Cała sala wybuchnęła śmiechem, już nikt nikogo nie słuchał, wszyscy mówili jeden przez drugiego, ale Frank słuchał tylko Murzyna, który ciągnął:
— Tak się wpada w pułapkę! Ludzie przylatują tu i od razu sobie uświadamiają, że muszą żyć według programu, że muszą bez przerwy ćwiczyć, aby móc wrócić na Ziemię, i że przez cały pobyt tutaj towarzyszy im ssanie rury z powietrzem. A podejrzewam, że oni nas okłamują i że powrót na Ziemię w ogóle nie jest możliwy… Założę się, że tak jest! Więc płaca właściwie nie ma dla nas żadnego znaczenia, naprawdę, jesteśmy tylko programem, jesteśmy ciemnymi wykonawcami. Sądzę, że utkniemy tu na dobre. Niewolnicy, człowieku! Jesteśmy pieprzonymi niewolnikami! I wierz mi, wielu ludzi to wkurza. Chcą zemsty, są gotowi oddać cios za cios. To właśnie chcę ci powiedzieć. I tacy właśnie ludzie znikają. Będzie ich cała masa, zanim to wszystko się skończy.
Frank popatrzył na mężczyznę.
— Dlaczego wy nie znikniecie?
Mężczyzna roześmiał się krótko i bez słowa zaczął znowu podnosić sztangę.
— Pilnuje nas bezpieka! — zawołał inny, trenujący na urządzeniu nautilus.
Ten, który podnosił ciężary, nie zgodził się z nim.
— Nie, system bezpieczeństwa jest kiepski… ale trzeba mieć… hm, no wiesz, trzeba mieć dokąd pójść. Jak tylko Arkady pokaże nam, dokąd mamy się udać… z pewnością znikniemy!
— Pewnego razu — dorzucił Murzyn — oglądałem przysłane od niego wideo. Mówił na nim, że kolorowi lepiej są przystosowani do życia na Marsie niż biali, ponieważ lepiej sobie radzą z promieniowaniem ultrafioletowym.
— Akurat! — roześmiali się wszyscy sceptycznie, chociaż z rozbawieniem.
— To brzmi jak bzdura, ale co, do cholery? — dodał czarny ciężarowiec. — Dlaczego nie? No powiedz, dlaczego nie? Nazwijmy to naszym światem. Nazwijmy to Nową Afryką. Niech tym razem żaden szef nam tego nie odbierze. — Znowu się roześmiał, jak gdyby wszystko, co powiedział, było tylko zabawnym pomysłem. Albo jakąś wesołą prawdą, prawdą tak rozkoszną, że musiała budzić głośny śmiech.
Bardzo późno tej nocy Frank wrócił do arabskich roverów; nadal jechał z przyjaciółmi, ale to już nie było to samo. Nie mógł zapomnieć stów Amerykanów. Nie potrafił już żyć w oderwaniu od tego, co się działo wokół, od aktualnego życia na Marsie. I teraz długie dni w “poszukiwaczu” tylko go drażniły.
Toteż znów zaczął oglądać telewizję; wykonał też kilka niezbędnych rozmów telefonicznych. Nigdy przecież nie zrezygnował ze swej funkcji sekretarza Marsa, a pod jego nieobecność biuro w Burroughs świetnie działało. Kierował nim asystent Franka nazwiskiem Slusinski wraz ze swoimi ludźmi. Przed wyjazdem z Arabami Frank zadzwonił do nich i poprosił, aby ukryli jego nieobecność przed Waszyngtonem. Mówili więc najpierw, że Chalmers pracuje w terenie, potem że prowadzi jakieś tajne śledztwo, później że wykorzystuje swój zaległy urlop, wreszcie, że jako przedstawiciel pierwszej setki postanowił pobyć trochę na powierzchni i pokręcić się po planecie. Ale takie ukrywanie się nie mogło trwać wiecznie.
Teraz Frank zadzwonił bezpośrednio do Waszyngtonu i prezydent okazał wielkie zadowolenie. Potem Chalmers połączył się z Burroughs, gdzie bardzo, bardzo zmęczona twarz Slusinskiego niemal się rozjarzyła szczęściem, gdy Frank przekazał mu nowinę. Całe biuro w Burroughs było uszczęśliwione wiadomością o jego powrocie. Ich reakcja nieco Franka zaskoczyła. Kiedy opuszczał miasto, rozczarowany nowym traktatem i bardzo przygnębiony z powodu Mai, myślał, że jest dla nich wszystkich okropnym szefem. A oni przez prawie dwa lata świecili za niego oczyma i teraz wydawali się szczęśliwi, że wraca. Ludzie to dziwne istoty, pomyślał Frank. I przyszło mu do głowy, że jedynym wyjaśnieniem może być tylko aura, jaką wytwarzają wokół siebie przedstawiciele pierwszej setki. Jak gdyby to jeszcze miało jakiekolwiek znaczenie.
Po powrocie z ostatniej wyprawy poszukiwawczej Frank usiadł wieczorem w łaziku Zeyka. Popijał kawę i słuchał rozmowy Zeyka, AlKhana, Yussifa i całej reszty. Patrzył na krążące po pomieszczeniu Nazik i Azizę. Rozmyślał o tym, że ci ludzie go jednak zaakceptowali. I w jakimś sensie również go rozumieli. Według ich kodeksu zasad, Chalmers zrobił to, co było konieczne. Działał na niego kojąco potok arabskiej mowy, pełnej aluzji i symboli. Gdy mówili o liliach, rzekach i lasach, o skowronkach i jaśminach, ich słowa mogły określać zarówno teleoperatorów maszyn, kanały, jakąś skarpę czy części urządzeń automatycznych… A może tylko lilie, rzeki, lasy, skowronki i jaśminy. To był piękny, naprawdę piękny język. Mowa ludzi, którzy go przyjęli do siebie i pozwolili mu w swoim gronie odpocząć. Teraz jednak musiał ich opuścić.
Pomysł przydzielania stałych lokali narodził się już w Underhill. Jeśli ktoś spędzał tam pół marsjańskiego roku, przyznawano mu na stałe własny pokój. W innych miastach na planecie przyjęto podobne zasady, ponieważ ludzie podróżowali w tym świecie tak często, że nikt nigdzie nie czuł się naprawdę w domu, a takie rozwiązanie wydawało się nieco łagodzić ich bezdomność.
Od niedawna zresztą pierwsza setka, której przedstawiciele stanowili większość podróżujących po planecie mieszkańców Marsa, zaczęła spędzać w Underhill znacznie więcej czasu niż w poprzednich latach. Niemal wszystkim sprawiało to przyjemność. Zwykle było ich w okolicy dwadzieścioro czy trzydzieścioro, a inni wpadali na jakiś czas między kolejnymi zajęciami, i podczas tych odwiedzin ciągle konferowali na temat sytuacji na Czerwonej Planecie. Nowo przybyli zdawali sprawę z tego, co widzieli na własne oczy, a reszta dyskutowała nad oceną wydarzeń.
Frank jednak nie spędzał w Underhill wymaganych w ciągu roku dwunastu miesięcy, toteż nie miał tu swojego pokoju. W 2050 roku przeniósł swoje biuro do Burroughs i zanim przyłączył się do arabskiej karawany w 2057, również w tamtym mieście, poza lokalem w biurowcu, nie miał swego pokoju.
Teraz był rok 2059 i Frank znowu przyjechał do Burroughs. Przydzielono mu pokój piętro niżej niż kiedyś. Wszedł do niego, rzucił na podłogę bagaż, rozejrzał się i głośno zaklął. Chcieli, by był tu osobiście… Też coś! Jak gdyby czyjaś fizyczna obecność gdziekolwiek czyniła obecnie jakąkolwiek różnicę! To absurdalny anachronizm, pomyślał, ale cóż, tacy są tutejsi ludzie! Kolejna staroświecka cecha, której nie umieją się pozbyć. Tak wiele osób ciągle żyło jak małpy, mimo że otaczała je wielka, wspaniała nowoczesność i mimo że posiadały ogromną, nową, niemalże boską władzę.
Do pokoju wszedł Slusinski. Chociaż akcent miał czysto nowojorski, Frank zawsze nazywał go Jeevesem, ponieważ wyglądał jak aktor o tym nazwisku, z pewnego serialu BBC.
— Jesteśmy jak karły w jakiejś ogromnej maszynie budowlanej — ze złością odezwał się Frank. — W jednej z tych naprawdę dużych koparek. Siedzimy w kabinie, mając za zadanie przesunąć wielką hałdę, i zamiast wykorzystywać możliwości naszego urządzenia, wychylamy się przez okno i kopiemy w powierzchni łyżeczkami do herbaty. A podczas pracy komplementujemy się nawzajem, jak to wspaniale wykorzystujemy fakt, że jesteśmy tak wysoko nad ziemią.