My natomiast byliśmy na samym dole, w Hellas Lakefront, gdy w pewnym momencie niebo pociemniało i nad jeziorem zerwał się nagły wiatr, który zacinał i dmuchał w tunele spacerowe miasta. A potem usłyszeliśmy tę straszną wiadomość.
A my znajdowaliśmy się akurat w Senzeni Na, gdzie John wiele pracował. Była noc i ni stąd, ni zowąd zaczęły w miasto walić pioruny, prosto w mohol strzelały gigantyczne błyskawice. Nie wierzyliśmy własnym oczom, ale huk piorunów był ogłuszający. Na dole, w kwaterach robotników, wisiało zdjęcie Johna, podobnie na górze, na ścianie jednego z apartamentów, i wyobraźcie sobie, że piorun uderzył w okno hali i na sekundę wszystkich nas oślepił, a kiedy znowu mogliśmy widzieć normalnie, ramka fotografii była potrzaskana, szkło rozbite, a samo zdjęcie dymiło. I wtedy dotarła do nas nowina.
My zaś byliśmy w Carr i naprawdę nie mogliśmy uwierzyć. Wszyscy z pierwszej setki płakali, John był chyba jedynym z całej tej bandy, którego lubili, bo myślę, że gdyby zabito kogokolwiek innego, co najmniej połowa szczerze by się ucieszyła. Wiecie, że Arkady prawie oszalał? Krzyczał i płakał godzinami; był to widok tym bardziej przejmujący, że takie zachowanie zupełnie do niego nie pasowało. Nadia przez cały czas próbowała go pocieszyć, mówiąc: “W porządku, no już dobrze, już dobrze”, a Arkady w kółko powtarzał: “Nie jest w porządku, wcale nie jest dobrze” i krzyczał, ciskał różnymi przedmiotami, a potem rzucił się Nadii w ramiona, i nawet ona sama była speszona jego zachowaniem. Później nagle wybiegł z pokoju i wrócił z małym pudełeczkiem. Był to zdalnie sterowany detonator; Arkady próbował go wręczyć Nadii, ale gdy wyjaśnił, co to jest, ta naprawdę się wściekła i spytała: “Dlaczego zawsze robicie takie rzeczy?” A Arkady płakał i krzyczał: “Co to znaczy dlaczego? Właśnie dlatego, właśnie z powodu tego, co przed chwilą przydarzyło się Johnowi, oni go zabili, czy nie rozumiesz, że naprawdę go zabili? Kto wie, które z nas będzie następne! Zabiliby nas wszystkich, gdyby tylko mogli!” Nadia ciągle próbowała oddać mu detonator, o on coraz bardziej się denerwował. Uparcie nastawał i mówił: “Proszę cię, Nadiu, proszę, weź go, tak na wszelki wypadek, tylko na wszelki wypadek, proszę”, aż w końcu wzięła, aby Arkady się uspokoił. Nigdy nie widziałem czegoś takiego.
Myśmy byli właśnie w Underhill, gdy nastąpiła niespodziewana przerwa w dopływie prądu, a kiedy wszystko wróciło do normy, okazało się, że cała roślinność na farmie zamarzła na kamień. Gdy włączyło się światło i ogrzewanie, wszystkie rośliny zaczęły w niesamowitym tempie więdnąć. Siedzieliśmy później w kręgu przez całą noc i opowiadaliśmy sobie o nim. Ja sam przypomniałem sobie, jak John po raz pierwszy wylądował na Marsie. Wielu z nas pamiętało to niezwykłe zdarzenie z lat dwudziestych, chociaż akurat ja byłem wówczas zaledwie dzieckiem. Pamiętam jednak, jak wszyscy się śmiali po jego pierwszych słowach. Uważałem, że to co powiedział, było zabawne, ale pamiętam, bardzo mnie zaskoczyło, że śmiali się również wszyscy dorośli, cała nasza grupa była tak ubawiona, że wszyscy zakochaliśmy się w nim od tej pierwszej chwili, to znaczy… no sami powiedzcie… jak można nie lubić kogoś, kto jako pierwszy dotknął stopą nowej planety i powiedział: “No cóż, więc wreszcie tu jesteśmy”. Nie sposób było go nie lubić.
A ja, och, no, sam nie wiem. Widziałem kiedyś, jak John uderzył pewnego człowieka. To było w pociągu do Burroughs i Boone jechał w naszym wagonie, taki wysoki facet… I jechała z nami kobieta, która miała dziwnie zdeformowaną twarz, duży nos i cofnięty podbródek… a gdy poszła do toalety, jakiś mężczyzna powiedział głośno: “Mój Boże, ależ to babsko brzydkie”, a wtedy Boone — buch go! Usadził go siłą na siedzeniu obok siebie i powiedział: “Zapamiętaj sobie, że nie istnieją brzydkie kobiety”.
Taki był.
Tak właśnie myślał i dlatego co noc spał z inną kobietą, w ogóle nie dbając o ich wygląd. Ani o wiek. Pewnego dnia musiał się nieźle tłumaczyć, kiedy go przyłapano z tą piętnastolatką. Nie przypuszczam, aby Tojtowna kiedykolwiek o tym słyszała, ale taki już był John Boone. Najwyraźniej musiał coś w sobie mieć, że setki kobiet natychmiast pakowały mu się do łóżka. Lubił to na przykład robić, pilotując jednocześnie któryś z tych dwuosobowych szybowców. On prowadził, a kobieta siedziała mu okrakiem na kolanach.
Och, człowieku, kiedyś widziałem, jak wyprowadzał szybowiec ze zstępującego prądu powietrza, każdego innego taki manewr by zabił… To była prawdziwa sytuacja bez wyjścia, prawdziwe “ścięcie”. Gdyby próbował się przeciwstawić, mógłby rozpruć szybowiec, więc szedł z wiatrem, a maszyna opadała jak rickover z prędkością tysiąca metrów na sekundę, trzy albo cztery razy szybciej niż wynosi prędkość graniczna spadającego ciała, a potem kiedy już, już miała się rozbić, Boone nagle wykręcił ją na bok, poderwał w górę i z przechyłem na skrzydło wylądował około dwadzieścia metrów dalej, twardo uderzając w ziemię. Kiedy wysiadał z szybowca, zauważyłem, że z nosa i uszu leci mu krew. Był najlepszym pilotem na Marsie, latał jak anioł. Do diabła, cała setka już by nie żyła, gdyby nie on. To on wprowadził Aresa na orbitę, tak przynajmniej słyszałem.
A jednak byli ludzie, którzy go nienawidzili. I mieli ku temu poważne powody. To on przecież wstrzymał budowę meczetu na Fobosie. I potrafił być okrutny, tak, tak, nigdy nie spotkałem bardziej aroganckiego faceta.
My byliśmy na Olympus Mons i w jednej chwili całe niebo stało się czarne…
A teraz wróćmy do prapoczątku. Pewnego dnia dawno temu na Marsa przybył Paul Bunyan i przywiózł ze sobą swego błękitnego wołu imieniem Babę. Paul kręcił się trochę po okolicy, szukając drew, a z każdym krokiem rozbijał stopą lawę i pozostawiał za sobą a to rozpadlinę, a to jakiś kanion. Był tak wysoki, że mógł dotknąć głową pasa planetoid i żuł kamienie jak wielkie ciemnoczerwone wiśnie, a potem wypluwał skalne drobiny i łup! — powstawał kolejny krater.
I nagle napotkał Wielkiego Człowieka. Po raz pierwszy Paul zobaczył kogoś większego od siebie, a wierzcie mi, że Wielki Człowiek naprawdę był większy od Bunyana — szczerze mówiąc, był od niego dwa razy wyższy i dwa razy potężniejszy. Ale Bunyana wcale to nie zaniepokoiło. Kiedy Wielki Człowiek rzucił mu wyzwanie, mówiąc: “Pokaż, czego umiesz dokonać tym swoim toporkiem”, Paul odparł bez lęku: “Nie ma sprawy” i rąbnął w powierzchnię planety tak mocno, że natychmiast pojawiły się na niej wszystkie rozpadliny Noctis. Wtedy Wielki Człowiek przejechał po tym samym miejscu swoją wykałaczką i natychmiast utworzył się cały system Marineris. “Spróbujmy się na gołe pięści” — zaproponował Paul, i uderzył dłonią w sam środeczek południowej półkuli, tworząc Argyre. Wówczas Wielki Człowiek w ogóle nie ruszył się z miejsca, tylko wcisnął w ziemię koniuszek małego palca u nogi i tak powstała Hellas. “Spróbujmy się na plucie” — zasugerował Wielki Człowiek, więc Paul splunął i popłynęła Nirgal Vallis, długa jak Missisipi. Gdy natomiast Wielki Człowiek lekko strzyknął śliną, cała powierzchnia spłynęła wielkimi kanałami. “Spróbujmy z wydalaniem!”, krzyknął zdenerwowany Wielki Człowiek, a Bunyan posłusznie przykucnął i wyrzucił z siebie Ceraunius Tholus. Jednak Wielki Człowiek również rozwarł pośladki i stworzył tuż obok parujący gorącem masyw Elysium. “Zrób, co potrafisz najgorszego — wrzasnął wściekle Wielki Człowiek: Zaatakuj mnie!” I Paul Bunyan podniósł przeciwnika za palec u nogi, rozhuśtał wielkie cielsko i rzucił nim w biegun północny tak mocno, że po dziś dzień cała północna półkula jest lekko wklęśnięta. Tyle że Wielki Człowiek nawet nie wstając złapał Paula za kostkę i podniósł go tą samą dłonią, w której trzymał także błękitnego wołu Babę, rozkołysał ich obu nad ziemią i cisnął nimi przez całą planetę, niemal przerzucając na jej drugą stronę. I tak powstała wypukłość Tharsis: stanowi ją spoczywający Paul Bunyan. Ascraeus to jego nos, Pavonis — jego członek, a Arsia to wielkie palce u nóg. Natomiast Babę leży na boku, tworząc wielki Olympus Mons. Upadek zabił ich obu, więc Paul nie miał wyjścia: musiał przyznać, że został pokonany.