— Mówisz jak prawdziwy postępowiec.
— Wszyscy qahiryjscy Mahjaryci są postępowi z samej definicji. Inaczej by nas tu nie było. Ale islam uniknął wojny domowej, ponieważ ma ścisłe podstawy: mamy logiczną, spójną kulturę i tutejsi Arabowie nadal pozostają pobożni. Nawet najbardziej konserwatywne środowiska na Ziemi doskonale to rozumieją. Nigdy nie wywołamy wojny domowej, ponieważ jednoczy nas nasza wiara.
Frank zrobił minę, która miała mówić sama za siebie. Pomyślał o herezji szyickiej, jednej z wielu islamskich “wojen domowych”. Zeyk zrozumiał wyraz jego twarzy, ale zignorował go i mówił dalej:
— Wszyscy razem przemierzamy historię jak jedna luźno powiązana karawana. Można powiedzieć, że my tutaj na Al-Qahira przypominamy jeden z naszych poszukiwawczych roverów. Ale przecież sam dobrze wiesz, jaka to przyjemność być w takim pojeździe.
— Cóż… — Frank zastanawiał się, jak ubrać w słowa swoje pytanie; jego brak doświadczenia w posługiwaniu się językiem arabskim dawał mu pewną swobodę działania. Miał prawo się długo zastanawiać, zanim coś powiedział, i oni się nie obrażali. — Czy naprawdę istnieje pojęcie postępu społecznego w islamie?
— Och, tak, rzecz jasna! — odpowiedzieli twierdząco i nadal kiwali głowami. Zeyk spojrzał Chalmersowi prosto w twarz i spytał:
— Masz wątpliwości?
— Hm… — Frank mruknął. Według niego ciągle nie istniało coś takiego jak jedna islamska demokracja. Ta kultura była hierarchiczna. Nagrodę w niej stanowiły honor i wolność, a dla wielu, którzy znajdowali się niżej w hierarchii, honor i wolność możliwe były do zdobycia jedynie poprzez uzyskanie szacunku. To wzmacniało system i unieruchamiało go. Ale czy mógł im to powiedzieć?
— Zniszczenie Bejrutu było katastrofą dla postępowej kultury arabskiej — powiedział któryś z zebranych. — Do tego miasta zawsze jeździli prześladowani przez własne lokalne rządy intelektualiści, artyści i radykałowie. Wszystkie narodowe rządy nienawidziły tego panarabskiego ideału, ale faktem jest, że mówimy jednym językiem, choć mieszkamy w bardzo wielu państwach, a język jest potężnym łącznikiem kultury. Wspólny język i wspólna religia sprawiają, że jesteśmy jednością, naprawdę, mimo politycznych granic. Bejrut zawsze był miejscem, w którym można było tę jedność potwierdzać i odkąd Izraelczycy go zniszczyli, zgoda między nami stała się trudniejsza. Zniszczenie Bejrutu miało nas podzielić i rzeczywiście nas podzieliło. A więc tutaj zaczynamy od nowa naszą pracę.
I właśnie tak trzeba rozumieć wasz postęp społeczny, pomyślał cierpko Frank.
Warstwowe złoża miedzi, które dotąd wydobywali, zaczęły się wyczerpywać, nadszedł więc czas na kolejną rahlę, na przeniesienie, czyli hidżry w nowe miejsce. Jechali przez dwa dni, aż dotarli do innego pokładu warstwowego, który wcześniej znalazł Frank. Arabowie zostali, a Chalmers wyruszył znowu na wyprawę poszukiwawczą.
Przez kilka dni siedział przy kierownicy ze stopami na tablicy rozdzielczej i obserwował mijany krajobraz. Znajdowali się w regionie równoległych, spadzistych grzbietów nazywanych thulleyami albo małymi żebrami. Frank podczas jazdy nie włączał już telewizora, miał bowiem wiele do przemyślenia.
— Arabowie nie wierzą w grzech pierworodny — wyrecytował w swój dyktafon. — Wierzą, że człowiek jest z gruntu niewinny, a śmierć uważają za rzecz naturalną. Twierdzą, że ludzie nie potrzebują Zbawiciela. Nie ma dla nich ani nieba, ani piekła, jedynie nagroda lub kara, które przybierają formę takiego samego życia, w ten sam sposób przeżywanego. W tym sensie jest to humanistyczna poprawka wobec judaizmu i chrześcijaństwa… Chociaż z drugiej strony Arabowie nigdy nie chcieli brać odpowiedzialności za swój los. Sądzą, że wszystko, co się zdarza, zawsze się staje z woli Allaha. Nie rozumiem tej sprzeczności… Teraz przybyli tutaj. Mahjaryci zawsze stanowili spoistą część arabskiej kultury, ale często część najbardziej “zewnętrzną”. W dwudziestym wieku poezję arabską wskrzesili poeci mieszkający w Nowym Jorku czy w Ameryce Łacińskiej. Być może tu stanie się tak samo. Zaskakujące jest, jak bardzo ich wizja historii zgadza się z tym, w co wierzył Boone. Nigdy tego nie podejrzewałem i teraz zupełnie nie mogę tego pojąć. Bardzo niewielu ludzi kiedykolwiek się zastanawia, co naprawdę myślą inni. Po prostu akceptują wszystko, co im się powie o kimś, kto znajduje się wystarczająco daleko…
Rover Franka wjechał teraz na teren bogaty w miedź porfirową. Złoże było niezwykle zbite i zawierało wysokie stężenie srebra. Miłe odkrycie, pomyślał Chalmers. Miedź i srebro były na Ziemi metalami dość rzadkimi, a srebro miało szerokie zastosowanie w bardzo wielu przemysłach, które obecnie ciężko odczuwały jego brak. Tutaj natomiast było go tak dużo, że leżało bezpośrednio na powierzchni, w wielkich bogatych skupiskach. Z pewnością nie aż tak wiele jak w Srebrnej Górze na masywie Elysium, ale Arabom nie będzie to przeszkadzało. Zbiorą, ile się da, a potem wyruszą w dalszą drogę.
Frank prowadził rover bez pomocy autopilota. Mijały dni, cienie przesuwały się. W dół wzgórza wiał wiatr, potem w górę, znowu w dół i znowu w górę. Pojawiały się chmury, przetaczały się niewielkie burze i czasami niebo pobłyskiwało lodowymi łukami, małymi tęczami i spowodowanymi przez grad zawirowaniami pyłu, który iskrzył się jak mika w różowym świetle słońca. Czasami Frank widział nad głową aerodynamicznie hamujący jeden z kursowych wahadłowców — płonął niczym meteor pędzący szybko po niebie.
Pewnego bezchmurnego ranka Chalmers dostrzegł Elysium Montes, ogromniejące nad horyzontem jak czarne Himalaje; odległy o tysiąc kilometrów widok był nieco zniekształcony przez zagęszczenie atmosfery. Od tej chwili Frank przestał używać dyktafonu, podobnie jak wcześniej telewizora. Nie interesowało go obecnie nic poza tym światem i nim samym. Wiatry porywały ziarna piasku i wzniecały obok łazika ogromne pyłowe chmury. To jest prawdziwa Khdla, prawdziwy pusty ląd.
Niebawem zaczęły go prześladować sny, sennie przetworzone wspomnienia, intensywne, żywe i dokładne, jak gdyby Frank próbował uspokoić swoją przeszłość podczas snu. Pewnej nocy śnił mu się dzień, kiedy ostatecznie mianowano go dowódcą amerykańskiej grupy pierwszych marsjańskich kolonistów. Wyjechał wtedy z Waszyngtonu do Doliny Shenandoah i czuł się tam bardzo dziwnie. Długo spacerował po wielkim wschodnioamerykańskim lesie, potem wszedł do wapiennych jaskiń w pobliżu Luray, stanowiących w jego śnie atrakcję turystyczną. Wędrował, obserwując stalaktyty i stalagmity oświetlone niesamowitymi, kolorowymi światłami. Przymocowano do nich drewniane płytki, na których organista mógłby grać jak na cymbałkach; wspaniała turystyczna grota! Musiał usunąć się w cień i przygryźć zębami rękaw, aby inni zwiedzający nie usłyszeli jego śmiechu.
Potem, nadal we śnie, zaparkował samochód w punkcie widokowym, wysiadł z auta, poszedł do lasu i usiadł wśród korzeni wielkiego drzewa. W pobliżu nie było nikogo, otaczała go ciepła jesienna noc, czerń ziemi i ciemne kształty drzew. Wokół Franka krążyły cykady, grały świerszcze, zgrzytając żałobnie w przeczuciu zbliżających się mrozów, które pozbawią je życia. Czuł się naprawdę dziwacznie… Zapytał sam siebie, czy rzeczywiście jest zdolny opuścić ten świat i nigdy już doń nie powrócić. Siedząc na ziemi żałował, że nie potrafi wsunąć się w ziemską rozpadlinę jak odmieniec z baśni i wyłonić w zupełnie innej postaci, jako coś lepszego, silnego, szlachetnego i bardzo długowiecznego — na przykład jako drzewo. Ale oczywiście nic się nie zdarzyło; nadal znajdował się na powierzchni, nadal był sobą. Tylko że już nie czuł się Ziemianinem, był teraz mieszkańcem jeszcze odległej Czerwonej Planety.