Al-Qahira oznacza Mars w języku arabskim, malajskim i indonezyjskim, przy czym ostatnie dwa języki zapożyczyły to słowo z pierwszego. Jeśli spojrzy się na globus, łatwo zauważyć, jak daleko rozprzestrzenił się islam. Szeroko rozumiany świat arabski zajmuje cały środek Ziemi, od zachodniej Afryki po zachodni Pacyfik. Wiele tych terenów opanowali w jednym stuleciu. Tak, swego czasu było to prawdziwe imperium. I jak wszystkie imperia, jeszcze długo po upadku żyło “półżyciem”.
Mieszkający poza Arabią Arabowie nazywają siebie Mahjarytami, a ci, którzy żyją na Marsie — Mahjarytami qahiryjskimi. Kiedy przybyli na Czerwoną Planetę, spora ich liczba zaczęła wędrować po Vastitas Borealis (które określają mianem Północnej Badii) i po Wielkiej Skarpie. Tułacze ci byli przeważnie Beduinami i podróżowali w karawanach, z premedytacją wybierając sposób życia, który nie był już możliwy na Ziemi. Ludzie, którzy spędzili całe swoje dotychczasowe życie w arabskich miastach, po dotarciu na Marsa jeździli po okolicy roverami i mieszkali w namiotach. Twierdzili, że powodem ich bezustannej podróży jest poszukiwanie metali, areologia i handel, ale wydawało się jasne, że chodzi im głównie o podróżowanie dla samego podróżowania. Taki sposób życia.
Frank Chalmers przyłączył się do karawany starego Zeyka Tuqana w miesiąc po podpisaniu traktatu. Była północna jesień Mroku piętnastego (czyli lipiec roku 2057). Przez długi czas Frank podróżował z tą karawaną po potrzaskanych zboczach Wielkiej Skarpy. W tym czasie doskonalił swój arabski, pomagał przyjaciołom przy eksploatacji złóż i dokonywał obserwacji meteorologicznych. Karawana składała się z prawdziwych Beduinów przybyłych z Awlad ’Ali, zachodniego wybrzeża Egiptu. Mieszkali tam na północ od obszaru, który egipski rząd nazwał Projektem “Nowa Dolina”, ponieważ podczas poszukiwań ropy naftowej odkryto tam formację wodonośną wielkości tysiącletniego cieku Nilu. Nawet przed odkryciem kuracji gerontologicznej egipskie problemy populacyjne były palące. Powierzchnię kraju w dziewięćdziesięciu sześciu procentach stanowiły pustynie, toteż dziewięćdziesiąt dziewięć procent ludności mieszkało w dolinie Nilu i tłumy, które po odkryciu warstwy wodonośnej napłynęły do Nowej Doliny, musiały przytłoczyć żyjących tam dotąd Beduinów i ich zupełnie odmienną kulturę. Ci Beduini, z którymi podróżował Frank, nie nazywali siebie nawet obywatelami Egiptu i pogardzali Egipcjanami znad Nilu jako ludźmi pozbawionymi kośćca moralnego i etyki. Jednakże opinia tych wiecznych wędrowców na temat obywateli państwa nadnilowego bynajmniej tych obywateli nie powstrzymała przed napływem na północ od Nowej Doliny w Awlad ’Ali. Beduini z innych krajów arabskich poparli swoich towarzyszy z zatłoczonego nagle miasta, stanowiącego jeden z przyczółków ich wspaniałej kultury, i kiedy Liga Państw Arabskich przyłączyła się do programu marsjańskiego i wykupiła część miejsc na pokładach floty wahadłowców kursowych ZiemiaMars, poprosili Egipt, aby dał pierwszeństwo swoim zachodnim Beduinom. Rząd egipski przystał na to chętnie, wydawał się nawet uszczęśliwiony, iż może w ten sposób oczyścić własne społeczeństwo od kłopotliwej mniejszości. I tak znaleźli się tutaj: Beduini na Marsie, bez końca wędrujący przez ogromną północną pustynię.
Obserwacja pogody wzbudziła we Franku o wiele większe zainteresowanie klimatologią niż rozmowy toczone przez jego przyjaciółnaukowców. Pogoda na skarpie często była nieprzyjemna, w dół wzgórza pędziły potężne wiatry katabatyczne, co chwila zderzając się z pasatami z Syrtis, co wywoływało wysokie i szybkie czerwone tornada albo zaciekłe ataki piaszczystego gradu. Obecnie ciśnienie wynosiło latem mniej więcej sto trzydzieści milibarów, a atmosfera stanowiła mieszaninę około osiemdziesięciu procent dwutlenku węgla i dziesięciu procent tlenu; reszta był to przeważnie azot z nowych fabryczek przetwarzających azotyn. Nie było jeszcze jasne, czy marsjańskim naukowcom uda się kiedykolwiek zastąpić nieszczęsny dwutlenek węgla tlenem i innymi gazami, ale Sax wydawał się usatysfakcjonowany postępami, które poczyniono do tej pory. W każdym razie w wietrzny dzień na skarpie widać było, że powietrze gęstnieje; miało jakby prawdziwą wagę, podrzucało ciężki piasek i przyciemniało popołudnia do koloru strupka na ranie. No i w najgorszych zawieruchach poryw wiatru łatwo mógł przewrócić idącego człowieka. Frank ustalił, że jeden katabatyczny poryw ma prędkość sześciuset kilometrów na godzinę; na szczęście w chwili tego głównego uderzenia wszyscy znajdowali się w roverach.
Karawana stanowiła ruchomą stację wydobywczą. Metale i minerały rudonośne odkrywano we wszelkich możliwych miejscach i skupiskach na Marsie, ale arabscy poszukiwacze odkryli, że na Wielkiej Skarpie i równinach tuż pod nią znajduje się wiele bardzo lekko rozproszonych siarczków. Większość tych pokładów zalegała w sporych skupiskach, ale ich ilość nie dawała podstaw do użycia konwencjonalnych metod wydobywczych, toteż Arabowie zainicjowali nowe sposoby wydobycia i przetwarzania. Skonstruowali całą masę ruchomego sprzętu, dostosowując do swoich celów pojazdy budowlane i rovery. Powstałe maszyny były bardzo duże, składały się z wielu fragmentów i przypominały dziwne, rozczłonkowane owady; wyglądały jak urządzenia z sennego koszmaru mechanika samochodowego. Potwory te wędrowały po Wielkiej Skarpie w luźnych karawanach, szukając obszarów powierzchni warstwowej z rozproszonymi złożami miedzi, preferując te, które zawierały sporo tetrahedrytu lub chalkocytu, aby jadący w maszynach ludzie mogli pozyskiwać srebro jako produkt uboczny wydobycia miedzi. Kiedy zlokalizowali takie złoże, zatrzymywali się na okres, który nazywali żniwami.
Podczas pracy wysyłali automatyczne rovery poszukiwawcze na stok, na wyprawy trwające tydzień albo nawet dziesięć dni. Maszyny podążały wzdłuż starych potoków i rowów tektonicznych. Kiedy Frank przybył do karawany Zeyka, ten po krótkim powitaniu oświadczył, że Chalmers może sam sobie wybrać pracę, więc Frank wziął jeden z roverów poszukiwawczych i wybrał się na samotną ekspedycję. Spędził tydzień w drodze, trawiąc czas na poszukiwaniach, obserwując sejsmograf, próbniki i urządzenia meteorologiczne, od czasu do czasu dokonując sporadycznych wierceń oraz obserwując niebo.
Zarówno na Ziemi, jak i na Marsie wszystkie kolonie Beduinów wyglądają podobnie nijako. Z zewnątrz obóz wygląda jak skupisko nieforemnych brył bez okien, jak gdyby wiecznie skulonych dla ochrony przed żarem pustyni. Jednak kiedy wchodzi się do środka, można zobaczyć dziedzińce, ogrody, fontanny, ptaki, schody, lustra, arabeski.
Wielka Skarpa była dziwną krainą, pociętą przez północno-południowe systemy kanionów, zeszpeconą starymi kraterami, spustoszoną dawnymi wypływami lawy, poprzerywaną garbatymi pagórkami, krasami, płasko wzgórzami i podłużnymi grzbietami; wszystkie te twory geologiczne leżały na urwistym zboczu, więc ze szczytu każdej skały czy wzniesienia rozciągał się rozległy widok na północ. Podczas samotnej podróży Frank pozwalał automatycznemu pilotowi poszukiwawczemu podejmować większość decyzji, a sam siedział, obserwując tę krainę: milczącą, emanującą jakąś utajoną siłą, olbrzymią, rozdartą jak jej martwa przeszłość. Dni mijały i cienie zmieniały swoje położenie. Rankami wiatry falowały w górę zbocza, a popołudniami opadały w dół. Na niebie kłębiły się różnego rodzaju chmury: od przeskakujących nad skałami kuleczek nisko zalegającej mgły, przez wysoko położone wióry pierzastych cirrusów aż po sporadyczne, zwiastujące nawałnicę posępne burze, obejmujące całe niebo litą, nieprzerwaną warstwą wysokich na dwadzieścia tysięcy metrów chmur.
Od czasu do czasu Frank włączał telewizor i oglądał kanał arabskich wiadomości. Niekiedy w ciszy poranka impertynencko odpowiadał telewizorowi. Jakaś jego część obraziła się na głupotę mediów i rasy ludzkiej, wiecznie odgrywającej swój idiotyczny spektakl. Tylko że ta wielka masa ludzkości nigdy się nie pojawiała na wideo, ani razu, nawet w scenach zbiorowych, kiedy kamera omiatała tłum. W tych ogromnych regionach nadal mieszkała ziemska przeszłość, osadnicze życie było jak zawsze trudne i mozolne. Może była w tym jakaś mądrość, kultywowana przez stare kobiety i plemiennych mędrców. Może… ale trudno było w to uwierzyć, kiedy się widziało, co się dzieje, gdy zbierają się w miastach. Idioci na wideo, tworząca się historia!