Выбрать главу

— Można by powiedzieć, że przedłużanie ludzkiego życia jest, z samej definicji, wielkim bożym darem — oznajmił w pewnej chwili jakiś osobnik w telewizorze. Zdania tego typu wywoływały u Franka szaleńczy śmiech.

— Nigdy nie słyszałeś o skutkach ubocznych, dupku?! — krzyknął w kierunku ekranu.

Pewnej nocy oglądał program z Ziemi o użyźnianiu Oceanu Antarktycznego pyłem żelazowym, co miało dodać dietetyczne składniki do fitoplanktonu, który z niewiadomych przyczyn kurczył się w zatrważającym tempie. Pył żelazowy zrzucano z samolotów i cała operacja wyglądała tak, jak gdyby ktoś toczył walkę z jakimś podwodnym pożarem. Projekt kosztował dziesięć miliardów dolarów rocznie i trzeba by go było kontynuować bez końca, ale obliczono, że wartość użyźnienia w ciągu stulecia redukuje globalne stężenie dwutlenku węgla o piętnaście procent, plus minus dziesięć procent. Biorąc pod uwagę nieustanne ogrzewanie się atmosfery, a w perspektywie zagrożenie miast wybrzeża, nie wspominając już o zagładzie największych na świecie raf koralowych, uznano, że warto ponieść takie koszty.

— Ann się to bardzo spodoba — mruknął Frank. — Teraz z kolei terraformuje się Ziemię.

Oglądając program, coraz bardziej się odprężał. Uświadomił sobie bowiem, że wreszcie nikt go nie obserwuje, że nikt go nie słucha. Że ta maleńka urojona widownia, której istnienie stale sobie wyobrażał, nie istnieje. W rzeczywistości nikt nie śledzi naszego rejestrowanego życia, pomyślał. Żaden przyjaciel ani wróg nigdy się nie dowie, co Frank robi w tej głuszy. Mógł zrobić wszystko, na co miałby ochotę, nawet coś zupełnie szalonego. Przyszło mu nagle do głowy, że takiej sytuacji chyba instynktownie szukał, że w głębi duszy o nią błagał. Tu mógł wyjść na zewnątrz i przez całe popołudnie kopać kamienie w dół krasowego stoku. Mógł krzyczeć, pisać aforyzmy na piasku albo obrzucać obelgami oba księżyce, wpatrując się w południowe niebo. Mógł sobie samemu impertynencko odpowiadać przy posiłkach, złorzeczyć telewizyjnemu ekranowi, prowadzić rozmowy z rodzicami, z opuszczonymi przyjaciółmi, prezydentem Stanów Zjednoczonych, Johnem albo Mają. Mógł dyktować swemu komputerowi długie fragmenty socjobiologicznej historii świata, prowadzić pamiętnik, przygotowywać rozprawę filozoficzną, pisać powieść pornograficzną (mógł się nawet masturbować), tworzyć analizę kultury i historii arabskiej. Wypróbował wszystkie te pomysły, a kiedy autopilot poszukiwawczy doprowadził rover z powrotem do karawany, Frank czuł się zdecydowanie lepiej: był jakby bardziej pusty, prawdziwie wydrążony, a jednocześnie o wiele spokojniejszy.

“Żyj — mawiali Japończycy — jak gdybyś już był martwy”.

Jednak Japończycy stanowili zupełnie obcą kulturę. Życie wśród Arabów uświadomiło Frankowi, że oni również są inni niż Amerykanie i Europejczycy. Och, pasowali do świata ludzi XXI wieku, nie można było mieć co do tego wątpliwości. Byli wspaniałymi naukowcami i technikami, jak wszystkich, tak i ich w każdym momencie życia otaczała ochronna skorupa techniki; zapracowani, żyli tak jak inni. Tylko że Arabowie modlili się trzy do sześciu razy dziennie i kłaniali się w kierunku Ziemi, gdy ukazywała się na niebie jako poranna lub wieczorna gwiazda. I podróżowanie techniczną karawaną sprawiało im wielką i oczywistą przyjemność, ponieważ dzięki temu mogli nagiąć nowoczesny świat do swoich starożytnych celów.

— Zadaniem człowieka jest realizacja woli boskiej w historii — mawiał Zeyk. — Możemy tak zmieniać świat, aby wprowadzać w czyn boski wzorzec. Zawsze żyliśmy w ten sposób, islam bowiem mówi, że pustynia nie pozostaje na zawsze pustynią, a góra górą. Świat trzeba przekształcać w zewnętrzny pozór boskiego wzorca i to właśnie stanowi historię w islamie. Al-Qahira rzuca nam takie samo wyzwanie jak stary świat, chociaż tu wyzwanie to ma czystszą postać.

Powiedział to wszystko Frankowi, kiedy siedzieli w łaziku Zeyka, na mikroskopijnym dziedzińcu. Te rodzinne rovery przerabiano na prywatne twierdze, na pomieszczenia, do których bardzo rzadko wcześniej zapraszano Franka, a i teraz wprowadzał go tam jedynie Zeyk. Za każdym razem, kiedy Chalmers wchodził do środka, na nowo czuł zaskoczenie, pojazd bowiem z zewnątrz wydawał się zupełnie nijaki: duży, o zaciemnionych oknach, jeden z wielu ustawionych obok siebie i połączonych tunelami spacerowymi. Ale gdy Frank przechodził przez próg, gdy trafiał do wnętrza w przestrzeń wypełnioną światłem słonecznym sączącym się przez świetliki w suficie, uderzał go widok oświetlonych tapczanów, kunsztownie wykonanych kilimów, pokrytych kaflami podłóg, zielonolistnych roślin, mis z owocami i okna, w którym lekko zamglony widoczek Marsa wyglądał jak fotografia w ramkach. Za każdym razem Chalmers niemo wpatrywał się w niskie tapczaniki, srebrne dzbanki z kawą, konsolety komputerowe inkrustowane tekiem i mahoniem, w pluszczącą w basenach i fontannach wodę. Chłodny, wilgotny świat, cały w zieleni i bieli, serdeczny i mały. Rozglądając się wokół siebie Frank odnosił wrażenie, że takie pomieszczenia musiały istnieć od wieków, że ta sala wygląda tak jak wnętrze namiotu na pustyni Rub alChali w dziesiątym wieku albo gdzieś w Azji w dwunastym.

Zeyk często zapraszał go po południu, kiedy w jego roverze zbierała się na kawę i rozmowę grupka mężczyzn. Frank siadał na swoim miejscu obok Zeyka, sączył gęsty płyn i słuchał z wytężoną uwagą dyskusji po arabsku. Był to piękny język, bardzo melodyjny i pełen metafor, a cała nowoczesna terminologia techniczna rozbrzmiewała śpiewnie na tle pustynnych obrazów, ponieważ wszystkie nowe słowa miały — jak większość terminów abstrakcyjnych — konkretne rdzenie. Arabski, podobnie jak grecki, był językiem naukowym od samego początku, jego słownictwo było więc usystematyzowane i złożone, i można było tu znaleźć wiele wyrazów niemal żywcem przeniesionych później do angielskiego, co natychmiast dawało się odczuć i w pierwszej chwili niezwykle szokowało słuchacza.

Rozmowy toczyły się przez cały czas, ale prowadził je głównie Zeyk i inni starsi Arabowie, których młodsi mężczyźni słuchali z niezwykłym szacunkiem. Często rozmowa przekształcała się w jawną lekcję dla Franka na temat życia Beduinów, a wtedy mógł potakiwać, zadawać pytania, a od czasu do czasu nawet wtrącać komentarze i uwagi krytyczne.

— Jeśli w swoim społeczeństwie dostrzeżesz silne tendencje konserwatywne, wiedz, że nie może z tego wyniknąć nic dobrego — mówił Zeyk. — Kiedy bowiem ludzie bronią się przed postępem, często wybuchają najkrwawsze wojny domowe. Jak na przykład konflikt w Kolumbii, który nazwano La Violencia. To była wojna domowa, która przyczyniła się do całkowitego rozkładu państwa, do chaosu, którego nikt nie mógł zrozumieć i nad którym nie sposób było zapanować.

— Albo tak jak w Bejrucie — rzucił niewinnie Frank.

— Nie, nie — uśmiechnął się Zeyk. — Sytuacja w Bejrucie była o wiele bardziej skomplikowana. Tam toczyła się nie tylko wojna domowa, towarzyszyło jej również szereg wojen zewnętrznych. Wojny w Libanie nie wywołali przecież społeczni czy religijni konserwatyści izolujący się od normalnego rozwoju kultury jak w Kolumbii albo jak podczas hiszpańskiej wojny domowej.