Często po sesji z Pauline John opuszczał kwadrant komór i wychodził na spacer na zewnątrz, aby się uspokoić i przemyśleć uzyskane tego dnia dane. Widoczność była teraz o wiele lepsza, dość często nieco się przejaśniało. Chodzenie utrudniał jedynie różowy lód. Najwyraźniej Wielka Burza słabła. Prędkość wiatru na powierzchni tylko dwa czy trzy razy przekraczała przeciętną prędkość sprzed nawałnicy — trzydzieści kilometrów na godzinę — a pył w powietrzu chwilami był niewiele gęstszy niż gęsta mgła, zmieniając kolejne zachody słońca w płonące pastelowe zawirowania różu, żółci, oranżu, czerwieni i purpury, z przypadkowymi smugami zieleni lub turkusu, które ukazywały się i znikały, pozostawiając po sobie piękne lodowe łuki, małe tęcze, nibysłońca. Temu wszystkiemu towarzyszyły niekiedy prawdziwie olśniewające snopy czystego żółtego światła. John uważał, że przyroda w sposób niesłychanie widowiskowy prezentuje mu swój brak gustu. Obserwacja całej tej feerii zamglonych, ruchliwych barw odrywała Johna od jego myśli. Wspinał się więc szybko na wielką białą piramidę, przypatrywał się otoczeniu przez moment i to mu wystarczało: mógł już wracać do środka, gotów na nowo podjąć pracę.
Któregoś wieczoru po jednym z niezwykle malowniczych zachodów słońca Boone zszedł właśnie ze szczytu piramidy i ruszył powoli z powrotem ku Underhill, gdy nagle dostrzegł dwie postacie, które przeszły przez boczne drzwi garażu i przezroczystym tunelem pływowym skierowały się do rovera. Poruszały się jakoś zbyt szybko i ukradkowo, toteż John zatrzymał się zaintrygowany. Nie mieli hełmów i po zarysie karków i sylwetkach John rozpoznał Houstona i Changa. W łaziku poruszali się dość niezdarnie. Wreszcie uruchomili pojazd i ruszyli w kierunku Johna. Ten natychmiast zaciemnił szybkę w hełmie i z opuszczoną głową podjął spacer; próbował wyglądać jak ktoś, kto wchodzi do miasta po pracy. Nagle skręcił w bok, co nieco zwiększyło odległość między nim i roverem. Pojazd zanurzył się w gęstą chmurę pyłu i nieoczekiwanie zniknął.
John intensywnie rozmyślał. Był niemal porażony. Przy włazie zamarł na chwilę, a kiedy się wreszcie ruszył, nie wszedł przez luk, lecz zbliżył się do umieszczonej na ścianie konsoletki interkomu. Pod głośnikami widniał szereg różnego rodzaju gniazdek, które nie były już od dawna używane; Boone ostrożnie odsunął zatyczkę z jednego i oczyścił jego brzegi z zaskorupiałego miału. Potem połączył gniazdko z notesikiem komputerowym na swoim nadgarstku. Wystukał kod dla Pauline i zaczekał na utajnienie i odszyfrowanie, aby móc zacząć pracę.
— Tak, Johnie? — usłyszał w hełmie metaliczny głos komputera.
— Włącz kamerę, Pauline, i pokaż mój pokój.
Jego Pauline w pokoju stała na bocznym stoliczku przy łóżku, połączona kablem ze ścianą. Jej kamera była mechanizmem maleńkim i rzadko używanym, toteż na naręcznym komputerku Johna pojawił się mikroskopijny obraz. Światło było przyćmione, ponieważ paliła się tylko jedna nocna lampka. Krzywizna szybki w hełmie Boone’a stanowiła dodatkową przeszkodę, na małym ekranie widział więc jedynie szare, lekko drgające kształty — nie mógł ich dokładnie rozpoznać. Dostrzegł jednak łóżko i ścianę i zdawało mu się, że na łóżku coś leży.
— W tył o dziesięć stopni — polecił John i zamrugał, wpatrując się intensywnie w dwucentymetrowy kwadracik obrazu. Tak, to było jego łóżko. A na nim… leżał jakiś mężczyzna. Czyżby wzrok go mylił? Nie, widział podeszwy butów, tułów, włosy. Trudno było powiedzieć coś więcej. Tak czy owak, kształt spoczywał nieruchomo. — Pauline, czy słyszysz coś w tym pokoju?
— Wentylatory, elektryczność.
— Daj pełną głośność. — Przechylił głowę w lewo, przytykając ucho do głośnika w hełmie. Syk, szum, zakłócenia. W takim przekazie było zbyt wiele błędów, zwłaszcza że używał tych starych, skorodowanych gniazdek. Ale z pewnością nie słyszał oddechu. — Pauline, czy możesz się dostać do systemu monitorującego Underhill, zlokalizować kamerę przy drzwiach komory i przesłać jej obraz do mojego nadgarstka?
Kilka lat wcześniej zarządzał instalacjami systemu bezpieczeństwa Underhill. Pauline ciągle miała w pamięci wszystkie plany i kody, wykonanie zadania nie zajęło jej więc zbyt wiele czasu. Już po chwili na maleńkim ekraniku komputerka obraz apartamentu został zastąpiony obrazem korytarza. Był to widok z góry. John dostrzegł, że światła są włączone. Poruszająca się kamera ukazała także zamknięte drzwi do jego pokoju. To było wszystko.
Opuścił rękę i zastanawiał się nad tym, co zobaczył. Minęło pięć minut, zanim podniósł ją znowu i zaczął wydawać przez Pauline instrukcje systemowi bezpieczeństwa Underhill. Znajomość kodów pozwoliła mu na poinstruowanie całego systemu kamery, aby wymazał ślady jego inwigilacji na taśmie. Potem uruchomił taśmy w cogodzinnych — zamiast zwykłych ośmiogodzinnych — układach rejestrujących, a następnie poinstruował dwóch automatycznych sprzątaczy, aby poszli do jego pokoju i otworzyli drzwi. Stał drżący, obserwując powolny przejazd robotów przez kolejne komory. Kiedy otworzyły drzwi, obraz dotarł do Johna za pośrednictwem małej kamery Pauline. Do pokoju wlało się światło, na chwilę Johna oślepiło, ale wyregulował ostrość i widział teraz całkiem dobrze. Tak, na jego łóżku leżał mężczyzna. Boone zaczął oddychać szybciej. Kierował zdalnie robotami, używając małych przycisków na naręcznej konsolecie. Ruchy sprzątaczy były nieco niezręczne, ale, pomyślał John, jeśli szarpanina ta obudzi mężczyznę, to tym lepiej.
Niestety, nieznajomy się nie obudził. Zwisał na boki, podtrzymywany niepewnymi ramionami robotów, które podnosiły go ze swoją algorytmiczną delikatnością. Ciało się nie poruszało. Najwyraźniej mężczyzna był martwy.
John powoli zaczerpnął powietrza, potem wstrzymał oddech i nakazał pierwszemu robotowi, aby złożył ciało w dużym kontenerze na odpadki, w który wyposażony był drugi automat. Wysłanie robotów z powrotem korytarzem do komory magazynowej było łatwe. Tocząc się, mijały wiele osób, ale na to Boone nie mógł nic poradzić. Zresztą, ciało było widoczne jedynie z góry i na szczęście ludzie nie zwracali szczególnej uwagi na automatycznych sprzątaczy. John był pewien, że nikt ich nie zapamięta.
Kiedy wprowadził roboty do składziku, zawahał się. Czy powinien przekazać ciało do spopielenia w Dzielnicy Alchemików? Nie, po co? Było już poza jego pokojem, nie musiał się go pozbywać. Właściwie, później może mu się nawet przydać. Po raz pierwszy zastanowił się, kim mógł być ten mężczyzna. Polecił pierwszemu robotowi, aby przyłożył sztuczne oko do prawego nadgarstka zwłok i przekazał dane z magnetycznego czytnika. Automat miał spore trudności z ustawieniem się w odpowiedniej pozycji, ale po pewnym czasie udało mu się. Reszta trwała zaledwie chwilę. Maleńki identyfikator, jaki zaimplantowano w kość nadgarstka wszystkim mieszkańcom Marsa, zawierał informacje w standardowym kodzie punktowym i Pauline już po minucie ustaliła tożsamość martwego mężczyzny. Yashika Mui, rewident księgowy UNOMY, zamieszkały w Underhill, przybyły w roku 2050. Prawdziwa osoba. Człowiek, który mógł żyć tysiąc lat.