Выбрать главу

I tak się spierali na temat rewolucji, nacjonalizmu, religii, ekonomii i wszelkich innych przejawów ludzkiej myśli. John jak zwykle mieszał pojęcia i przeskakiwał z tematu na temat.

— Żadna rewolucja na Ziemi nigdy się nie udała, nigdy nie odniosła pożądanego skutku. Zresztą rewolucje wyszły już z mody. Powinniśmy stworzyć nowy program, tak jak mówi Arkady, i zawrzeć w nim sposoby kontrolowania przyszłości naszej planety. Tymczasem wy ciągle żyjecie mrzonkami przeszłości i chcecie nas poprowadzić prosto w ten właśnie system, na który narzekacie! Potrzebujemy nowej marsjańskiej drogi, nowej marsjańskiej filozofii, ekonomii, religii!

Spytali, jak jego zdaniem powinny wyglądać te nowe przejawy ludzkiej myśli. John rozłożył ręce.

— Skąd mam wiedzieć? Skoro nigdy nie istniały, trudno o nich rozmawiać, trudno je sobie wyobrazić. Nie mamy przykładów, brak nam tradycji, do której moglibyśmy nawiązać. Gdy próbuje się coś stworzyć, ustalenie kształtu tego czegoś nowego zawsze stanowi problem, wierzcie mi, znam się na tym, bo próbowałem… Ale chyba mogę wam zasugerować, jak powinniśmy się czuć w nowych, stworzonych przez siebie warunkach — powinniśmy się czuć tak, jak nasza setka czuła się tu w pierwszych latach po przybyciu na Czerwoną Planetę, kiedy stanowiliśmy jeszcze grupę i pracowaliśmy razem. Kiedy jedynym naszym celem było zainstalowanie się tutaj i odkrywanie tego nowego świata. Kiedy wspólnie decydowaliśmy, co trzeba robić. Tak właśnie powinniśmy się czuć!

— Ależ te dni odeszły już na zawsze — zauważyła Marian, a inni pokiwali głowami. — To ty żyjesz mrzonkami przeszłości. I nie proponujesz nam nic poza słowami. Zachowujesz się tak, jakbyś dyskutował o filozofii z grupą studentów w gigantycznej kopalni złota, podczas gdy ze wszystkich stron nadciągają nieprzyjacielskie wojska.

— Nie, nie — zdenerwował się John. — Mówię o metodach oporu, o metodach odpowiednich dla naszej prawdziwej sytuacji, a wy o jakichś rewolucyjnych fantazjach wyczytanych w podręcznikach historii!

Rozmawiając, kręcili się po okolicy, aż znaleźli się z powrotem w Senzeni Na i dotarli do pomieszczeń, w których mieszkali robotnicy. Tam dalej trwała gwałtowna kłótnia. Spierali się przez całą szczelinę czasową i jeszcze długo w noc, i w pewnym momencie John poczuł dumę, ponieważ dostrzegł, że jego rozmówcy zaczynają się zastanawiać nad jego słowami; było jasne, że uważnie go słuchali i że to, co im mówił — jego sposób myślenia — ma dla nich znaczenie. Przypomniał sobie czasy starej sławy “pierwszego człowieka na Marsie”. I teraz dzięki tej sławie i poparciu Arkadego miał wpływ na tych ludzi, widoczny wpływ. Potrafił zachwiać ich pewnością siebie, sprawił, że zaczęli myśleć, zmusił ich do zrewidowania poglądów, może nawet zmienił ich umysły!

Nastał już kolejny mrocznopurpurowy świt Wielkiej Burzy, więc ruszyli całą grupą korytarzami do kuchni, zerkając przez okna i nadal rozmawiając. Nalali sobie kawy, rozgorączkowani swego rodzaju natchnieniem, odwiecznym podnieceniem, jakie daje szczera rozmowa. Kiedy się w końcu rozeszli, aby trochę się przespać, zanim nadejdzie dzień, nawet Marian była nieco wstrząśnięta, a całe towarzystwo głęboko zamyślone, na wpół przekonane, że Boone ma jednak rację.

John ruszył ociężałym krokiem do przydzielonego mu pokoju gościnnego. Czuł się zmęczony, ale szczęśliwy. Cokolwiek zamierzał Arkady, uczynił Boone’a jednym z przywódców ruchu. Być może tego pożałuje, ale już nie ma odwrotu. John był pewien, że samemu ruchowi z pewnością wyjdzie to na dobre, bowiem John uważał siebie samego za coś w rodzaju mostu między “podziemiem” i resztą ludzi na Marsie — działał w obu światach, godził oba, jednał je, przekuwał w jedną wielką siłę, która na pewno będzie skuteczniejsza niż każda z nich z osobna. W siłę stanowiącą połączenie “surowców naturalnych” z podziemnym entuzjazmem. Arkady uważał tę syntezę za niemożliwą, ale John posiadał władzę, której Arkady nie miał. Mógł więc… nie, nie uzurpować sobie prawo do przywództwa, ale po prostu zmienić ich wszystkich.

Drzwi do jego pokoju w apartamencie gościnnym były otwarte. Wszedł zaniepokojony i zobaczył ich. Siedzieli na krzesłach. Sam Houston i Michel Chang.

— No więc? — odezwał się Houston. — Gdzie pan był?

— A niech to, doprawdy… — warknął John. Jego dobry nastrój znikł w okamgnieniu. — Czyżbym przez pomyłkę wybrał nieodpowiednie drzwi? — Cofnął się, rozejrzał i dodał z ironią. — Ależ nie. To jest na pewno mój apartament. — Włączył na naręcznym komputerku system rejestrujący. — Co tu robicie?

— Chcemy wiedzieć, gdzie pan był — odparł beznamiętnie Houston. — Otrzymaliśmy pozwolenie. Możemy wchodzić do wszystkich pokoi i zadawać pytania. Równie dobrze możemy zacząć od pana.

— Daj spokój, człowieku — zadrwił John. — Nigdy pana nie męczy ta poza złego gliniarza? Chłopaki, czy wy nigdy nie dajecie za wygraną?

— Chcemy po prostu uzyskać odpowiedzi na parę pytań — odparł łagodnie Chang.

— O, proszę, mamy i dobrego gliniarza — mruknął John. — Wszyscy chcielibyśmy uzyskać odpowiedzi na nasze pytania. Zapewniam pana.

Houston wstał. Jeszcze chwila i wybuchnie, pomyślał John. Podszedł do niego tak blisko, że dzieliła ich odległość zaledwie około dziesięciu centymetrów.

— Wynoście się z mojego pokoju — oświadczył John. — Wynoście się stąd albo was wyrzucę, a zastanawiać się nad tym, czy mieliście prawo tu wejść, będziemy później.

Houston nadal stał nieruchomo i tylko patrzył na Boone’a. John bez ostrzeżenia pchnął go mocno w pierś. Policjant poleciał w kierunku swojego krzesła i chcąc nie chcąc usiadł. W następnej sekundzie skoczył ku Johnowi, ale Chang rzucił się między nich, wołając:

— Uspokój się, Sam, poczekaj chwilę.

John wrzasnął z całych sił:

— Wynoście się z mojego pokoju! Wynoście się! — Wywrzaskiwał te słowa w kółko. Uderzył Changa w plecy i ponad jego ramieniem łypnął na czerwoną twarz Houstona. Niemal wybuchnął śmiechem na widok tego oblicza. Odzyskał dobry humor. Odwrócił się, aby Houston nie dostrzegł jego uśmieszku i ruszył do drzwi z krzykiem: — Wynocha! Wynocha!

Chang szarpnął rozgniewanego towarzysza i wyciągnął go na korytarz. John wyszedł za nimi. Przez chwilę cała trójka stała w progu, mierząc się wzrokiem. Chang, który był najwyższy, przezornie wcisnął się między swego partnera a Johna. Minę miał strapioną i zirytowaną.

— A tak właściwie, czego chcieliście? — spytał niewinnie John.

— Chcemy wiedzieć, gdzie pan był — powtórzył cierpliwie Chang. — Mamy powód, by podejrzewać, że pańskie tak zwane śledztwo dotyczące przypadków sabotażu to tylko wygodna przykrywka.

— Podejrzewam to samo, jeśli chodzi o was — wyszczerzył zęby John.

Chang zignorował jego słowa.

— Wypadki zdarzają się zawsze tuż po pańskich wizytach. Sam pan rozumie…

— One się zdarzają podczas waszych wizyt!

— … w każdym moholu, który pan odwiedził w czasie Wielkiej Burzy, spadały lawiny drobin pyłu… Programy komputerowe w biurze Saxa Russella w Echus Overlook zostały zaatakowane przez wirusy komputerowe tuż po pańskiej wizycie u niego w 2047 roku… W Acheronie odporne porosty padły od jakiegoś wirusa biologicznego zaraz po pańskim wyjeździe… I tak dalej.

John wzruszył ramionami.

— Tak? Jesteście tutaj od dwóch miesięcy i tylko tyle zdołaliście ustalić?

— Jeśli mamy rację, to nam wystarczy. Gdzie pan był zeszłej nocy?

— Przykro mi — odrzekł John — ale nie odpowiadam na pytania zadawane przez ludzi, którzy włamują się do mojego pokoju.