John dostał dreszczy. Oparł się o pomalowaną na błękitno ceglaną ścianę Underhill. Pozostała mu godzina do wejścia, może trochę mniej. Niecierpliwie odepchnął się od ściany i ruszył dokoła. Zwykle obchód zajmował mu około piętnastu minut, teraz — jak stwierdził — robił go w dziesięć. Po drugim obejściu terenu skierował się do starego parku maszynowego.
Tylko dwie ze starych przyczep ciągle tam stały i były najwyraźniej opuszczone albo używano ich jedynie na magazyny. Z nocnego pyłu między nimi wynurzyły się nagle jakieś sylwetki i John na sekundę poczuł strach, ale nieznajomi minęli go i poszli dalej. Wrócił więc do kwadrantu i okrążył go jeszcze raz, a potem wszedł na ścieżkę prowadzącą do Dzielnicy Alchemików. Przez moment stał nieruchomo, obserwując staroświecki kompleks rur, przewodów, instalacji i przysadzistych białych budynków; wszystko pokrywały czarne, kaligraficzne równania. Pomyślał o pierwszych latach spędzonych na Marsie. Okres, który minął od tego czasu, wydał mu się zaledwie chwilą, mgnieniem oka w posępnym mroku Wielkiej Burzy. Cywilizacja, korupcja, kryzys… I morderstwo. Tu, na Czerwonej Planecie. John zacisnął zęby.
Minęła godzina, była dziewiąta wieczór. Boone wrócił do komory powietrznej, wszedł do środka, w przebieralni zdjął hełm, walker, buty, następnie wziął w kabinie prysznic, wytarł się, nałożył kombinezon, przeczesał włosy. Głęboko zaczerpnął powietrza i obszedł południową część kwadrantu, a później przeszedł przez komory do swojego pokoju. Nie zaskoczył go widok czterech agentów UNOMY, ale postarał się udać zaskoczenie, kiedy kazali mu się zatrzymać.
— O co chodzi? — spytał.
Nie byli to Houston i Chang, ale trzej mężczyźni i kobieta z pierwszej grupy, której lądowanie obserwował w Low Point. Nie odpowiadając na pytanie Johna, mężczyźni stanęli po jego bokach, potem szarpnięciem otworzyli drzwi i dwaj weszli do środka. Boone opanował impuls, aby ich uderzyć, krzyknąć albo roześmiać się na widok ich min, gdy stwierdzili, że pokój jest pusty — patrzył tylko na nich z zaciekawieniem i próbował ograniczyć swoje emocje jedynie do irytacji, dając im do zrozumienia, że nie wie, o co chodzi. Zresztą rzeczywiście był rozdrażniony i naprawdę trudno było mu się powstrzymać; z wysiłkiem pohamował wybuch wściekłości. Musi pamiętać, że powinien ich zwymyślać tylko za to, iż zachowują się wobec niego jak nadgorliwi policjanci, a nie za wymierzony przeciwko niemu morderczy atak.
Byli tak zmieszani nieoczekiwanym obrotem sytuacji, że John bez trudu wyrzucił ich z pokoju, obrzucając kilkoma zgryźliwymi uwagami. Zamknął za nimi drzwi, a potem stanął na środku pokoju i powiedział:
— Pauline, sprawdź, co rejestruje system bezpieczeństwa i nagraj to. Wyświetl wszystko, co pokazują kamery w pobliżu tych osób.
Więc Pauline ich śledziła. Natychmiast skierowali się do pokoju nadzoru bezpieczeństwa, gdzie dołączyli do nich Chang i pozostali. Tam zaczęli oglądać taśmy zarejestrowane przez kamery. John siedział przy ekranie Pauline i obserwował wraz z nimi nagrane taśmy. Stało się tak, jak zadysponował: kamery zarejestrowały tylko ostatnią godzinę, a pozostałe wydarzenia popołudnia zostały wymazane. Agenci siedzieli zamyśleni, a Boone uśmiechnął się ponuro i nakazał Pauline opuszczenie systemu.
Ogarnęła go fala potężnego zmęczenia. Była dopiero jedenasta, ale wyparowała z niego zarówno własna adrenalina, jak i poranna dawka megaendorfiny. Był zupełnie wyczerpany. Usiadł na łóżku, ale potem przypomniał sobie, co leżało na nim wcześniej, i wstał. W końcu położył się na podłodze.
Obudziła go w szczelinie czasowej wiadomość od Spencera Jacksona na temat ciała znalezionego w automatycznym śmietniku. Poszedł do kliniki, ledwie trzymając się na nogach ze znużenia. Patrzył na ciało Yashiki Mui, podczas gdy kilku agentów ukradkiem obserwowało jego. Sekcję zwłok przeprowadzano za pomocą aparatury diagnozującej; testy wykazały stężenie krwi. Posępnym tonem John polecił przeprowadzenie pełnej autopsji; ciało Mui i ubranie należało zeskanować, zbadać i zanalizować, znaleźć wszystkie mikroskopijne cząsteczki o cechach niezgodnych z jego genomem, a potem porównać je z cechami osób przebywających obecnie w Underhill. Wydając te polecenia Boone uważnie patrzył na agentów UNOMY, ale nawet nie mrugnęli. Prawdopodobnie morderstwa dokonali ludzie w rękawiczkach i walkerach albo za pomocą teleoperacji — w ten sam sposób jak John. Odwrócił wzrok od ich twarzy, aby ukryć oburzenie. Nie mógł przecież dać im do zrozumienia, ile wie!
Był pewien, że to oni podrzucili mu ciało, więc musieli również podejrzewać, iż to John je usunął i wymazał taśmy. Wiedzieli już, że Boone jest świadom ich machinacji, a na pewno przynajmniej podejrzewali. Nie mogli jednak mieć pewności, toteż nie było powodu ujawniać się ze swą wiedzą.
Mniej więcej godzinę później wrócił do swojego pokoju i znowu położył się na podłodze. Chociaż nadal czuł zmęczenie, nie mógł zasnąć. Wpatrywał się w sufit i rozmyślał o wypadkach poprzedniego dnia. Rozmyślał i porównywał nowe fakty ze wszystkim, czego się dowiedział wcześniej.
Tuż przed świtem John uznał, że poukładał już sobie wszystko w głowie. Zrezygnował więc ze snu i wstał, chcąc się wybrać na kolejny spacer.
Pragnął się znaleźć na zewnątrz, daleko od tego świata, z dala od całego jego obrzydliwego zepsucia i korupcji, w krainie szaleńczego wiatru, gwałtownie pędzącego chmary pyłu.
Ku swemu zaskoczeniu, po wyjściu ze śluzy, nad głową zobaczył gwiazdy. Doskonała połyskująca sieć gwiazd — tysiące ich jak dawniej płonęły jasnym ogniem. Ich jasności nie towarzyszyła najlżejsza niepewność: nie migotały, nie drgały, nawet najsłabiej widoczne były tak zwarte, że czarne niebo wyglądało na lekko białawe, jak gdyby całe było jedną wielką Drogą Mleczną.
Otrząsnąwszy się z zaskoczenia i prawie już zapomnianego zadziwienia widokiem gwiazd, włączył się na interkom i ogłosił wszem i wobec nowiny. Burza się skończyła!
Jego wiadomość wywołała istne pandemonium. Ci, którzy ją usłyszeli, zaczęli budzić przyjaciół, a potem wszyscy pospieszyli do przebieralni, aby złapać walkery, zanim zapas się wyczerpie. Po chwili luk komory powietrznej zaczął się otwierać i wyrzucać z siebie całe tłumy.
Niebo na wschodzie przybrało barwę czarniawej czerwieni, a następnie szybko się rozjaśniło. Potem całe zmieniło się w ciemnoróżowy półmrok i powoli zaczęło się jarzyć. Setkami znikały gwiazdy, aż na wschodzie widać było już tylko Wenus i Ziemię, które bladły na tle światła słonecznego. Wchodnie niebo stawało się coraz jaśniejsze, aż stało się jaskrawsze niż kiedykolwiek dotąd za dnia; nawet za szybkami hełmów ludziom zaczęły łzawić oczy. Niektórzy na ten widok zaczęli krzyczeć na ogólnym kanale radiowym. Wszędzie dokoła biegały ludzkie sylwetki, interkom huczał bezładnym gwarem rozmów, a niebo jaśniało coraz bardziej; wyglądało, jak gdyby miało za chwilę wybuchnąć, pulsowało żarzącym się różowym światłem, przytłaczając swą barwą dwie malejące, coraz słabiej widoczne kropeczki: Wenus i Ziemię. A potem słońce rozłamało horyzont i rozbłysło na równinie jak termonuklearna bomba i wiele osób zaczęło krzyczeć, podskakiwać i biegać wśród długich czarnych cieni skał i budynków.
Wszystkie ściany zwrócone na wschód były teraz wielkimi blokami w fowistycznych kolorach; pokryte połyskującą farbą stały się mozaikami tak oszałamiającymi, że trudno było na nie patrzeć. Przezroczyste powietrze wyglądało jak szkło, wydawało się substancją niemal równie stałą jak szkło i nadawało wszystkiemu ostrą jak brzytwa klarowność.
John zostawił za sobą tłum i podążył na wschód, ku Czarnobylowi. Wyłączył też interkom. Niebo miało barwę ciemniejszego różu niż pamiętał, z domieszką purpury w zenicie. Wszyscy w Underhill szaleli. Wielu spośród nich nigdy przecież nie widziało blasku słońca na Marsie i bez wątpienia musieli się czuć, jak gdyby całe życie przeżyli w Wielkiej Burzy. Teraz się skończyła i wreszcie mogli wyjść na powietrze, na słońce. Pijani tym widokiem ślizgali się po różowym lodzie we wszystkie strony, rzucali w siebie żółtymi śnieżnymi kulami, wspinali się na zamarznięte piramidy. Gdy John to zobaczył, skręcił i sam wszedł po stopniach na ostatnią piramidę, aby rzucić okiem na skaliste pagórki i kotliny dokoła Underhill. Były nieco bardziej zmrożone i zmatowiałe, ale niemal takie same jak kiedyś. Włączył ogólnodostępne pasmo, ale od razu je wyłączył — słychać było skowyty ludzi błagających o walkery. Nikt z zewnątrz nie zwracał na nich uwagi. Ktoś krzyknął, że jeszcze tylko godzina pozostała do wschodu słońca i John uznał, że doprawdy aż trudno w to uwierzyć. Potrząsnął głową; ochrypłe głosy i wspomnienie martwego ciała na łóżku nie pozwalały mu się prawdziwie cieszyć z zakończenia burzy.