Выбрать главу

— Najgorzej, że w każdym innym miejscu zawsze można wyjść na dwór, a tutaj, cholera, nie.

Nie interesowało ich, kim jest Frank, więc siedział wśród nich słuchając, jak opowiadają sobie rozmaite, zupełnie niewiarygodne historie, które zadziwiały go, chociaż skądś jakby były mu świetnie znane.

— Było nas dwadzieścia dwoje, jechaliśmy takim małym poszukiwawczym ruchomym kesonem bez podziału na pokoje… i pewnej nocy zrobiliśmy przyjęcie… Zdjęliśmy ubrania i wszystkie kobiety położyły się w kręgu na podłodze z głowami do środka, a potem faceci ustawili się przy ich stopach. Nas było dwunastu, a panienek dziesięć, więc dwóch facetów stale pilnowało, aby zabawa odbywała się dość szybko i właściwie przelecieliśmy się po całym kręgu w trakcie szczeliny czasowej. Pod koniec szczeliny okazało się, że kilka par jeszcze szaleje. Najwyraźniej wszystkich wciągnęła impreza. Było świetnie!

Wszyscy długo się śmiali, a potem ktoś inny zaczął opowiadać kolejną historię:

— Zabijaliśmy i zamrażaliśmy świnie w Acidalii; ci “zabójcy ludzkości” sami się prosili o kulkę w łeb, więc pomyśleliśmy sobie: dlaczego nie zabić i nie zamrozić ich wszystkich jednocześnie? Chcieliśmy zobaczyć, co się wtedy stanie. Więc wyłapaliśmy je i założyliśmy się, która wytrzyma najdłużej. Otworzyliśmy zewnętrzny luk śluzy powietrznej i wieprze, wszystkie jak jeden, wyleciały na zewnątrz i buch! Wszystkie się poprzewracały w odległości nie większej niż pięćdziesiąt jardów od włazu, z wyjątkiem jednej młodej świni, która przelazła prawie dwieście jardów i dopiero tam zamarzła, tak jak stała. Wygrałem dzięki niej tysiąc dolarów.

Frank uśmiechnął się słysząc ich radosne wrzaski. Poczuł się, jak gdyby był znowu w Ameryce. Spytał ich, co jeszcze robili na Marsie. Okazało się, że niektórzy budowali reaktory jądrowe na szczycie Pavonis Mons, gdzie miała lądować kosmiczna winda. Inni pracowali przy sztucznym kanale wodnym, montowanym na wschodniej części płaskowyżu Tharsis z Noctis do Pavonis. Główne konsorcjum ponad-narodowe odpowiedzialne za windę, Praxis, bardzo się interesowało “dolnym końcem”, jak nazywali to miejsce.

— Pracowałem przy westinghouse na szczycie formacji wodonośnej Compton pod Noctis, która podobno miała zawierać tak dużo wody jak Morze Śródziemne. Jedynym zadaniem reaktora miała być obsługa urządzeń nawilżających. Pieprzone dwa megawaty nawilżaczy! Były takie same, jak ten w moim pokoju dziecinnym na Ziemi, tyle że tutejsze potrzebowały po pięćdziesiąt kilowatów każdy! Gigantyczne potwory Rockwella z jednomolekularnymi odparowywaczami i silnikami turboodrzutowymi, które wytwarzają tysiącmetrową mgiełkę. Kurczę, to było prawie nie do uwierzenia. Milion litrów wodoru i tlenu dziennie dodane do atmosfery.

Inni budowali nowe miasto pod namiotem w kanale Echus, poniżej Overlook:

— Wiecie, że przebili tamtejszą warstwę wodonośną w kilku miejscach i w całym mieście pobudowali fontanny? W fontannach są posążki… i porobili wodospady, kanały, stawy, baseny kąpielowe… wiecie, wygląda jak mała Wenecja. I mają tam swoje sposoby na magazynowanie ciepła.

Rozmowa przeniosła się do sali gimnastycznej, dobrze wyposażonej w urządzenia, które zaprojektowano w taki sposób, aby ich użytkownicy stale mogli pozostawać w gotowości do powrotu na Ziemię.

— Ten to fanatyk, zostało mu chyba niewiele czasu. — Prawie wszyscy odbywali co dnia twardy trening, minimum trzy godziny. — Jeśli któryś z nas zrezygnuje, już nigdy nie będzie mógł wrócić na Ziemię. Utkwi tu na dobre, zgadza się? A wtedy co mu przyjdzie z tego całego oszczędzania?

— W końcu i tu się będzie płacić pieniędzmi — odparł inny. — Gdy ludzie gdzieś jadą, zawsze podąża za nimi amerykański dolar.

— Ciekawe skąd to możesz wiedzieć, dupku? — odburknął trzeci.

— Ponieważ my sami stanowimy na to dowód. W tym momencie wtrącił się Frank:

— Myślałem, że traktat zablokował używanie tutaj ziemskich pieniędzy?

— Ten traktat to pieprzony dowcip — oznajmił jeden z ćwiczących.

— Martwy jak moja “długodystansowa” świnia Bessy, warta tysiąc baksów.

Wszyscy nagle wpatrzyli się we Franka. Mieli po dwadzieścia, trzydzieści lat i należeli do pokolenia, z którym Chalmers nigdy zbyt dużo nie rozmawiał. Nie wiedział o nich wiele, nie miał pojęcia, jak dorastali, co ich ukształtowało i w co mogą teraz wierzyć. Ten ich tak bardzo swojski akcent i znajome twarze były z pewnością czymś bardzo złudnym. W gruncie rzeczy prawdopodobnie taka właśnie była prawda.

— Tak sądzicie? — spytał.

Pomyślał, że niektórzy z nich zaczynają chyba podejrzewać, że coś go łączy z traktatem i z całą historią Marsa. Ale ten, który mówił najwięcej, zdawał się nie zwracać na to uwagi.

— Człowieku, jesteśmy tutaj na kontrakcie, który według traktatu jest nielegalny. To się zdarza wszędzie. Brazylia, Gruzja, kraje arabskie, słowem, wszystkie państwa, które oficjalnie zagłosowały przeciw traktatowi wprowadzają tu teraz pod swoim szyldem ponad-narodowców. Istnieje rywalizacja o “państwa flagowe”, którymi można się najwygodniej posłużyć! A UNOMA leży na wznak z rozłożonymi nogami i mówi: “Jeszcze, jeszcze, więcej, więcej”. Tysiące ludzi tu ląduje i większość to pracownicy zatrudnieni przez konsorcja. Dostali wizy od swoich rządów, podpisali pięcioletnie kontrakty, w które wliczony jest także okres readaptacji, aby ciało człowieka nie zapomniało o ukochanej ziemskiej grawitacji.

— Mówisz, że przybywają was tu tysiące? — spytał Frank.

— Taak, jasne! Nawet dziesiątki tysięcy!

Tak, uświadomił sobie Chalmers, to może być prawda. Przecież nie oglądałem telewizji, od… no, od bardzo, bardzo dawna.

Człowiek podnoszący sztangę odezwał się nagle urywanym głosem, mówił bowiem tylko między kolejnymi szarpnięciami najwyraźniej sporego ciężaru:

— To dość szybko zostanie ukrócone… Wielu ludziom się przecież nie podoba… nie tylko tym, którzy przebywają tu od samego początku… tak jak ty… Przeciw jest też sporo nowych osób… znikają całe gromady… całe osady… czasem nawet całe miasta… Byłem w kopalni w Syrtis… zupełnie pusta… wszystko, co użyteczne, zniknęło… rozebrali, złupili… nawet takie drobiazgi, jak luki komór powietrznych… zbiorniki z tlenem… toalety… nawet takie rzeczy, których rozmontowanie zabiera wiele godzin… a oni to jednak rozebrali i zabrali ze sobą.

— Dlaczego to zrobili?

— Stali się tutejsi! — krzyknął z wysiłkiem ciężarowiec. — Skaptował ich twój towarzysz Arkady Bogdanów! — Mężczyzna zapatrzył się na Franka; wysoki, barczysty Murzyn z orlim nosem. Po chwili dodał: — Z Ziemi to wszystko wygląda świetnie. Konsorcjum zapewnia, że tu będzie jak u mamy za piecem: sale gimnastyczne, dobre jedzenie, czas na odpoczynek i tak dalej. Więc przylatujemy na Marsa, a wtedy się okazuje, że wcale nie jest tak wspaniale… W pierwszym zdaniu mówią ci, jak podzieli się teraz całe twoje życie tutaj: na czynności, które można robić, i na te, których w żaden sposób nie wykonasz. Wszystko jest już zaplanowane: godzina, o której się obudzisz, o której jesz, o której srasz. Wiesz? To jest jak wojsko, którym dowodzi jakiś pieprzony sztab medyczny. A potem nagle do zdesperowanych ludzi przyjeżdża twój kumpel Arkady i mówi: “Wy Amurrikanie, wy chłopcy, możecie sobie tu żyć swobodnie, ten Mars to wasz nowy Dziki Zachód i powinniście wiedzieć, że niektórzy z nas żyją inaczej, bez przymusów, bez planu dnia. Jesteśmy ludźmi wolnymi, tworzymy swoje własne zasady w naszym własnym świecie!” Tak to jest, człowieku!