— Musi pan odpowiedzieć — oznajmił Chang. — Takie jest prawo.
— Jakie prawo? Macie jakieś konkretne plany co do mnie? — Obrócił się w kierunku otwartych drzwi pokoju i Chang ruszył, aby mu zablokować wejście. Boone znowu stracił panowanie nad sobą i zamierzył się na Changa. Ten uchylił się, ale pozostał w progu nieporuszony. John obrócił się więc i poszedł w przeciwnym kierunku do wspólnych pomieszczeń osiedla.
Jeszcze tego popołudnia wsiadł w rovera i opuścił Senzeni Na. Wybrał drogę transponderową na północ, wzdłuż wschodniego stoku Tharsis. To była dobra droga i trzy dni później znajdował się już tysiąc trzysta kilometrów na północ, mniej więcej na północny zachód od Noctis Labyrinthus, a z nowej stacji paliw skręcił w prawo i wybrał wschodnią drogę do Underhill. Codziennie, podczas gdy łazik toczył się przed siebie przez oślepiający pył, John pracował na komputerze.
— Pauline, czy mogłabyś przejrzeć wszystkie pliki planetarne dotyczące kradzieży wyposażenia dentystycznego? — Maszyna pracowała nad tą dziwaczną prośbą niemal tak wolno jak człowiek, ale w końcu wykonała zadanie. Potem John kazał jej prześledzić ruchy wszystkich podejrzanych osób, jakie przyszły mu do głowy. Kiedy był pewien, że sprawdził wszystkich, zadzwonił do Helmuta Bronskiego, aby zaprotestować przeciwko działaniom Houstona i Changa.
— Mówią, że działają z twojego upoważnienia, Helmucie, więc pomyślałem sobie, że powinieneś wiedzieć, jak się zachowują.
— Ależ oni bardzo się starają — odparł Helmut. — Chciałbym, żebyś przestał ich dręczyć, John, i zaczął z nimi współpracować. To byłoby z korzyścią dla wszystkich. Wiem, że nie masz nic do ukrycia, dlaczego więc nie chcesz im pomóc?
— Daj spokój, Helmut, oni wcale nie proszą o pomoc. To jest zwykłe zastraszanie. Każ im przestać.
— Ci ludzie próbują jedynie wykonywać swoją pracę — odrzekł słodko Helmut. — Nie słyszałem o żadnych niezgodnych z prawem działaniach.
John rozłączył się, a później zadzwonił do Franka, który przebywał w Burroughs.
— Co się dzieje z Helmutem? Dlaczego oddaje planetę w ręce tych cholernych policjantów?
— Jesteś idiotą — stwierdził jak zwykle Frank. Podczas rozmowy pisał coś z zapałem na komputerze i wydawał się ledwie świadom tego, co John mówi. — Czy ty w ogóle nie widzisz, co tu się dzieje?
— Myślałem, że widzę — mruknął John.
— Tkwimy po kolana w benzynie! A te cholerne kuracje odmładzające są zapałką. Ale ty nigdy nie rozumiałeś, po co przede wszystkim zostaliśmy tu przysłani, więc jak możesz teraz pojmować cokolwiek? — Pisał dalej, patrząc twardo w ekran.
John obserwował pomniejszoną figurkę Franka na swoim nadgarstku. W końcu odezwał się:
— A po co przede wszystkim zostaliśmy tu przysłani, Frank?
— Ponieważ Rosja i nasze ukochane Stany Zjednoczone były zdesperowane, właśnie dlatego. Zgrzybiałe, niemodne przemysłowe dinozaury, oto czym byliśmy, zjedzeni niemal doszczętnie przez Japonię, Europę i wszystkie te “tygryski”, które wówczas zaczynały się pojawiać w Azji jak grzyby po deszczu. A my mieliśmy doświadczenie w lataniu w kosmos i ogromny bezużyteczny przemysł kosmiczny, więc połączyliśmy wysiłki i przylecieliśmy tutaj w nadziei, że znajdziemy coś wartego zachodu, że nam się ta wyprawa opłaci! I powiedzmy, że trafiliśmy na złoto. Co tylko dolało oliwy do ognia, ponieważ każda gorączka złota pokazuje zawsze, kto jest potężny, a kto nie. I teraz, choćbyśmy nawet stanęli na głowie, niewiele zdziałamy, ponieważ na Ziemi powstało mnóstwo nowych “tygrysów”, które są o wiele lepsze w te klocki niż my i wszystkie chcą się dorwać do żłobu. Sporo państw cierpi na niedostatek przestrzeni życiowej i brak surowców naturalnych. Na Ziemi jest dziesięć miliardów ludzi stojących w swoim własnym gównie!
— Myślałem, że twoim zdaniem nasza droga rodzima planeta i tak prędzej czy później się rozpadnie.
— Nie nazwałbym tego rozpadem. Pomyśl o tym… Jeśli ta przeklęta kuracja jest tylko dla bogatych, w takim razie biedni zbuntują się i szlag trafi wszystko. A jeśli kurację umożliwi się wszystkim, wtedy nastąpi jeszcze większy przyrost populacji i rezultat będzie podobny. Też wszystko trafi szlag! Każde wyjście jest złe! I właśnie to dzieje się teraz! Konsorcjom ponad-narodowym naturalnie ten cały bałagan się nie podoba. Kiedy świat wybucha, przeszkadza to w interesach. Mają więc stracha i zdecydowali się spróbować utrzymać istniejący stan rzeczy siłą. Helmut i ci twoi agenci stanowią jedynie maleńki wierzchołek góry lodowej… Wielu polityków sądzi, że naszą jedyną szansą na jaką taką stabilizację populacyjną bez katastrofy jest coś w rodzaju światowego państwa policyjnego przez okres mniej więcej kilku dziesięcioleci. Odgórna kontrola, oto czego chcą te głupie palanty.
Frank potrząsnął z oburzeniem głową, a potem pochylił się ku swojemu ekranowi i zapatrzył w niego tępo.
John spytał go po chwili:
— Poddałeś się kuracji, Frank?
— Jasne, że tak. A teraz daj mi już spokój John, mam masę roboty.
To lato na południu było tak samo okryte pyłem Wielkiej Burzy, a jednak i tak chłodniejsze niż jakiekolwiek dotychczas. Burza trwała już prawie dwa Mlata, czyli z górą trzy lata ziemskie, ale Sax podchodził do niej w sposób iście filozoficzny. John zadzwonił do niego do Echus Overlook i kiedy wspomniał o zimnych nocach, Sax odparł jedynie:
— Bardzo prawdopodobne, że niskie temperatury będą nam towarzyszyć przez większą część okresu terraformowania. Jednakże musisz pamiętać, że wcale nam nie zależy na cieple dla samego ciepła. Na Wenus na przykład jest naprawdę bardzo ciepło, i co z tego? Próbujemy tu stworzyć warunki odpowiednie do życia. Jeśli będziemy mogli oddychać tym powietrzem, nie będziemy się przejmować zimnem.
Tymczasem było zimno, przeraźliwie zimno: nocami temperatura spadała do stu stopni poniżej zera, nawet na równiku. Kiedy w tydzień po opuszczeniu Senzeni Na John dotarł do Underhill, zauważył, że chodniki miasta pokrywa niezwykły różowy lód, a ponieważ w przytłumionym świetle burzy stał się niemal niedostrzegalny, chodzenie po nim było dość niebezpieczne. Mieszkańcy Underhill spędzali zresztą większość czasu we wnętrzach. John dostosował się na kilka tygodni do ich trybu życia, pomagając miejscowej grupie biotechnologicznej w próbie terenowej pewnych trwałych nowych glonów śnieżnych.
Underhill było zatłoczone obcymi. Większość z nich stanowili młodzi Japończycy albo Europejczycy, którzy na szczęście nadal w rozmowach używali języka angielskiego. Boone zamieszkał w jednej ze starych podziemnych komór o wypukłych sklepieniach, w pobliżu północno-wschodniego narożnika kwadrantu, który cieszył się o wiele mniejszą popularnością niż nowa “hala” Nadii, ponieważ był mniejszy i mroczniejszy. Wiele jego podziemnych komór wykorzystywano teraz wyłącznie na magazyny. John miał dziwne uczucie, chodząc po tym kwadrancie korytarzy; co chwila jakieś miejsce budziło wspomnienia: a to basen, a to pokój Mai, a to jadalnia — teraz wszystko ciemne i zastawione pudłami. Przypomniał sobie lata, kiedy przedstawiciele pierwszej setki stanowili jedyną ludzką grupę na Marsie, i musiał przyznać, że coraz trudniej mu sobie wyobrazić, iż kiedyś rzeczywiście tak było.
Poprzez Pauline Boone nadal śledził ruchy wielu osób, między innymi różnych przedstawicieli UNOMY. Jego inwigilacja nie była zbyt dokładna, jako że nie zawsze mógł wytropić posunięcia detektywów, zwłaszcza Houstona, Changa i ich ekipy, z czego wywnioskował, że często działają poza siecią. Tymczasem pliki przylotów do portu kosmicznego przynosiły Johnowi z każdym miesiącem coraz więcej dowodów na to, że Frank się nie mylił w swej opinii co do ONZ, choć dotknął jedynie wierzchołka góry lodowej. Boone uświadomił sobie w pewnym momencie, jak wiele osób, które przybywały na Marsa — w szczególności do Burroughs — pracuje dla UNOMY. Ludzie ci przylatywali tu bez specjalnych przydziałów, a potem rozsypywali się po planecie, jechali do kopalń, moholów oraz innych kolonii i rozpoczynali pracę dla lokalnych szefów służby bezpieczeństwa. Ich ziemskie akta zatrudnienia były doprawdy niezwykle interesujące.