Выбрать главу

Inni popatrzyli na nich z zaciekawieniem. Pod naciskiem tych spojrzeń Hiroko w końcu wstała i ruszyła przed Johnem do tunelu, którym schodziło się do położonego niżej namiotu.

Stanęli na wierzchołku półksiężyca. Towarzyszyły im spojrzenia przyjaciół z góry i przypadkowych obserwatorów z dołu. Namiot szybko opustoszał; ludzie szanowali prywatność pierwszej setki i widząc tych dwoje, wychodzili.

— Czy wiesz, jak można ustalić tożsamość sabotażystów? — spytała Hiroko.

— Mogłabyś zacząć od chłopca imieniem Kasei — odparł John. — Tego, który stanowi mieszaninę ciebie i mnie.

Unikała jego wzroku.

John pochylił się ku niej. Jego wściekłość rosła.

— Przypuszczam, że każdy mężczyzna z pierwszej setki ma już swojego potomka?

Hiroko pochyliła głowę i lekko wzruszyła ramionami.

— Pobieraliśmy próbki od wszystkich. Matkami są wszystkie kobiety z grupy, ojcowie to wszyscy mężczyźni.

— Kto dał ci prawo, aby robić takie rzeczy bez naszej zgody? — spytał John. — Stwarzać nasze dzieci, nie pytając nas o zgodę? Kto ci pozwolił od nas uciec? — dodał z rozpaczą — Dlaczego, Hiroko? Dlaczego?

Japonka spojrzała na niego, jak zwykle spokojna.

— Sądziliśmy, że wiemy, jakie może być właściwe życie na Marsie. Pomyśleliśmy, że powinniśmy spróbować. Uważaliśmy, że trzeba rozpocząć nowe życie w zgodzie z naszymi ideałami…

— Czy naprawdę nie widzisz, jakie to egoistyczne?! Wszystkim nam się wydaje, że wiemy, jak powinno wyglądać życie tutaj! Wszyscy chcemy, by było inne! Ciężko nad tym pracujemy. Od lat. A przez ten cały czas ciebie po prostu z nami nie było, odeszłaś i stworzyłaś mały kieszonkowy światek dla twojej grupki! Chodzi mi tylko o to, że naprawdę potrzebowałem twojej pomocy! Że mogłem wykorzystać twoją wiedzę! Że tak często chciałem z tobą porozmawiać! A teraz się okazuje, że między nami jest dziecko, które posiada cząstkę ciebie i cząstkę mnie, a o którego istnieniu nie powiedziałaś mi przez dwadzieścia lat!

— Nie zamierzaliśmy być egoistami — oznajmiła powoli Hiroko. — Chcieliśmy spróbować takiego życia, zaeksperymentować, sprawdzić, czy możemy tutaj żyć tak, jak chcemy. Ktoś musiał pokazać, co miałeś na myśli mówiąc o innym życiu, Johnie Boone. Ktoś musiał żyć tym życiem.

— Jaki z tego pożytek, jeśli robisz coś w sekrecie i nikt tego nie może zobaczyć?!

— Nigdy nie chcieliśmy pozostać na zawsze w ukryciu. Sytuacja zaczęła się komplikować, więc trzymaliśmy się z dala od was. Ale teraz jesteśmy tutaj, w końcu… A kiedy będziemy wam potrzebni, kiedy będziemy mogli pomóc… pojawimy się znowu.

— Codziennie jesteście nam potrzebni! — oświadczył kategorycznym tonem John. — Tak właśnie funkcjonuje życie społeczne. Popełniłaś błąd, Hiroko. Ponieważ, podczas gdy ty się ukrywałaś, szansę dla Marsa żyjącego własnym życiem zniknęły i wielu ludzi intensywnie pracowało, aby przyspieszyć jego rozpad, włącznie z niektórymi spośród pierwszej setki. Co zrobiłaś, aby ich powstrzymać?

Hiroko nie odpowiedziała, więc John kontynuował:

— Przypuszczam, że w tajemnicy pomagałaś trochę Saxowi. Widziałem jedną z twoich notatek do niego. Ale to jest następna sprawa, która mnie zdenerwowała, przeciwko której protestuję! Nie możesz pomagać niektórym z nas, a innym tej pomocy odmawiać.

— Wszyscy tak postępujemy — zauważyła spokojnie Hiroko, ale w jej oczach pojawił się niepokój.

— Czy w swojej kolonii również prowadziliście kurację gerontologiczną?

— Tak.

— Przez Saxa? Tak.

— Czy nasze dzieci znają swoje pochodzenie?

— Tak.

John potrząsnął głową, coraz bardziej rozdrażniony.

— Nadal nie mogę uwierzyć, że zrobiliście coś takiego!

— Nie prosimy, byś uwierzył.

— Oczywiście, że nie. Ale czy nie jesteś przynajmniej minimalnie zobowiązana do kontaktu z nami, skoro kradniesz nasze geny i sztucznie “stwarzasz” dzieci bez naszej wiedzy i zgody? Jeśli wychowujesz je, nie pozwalając nam na jakikolwiek udział w ich wychowaniu, na jakiś udział w ich dzieciństwie?

Hiroko wzruszyła ramionami.

— Możesz mieć swoje własne dzieci, jeśli chcesz. A co do tamtych, cóż… Czy dwadzieścia lat temu chciałeś mieć dzieci? Nie. Ten temat nigdy się nie pojawił.

— Byliśmy zbyt starzy!

— Nie byliśmy. Po prostu postanowiliśmy o tym nie myśleć. Jeżeli więc ktoś postanawia o czymś nie wiedzieć, nie ma prawa decydować o sposobie życia innych. Nie możesz wiedzieć, co dla innych naprawdę się liczy. Nie chciałeś mieć dzieci, toteż nie wiedziałeś, że można je płodzić w późnym wieku. My jednak o tym wiedzieliśmy, więc zaczęliśmy studiować rozmaite techniki. Gdy zobaczysz rezultaty, sądzę, że pomimo wszystko uznasz nasz pomysł za dobry. Myślę nawet, że nam podziękujesz. Co w końcu straciłeś? Te dzieci są nasze, ale genetycznie są połączone z wami i od tej chwili istnieją już dla was jako, powiedzmy, nieoczekiwany prezent, dar. Przyznaję, że jest to dość wyjątkowy dar… — Na ustach Hiroko na chwilę pojawił się uśmiech Mony Lisy. Po sekundzie zniknął. Znowu pojęcie daru. John zastanowił się nad tą kwestią.

— Cóż — odezwał się w końcu. — Podejrzewam, że będziemy wracać do tego tematu przez długi czas.

Zmrok zmienił horyzont w ciemnopurpurowy pasek, który wyglądał jak aksamitna granica dokoła czarnej upstrzonej gwiazdami misy nad ich głowami. W namiotach na dole rozległy się śpiewy. Intonowali oczywiście sufici:

— Harmakhis, Mangala, Nirgal, Auqakuh. Harmakhis, Mangala, Nirgal, Auqakuh.

Powtarzali bezustannie te cztery słowa, w kółko i od nowa, raz za razem, a po pewnym czasie zaczęli dodawać nowe, wdzięcznie brzmiące słowa, stanowiące kolejne określenia Czerwonej Planety. Okrzykami zachęcali muzyczne zespoły do akompaniamentu, aż namioty wypełniły się śpiewaną przez wszystkich ludzi pełnym głosem pieśnią. Sufici zaczęli swoje tańce, porywając za sobą tłumy.

— Czy przynajmniej pozostaniesz teraz ze mną w stałym kontakcie? — spytał John Japonkę. — Czy pozwolisz mi chociaż na tyle? Tak.

John i Hiroko udali się z powrotem do górnego namiotu, a potem wraz z całą grupą zeszli na przyjęcie i przyłączyli się do świętujących. John powoli zbliżył się do sufitów i wypróbował piruety, których nauczył się od nich na płaskowzgórzu. Wszyscy zaczęli wznosić okrzyki na jego cześć i chwytali go, kiedy się przewracał. Po jednym z upadków pomógł mu wstać mężczyzna o pociągłej twarzy okolonej dredami, ten sam, który odwiedził go pewnego dnia o północy w roverze.

— Kojot! — krzyknął John.

— Tak, to ja — odparł mężczyzna, a na dźwięk jego głosu dreszcz przebiegł Johnowi po kręgosłupie. — Ale nie masz powodu wszczynać alarmu.

Podsunął mu manierkę i John po chwili wahania wziął ją i napił się. Szczęście sprzyja odważnym, pomyślał. Prawdopodobnie była to teąuila.

— Jesteś Kojotem! — próbował John przekrzyczeć muzykę zespołu perkusyjnego.

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko i skinął głową, po czym odebrał od Boone’a flaszkę i również pociągnął łyk.

— Czy Kasei jest z tobą?

— Nie. Jemu niespecjalnie podoba się ten meteoryt. — Potem, przyjacielsko klepnąwszy Johna w ramię, odszedł w kierunku wirującego tłumu. Na odchodnym obejrzał się przez ramię i krzyknął: — Baw się dobrze!

John obserwował go, jak znika w tłumie. Czuł, jak teąuila płonie mu w żołądku. Sufici, Hiroko, teraz Kojot: ten festyn był prawdziwym błogosławieństwem. Dostrzegł właśnie Maję, więc pospieszył do niej i otoczył ją ramieniem. Przechodzili przez namioty i łączące je tunele, a mijani ludzie pozdrawiali ich, podnosząc w ich kierunku szklanki z trunkami. Podłogi namiotów uginały się łagodnie.