Выбрать главу

Twarz Hiroko nie wyrażała już zupełnie żadnych emocji. W końcu Japonka mruknęła:

— Zbadam tę sprawę.

— To dobrze.

Wówczas odezwał się Sax:

— John, powiedziałeś, że poza Senzeni Na zdarzyło się coś jeszcze? John skinął głową.

— Wiecie… to nie był tylko sabotaż. Ktoś naprawdę próbował mnie zabić.

Sax zamrugał oczyma, a reszta milczała wstrząśnięta.

— Z początku myślałem, że chodzi o te sabotaże — kontynuował John — że ktoś próbuje udaremnić moje śledztwo. Taki wniosek był logiczny, pierwsza napaść na mnie stanowiła rzeczywiście akt sabotażu, nic dziwnego, że się pomyliłem. Teraz jednak jestem zupełnie przekonany, że poszedłem fałszywym tropem. Sabotażystom nie zależy na mojej śmierci… mogli mnie zabić i nie zrobili tego. Pewnej nocy odwiedzili mnie, mała grupka włącznie z twoim synem Kasei, Hiroko, i Kojotem, który, jak sądzę, jest pasażerem na gapę, przybyłym na Aresie…

Te słowa spowodowały prawdziwą wrzawę. Najwyraźniej bardzo dużo osób podejrzewało fakt istnienia tego człowieka. Maja podniosła się, teatralnym gestem wskazała na Hiroko i zaczęła coś krzyczeć. John uciszył zebranych i mówił dalej:

— Ich odwiedziny… ich, hmm, wizyta… stanowiła najlepszy dowód na potwierdzenie mojej teorii sabotaży, ponieważ zdołałem odczytać DNA jednego z gości i porównać z pewnymi próbkami znalezionymi w miejscach niektórych wypadków. Ta osoba z pewnością tam była. W każdym razie sabotażyści na pewno nigdy nie próbowali mnie zabić… Za to pewnej nocy na Hellas w Low Point uderzono mnie i przecięto mi walker.

Pokiwał głową w odpowiedzi na oburzone okrzyki przyjaciół.

— To był pierwszy wymierzony we mnie atak i nastąpił on w niedługim czasie po moim powrocie z Pavonis, gdzie rozmawiałem z Phyllis i gronem typków z ponad-narodowych konsorcjów na temat umiędzynarodowienia windy i konsekwencji jej uruchomienia.

Arkady zaśmiał się do niego, ale John zignorował go i kontynuował myśclass="underline"

— Po tym pierwszym wypadku niepokoili mnie wiele razy agenci UNOMY, którym Helmut pozwolił tu przylecieć. Deptali mi po piętach, jak sądzę, na żądanie tych samych ponad-narodowców… Czy wiecie, czego się dowiedziałem? Że większość tych agentów pracowało na Ziemi dla Armscoru albo Subarishii, a nie, jak mi powiedzieli, dla FBI… To ponad-narodowe konsorcja są najbardziej zaangażowane w projekt kosmicznej windy i eksploatację minerałów na Wielkiej Skarpie. Mają teraz wszędzie na Marsie własnych speców od bezpieczeństwa i tę wędrowną ekipę tak zwanych agentów UNOMY… A potem, tuż przed końcem Wielkiej Burzy, kilku tych agentów próbowało mnie wrobić w morderstwo, którego dokonano w Underhill. Naprawdę tak było! Na szczęście im się nie udało i nie mogę w żaden sposób udowodnić, że to właśnie oni usiłowali mnie obciążyć zbrodnią, ale widziałem, jak dwaj czynili coś w rodzaju przygotowań. I sądzę, że właśnie oni zabili tego mężczyznę, tylko po to, aby wpędzić mnie w kłopoty. Aby wyeliminować mnie z gry.

— Powinieneś powiedzieć o tym Helmutowi — zauważyła Nadia. — Jeśli wszyscy wspólnie zaczniemy się domagać odesłania tych ludzi z powrotem na Ziemię, nie będzie mógł odmówić.

— Nie wiem, czy Helmut dysponuje jeszcze realną władzą — odparł John — ale może rzeczywiście warto spróbować. Chcę, aby tych ludzi usunięto z planety. A działania tamtych dwóch, o których wam mówiłem, zarejestrowałem poprzez system bezpieczeństwa Senzeni Na: jak wchodzili do kliniki medycznej i jeszcze przede mną posłużyli się automatycznymi sprzątaczami. Jest to więc dowód pośredni przeciwko nim, myślę, że dość przekonujący.

Pozostali również nie wiedzieli do końca, jak sobie poradzić z całą tą sprawą, ale okazało się, że inne ekipy UNOMY niepokoiły wiele osób — Arkadego, Aleksa, Spencera, Włada i Ursulę, nawet Saxa — toteż szybko się zgodzili, że próba deportacji agentów to dobry pomysł.

— Zwłaszcza tych dwóch należy stąd wyrzucić. Co najmniej wyrzucić! — zawołała gwałtownie Maja.

Sax się nie odezwał, ale po prostu dotknął notesika komputerowego na nadgarstku i zatelefonował do Helmuta. Gdy przedstawiał mu sytuację, rozsierdzeni przyjaciele wtrącali się od czasu do czasu.

— Przekażemy te informacje prasie na Ziemi, jeśli nie podejmiesz odpowiednich działań — oświadczył stanowczym tonem Wład. Helmut zmarszczył brwi i odparł po chwili:

— Zbadam tę sprawę. A ci agenci, których oskarżacie, jako pierwsi wrócą do domu. Możecie być tego pewni.

— Sprawdź ich DNA, zanim pozwolisz im odlecieć — zaproponował John. — Zamordowanie mężczyzny z Underhill to ich sprawka, jestem tego pewien.

— Sprawdzimy — odrzekł ponuro Helmut.

Kiedy Sax przerwał połączenie, John rozejrzał się po twarzach przyjaciół.

— W porządku — oświadczył. — Ale po to, by tu dokonały się potrzebne zmiany, trzeba czegoś więcej niż tylko telefonu do Helmuta. Nadszedł czas, abyśmy się skonsolidowali. Jeśli chcemy, aby obecny traktat przetrwał, musimy walczyć o każdy jego punkt. To jest moim zdaniem minimum. Dobry początek. Trzeba stworzyć koalicję, jakąś zgodną grupę polityczną. Musimy się zjednoczyć i działać wspólnie, bez względu na to, co nas dzieli…

— Nie ma znaczenia, co zrobimy — powiedział łagodnie Sax, ale natychmiast naskoczyli na niego całą grupą. Ze wszystkich stron otoczył go gwar oburzonych protestów.

— Jak to nie ma znaczenia?! — wrzeszczał John. — Mamy przecież największą ze wszystkich szansę, aby pokierować tym, co się tutaj dzieje.

Sax potrząsnął głową, ale inni słuchali Johna i większość wydawała się z nim zgadzać: Arkady, Ann, Maja, Wład, każde z innej perspektywy… “To może się udać”, odczytywał John z ich twarzy. Tylko znaczenia wzroku Hiroko nie mógł pojąć; jej twarz była obojętna i całkowicie nieprzenikniona. Ten widok przywiódł Johnowi na myśl pewne wyraziste, bolesne wspomnienie. Zawsze tak postępowała w stosunku do niego, zawsze; nagle Boone poczuł prawdziwy ból zawiedzionych nadziei. Przypomniał sobie pewną sprawę i zdenerwował się.

Wstał i machnął ręką. Zbliżał się zachód słońca i ogromną krzywiznę planety pokrywały tysiące cieni.

— Hiroko, czy mogę z tobą zamienić słówko na osobności? Poświęć mi sekundkę. Zejdźmy na dół do tamtego namiotu. Mam tylko kilka pytań, potem wrócimy na górę.