teraz tak poważny, że na obliczach milionów lustrzanych Johnow pojawiło się zaskoczenie. Po chwili Boone się opamiętał i zamknął otwarte ze zdziwienia usta.

— Chciałbym wypróbować najpierw mój własny sposób — mruknął na zakończenie rozmowy.

Wtedy Arkady roześmiał się. John szturchnął go żartobliwie w ramię i Arkady poleciał na podłogę, odepchnął się od niej i pochwycił przyjaciela. Siłowali się przez chwilę, a następnie każdy z nich odfrunął na przeciwległą ścianę pomieszczenia. W setkach luster odbijały się miliony unoszących się w powietrzu Johnów i Arkadych.

Wreszcie wrócili do metra i udali się na kolację do Siemionowa. Po posiłku stali przez jakiś czas patrząc w górę na Marsa, który obracał się jak gigantyczna gazowa kula. W pewnym momencie John pomyślał, że ta planeta przypomina mu jakąś pomarańczową komórkę, embrion albo jajko. Pod jej marmurkową skorupką o barwie oranżu wirują chromosomy. Czeka w niej na swe narodziny nowe stworzenie, istota stworzona przez naukowców. I oni wszyscy, wszyscy ludzie na Marsie, są jego twórcami. Ciągle pracują nad tym stworzeniem, wciąż je przekształcają. Próbują ciąć te geny, które ich zdaniem są pożądane, na plazmidy i wprowadzać je do spiralnych nici DNA planety. Starają się stworzyć chimerę. Taaak. Większość z tego, co mówił Arkady, podobało się Johnowi, ale miał również swoje własne pomysły. Zobaczymy, kto w ostatecznym rozrachunku zdoła stworzyć więcej genomu.

John spojrzał na Arkadego, który także patrzył w górę na tarczę planety. Miał znowu tę samą uroczystą minę. I wtedy John uświadomił sobie, że wyraz twarzy Rosjanina tu nie robi już na nim takiego wrażenia jak w sali luster. To prawda, że jego spojrzenie emanowało dziwną przenikliwością i jakąś wewnętrzną mocą, ale tylko w niesamowitym formacie wielorakiej, złożonej wizji muchy.

John wrócił na Czerwoną Planetę, do ciemnego świata Wielkiej Burzy, do krainy przyćmionych, mrocznych, omiatanych piaskiem dni. Natychmiast odkrył, że dzięki rozmowie z Arkadym patrzy na wiele spraw zupełnie inaczej niż przed wycieczką na Fobosa. W nowy sposób postrzegał niektóre rzeczy, zwracał na nie baczniejszą uwagę. Pojechał na przykład na południe od Burroughs do Moholu Sabishii (nazywano go “Samotnym”), aby odwiedzić mieszkających tam Japończyków. Mieszkali tu od wielu lat, byli swego rodzaju “dinozaurami”, stanowili japoński odpowiednik pierwszej setki, ponieważ przybyli na Marsa zaledwie siedem lat po niej. Jednak w przeciwieństwie do pierwszych naukowców, trzymali się w swoim gronie, stali się bardzo zwartym zespołem i “zasymilowali się” na swój własny, wspaniały sposób. Sabishii pozostało małą osadą, nawet po wykopaniu przy niej moholu. Leżało w regionie surowych głazów narzutowych, niedaleko Krateru JarryDeslogesa i John, zjeżdżając ostatO5nim odcinkiem szlaku transponderowego do kolonii, przyglądał się wielkim głazom, które natura wyrzeźbiła w wielkie ludzkie twarze czy też całe figury, pokryła zawiłymi piktogramami lub wyżłobiła w małe budowle o wyglądzie świątyń sintoistów albo wyznawców zeń. Eratyki te migały Boone’owi zaledwie na moment, a potem, mimo iż wpatrywał się uważnie w kłęby pyłu, nie wracały już, znikając na zawsze jak sny lub halucynacje.

Kiedy znalazł się w strefie najbliższej moholowi, gdzie była o wiele lepsza widoczność, zauważył, że sabishiijczycy przetransportowali tu okoliczne skały i ułożyli je w strome kopce. Wszystkie hałdy były identyczne i John zastanowił się, co mają uosabiać — smoki? Ale niewiele miał czasu na zastanowienie, ponieważ już po chwili wjechał do garażu, gdzie powitała go grupa mieszkańców miasta. Mieli bose stopy i długie włosy, ubrani byli w wytarte brązowe kombinezony lub kostiumy przypominające stroje zapaśnicze. Byli to pomarszczeni, starzy japońskomarsjańscy mędrcy. Powiedzieli mu o ośrodkach karni w regionie i zwierzyli się, że ich głębokie odwieczne poczucie OM przeniosło się teraz z cesarza na tę planetę. Pokazali mu swoje laboratoria, w których zajmowali się areobotaniką i nowymi materiałami do produkcji ubrań, które byłyby odporne na promieniowanie. Zajmowali się również poszukiwaniem formacji wodonośnych i klimatologią pasa równikowego. Słuchając ich, John odniósł wrażenie, że muszą być chyba w kontakcie z Hiroko; było to jedyne sensowne wytłumaczenie ich działalności. Ale gdy ich o nią pytał, wzruszali tylko ramionami. John ze wszystkich sił starał się wyciągnąć od nich jakieś informacje i stworzyć, co często udawało mu się w kontaktach z “dinozaurami”, atmosferę zaufania, wspólnoty, poczucia, że przeszli razem długą drogę i wszyscy dotarli wreszcie do swej własnej epoki Noachian. Podobnie było i z tymi Japończykami: parę dni zadawania pytań, poznawania miasteczka, prezentowania się jako “człowiek, który zna giri” i powoli sabishiijczycy zaczęli się przed nim otwierać. Mówili mu teraz cicho i spokojnie, ale już nie owijając w bawełnę, że nie podoba im się nagły rozwój Burroughs ani wykopany obok nich mohol, że są w zasadzie przeciwni wzrostowi populacji Marsa i naciskom, jakie wywiera na nich rząd japoński, każąc im badać Wielką Skarpę i jak najszybciej “odkryć złoto”.