Выбрать главу

— Rozumiem — odparł ostrożnie “Jeeves”.

Ale prawda była taka, że Frank mógł sobie zrzędzić w najlepsze, a i tak nie miało to najmniejszego znaczenia. Znowu był w Burroughs i znowu musiał się rzucić w kołowrót pracy, spiesząc się ciągle, odbywając cztery spotkania na godzinę, biorąc udział w naradach, na których mówiono mu to, co już wiedział, czyli, że UNOMA używa teraz traktatu jako papieru toaletowego. Jej przedstawiciele zaaprobowali sytem księgowania, który miał gwarantować, że wszystkie zyski z górnictwa dzielone będą między członków Zgromadzenia Ogólnego. Tak samo miało być po uruchomieniu kosmicznej windy. Tysiącom emigrantów przyznawali status “niezbędnego personelu”. Ignorowali zdanie różnych lokalnych grup i stowarzyszeń, między innymi lekceważyli również koalicję “Nasz Mars”. Większości tych posunięć dokonywano w imię windy, która dostarczała mnóstwa pretekstów, trzydzieści pięć tysięcy kilometrów pretekstów, sto dwadzieścia miliardów dolarów pretekstów. I w sumie właściwie nie była wcale specjalnie kosztowna w porównaniu z budżetami wojskowymi państw w poprzednim stuleciu. A większa część funduszów na windę potrzebna była tylko w pierwszych latach — na znalezienie planetoidy i umieszczenie jej na właściwej orbicie oraz na zamontowanie urządzenia wytwarzającego kabel. Gdy fabryczka już “połknęła” planetoidę i “wypluła” kabel, wszystko zaczęło się kręcić samo. Wykonawcom pozostawało jedynie czekać, aż kabel urośnie do wystarczającej długości, aby mogli go wreszcie zainstalować w odpowiednim położeniu. Całe to przedsięwzięcie stanowiło prawdziwą finansową gratkę!

I także prawdziwy pretekst, by łamać postanowienia traktatu, kiedy tylko wydawało się to korzystne.

— Niech to cholera! — krzyknął Frank pod koniec któregoś długiego dnia w pierwszym tygodniu po powrocie do pracy. — Dlaczego UNOMA działa w taki sposób?

“Jeeves” i reszta jego pracowników uznała to pytanie za retoryczne i nikt się nie odezwał, nikt nie podsunął odpowiedzi. W końcu Frank przebywał przecież tak długo z dala od nich; obawiali się go teraz. Musiał odpowiedzieć sobie na to pytanie sam:

— Jak sądzę, chodzi o zwykłą ludzką chciwość. Chcą jak najwięcej zarobić na całym projekcie.

Przy kolacji tego wieczoru w małym bistro Frank spotkał Janet Blyleven, Ursulę Kohl i Włada Taniejewa. Jedząc oglądali wiadomości z Ziemi na barowym telewizorze. Działo się aż nazbyt wiele. Kanada i Norwegia przyłączyły się do planu popierającego zahamowanie przyrostu ludności. Oczywiście, nie mówiono o kontroli populacji, takie określenie było zakazane, ale właściwie tak trzeba byłoby określić ten program, gdyby ktoś chciał nazwać rzecz po imieniu. A jego postanowienia, rzecz jasna, znowu obracały w tragedię życie zwykłych ludzi na całym świecie: jeśli jedno państwo lekceważyło postanowienia ONZ w tej kwestii, pobliskie trzęsły się ze strachu, że zostaną zalane napływem emigrantów. Znowu zwierzęcy, małpi strach! Tymczasem Australia, Nowa Zelandia, Skandynawia, Azania, Stany Zjednoczone, Kanada i Szwajcaria uznały imigrację za nielegalną, a w Indiach w ciągu roku liczba ludności wzrosła o osiem procent. Chociaż akurat w tym państwie najprawdopodobniej tego typu problemy rozwiązywał głód. I tak się zapewne działo w wielu krajach na Ziemi. Czterech Jeźdźców Apokalipsy to doprawdy niezły pomysł na kontrolę populacji. Dopóty aż… Program przerwała nagle reklama popularnej margaryny dietetycznej, której organizm nie trawił, więc gładko przesuwała się przez jelita i wydalana była na zewnątrz. “Nareszcie możecie jeść wszystko, co chcecie!” — głosił slogan.

Janet wyłączyła telewizor.

— Zmieńmy temat.

Siedzieli przy stoliku z opuszczonymi głowami. Każde patrzyło w swój talerz. Okazało się, że Wład i Ursula wyjechali z Acheronu i byli w drodze do Elysium, gdzie wybuchła epidemia gruźlicy.

— Kordon sanitarny poszedł w rozsypkę — wyjaśniła Ursula. — Niektóre z wirusów przywiezionych przez emigrantów na pewno się zmutują albo przenikną do naszych systemów odpornościowych.

Znowu wpływ Ziemi. Nijak nie można było od niej uciec.

— Źle się dzieje tam na dole! — dodała Janet.

— Tak jest od lat — odparł szorstko Frank. Na widok twarzy starych przyjaciół stał się bardziej rozmowny. — Nawet przed kuracją nadzieje na dłuższe życie były w bogatych państwach prawie dwa razy większe niż w biednych. Pomyślcie o tym! Ale w dawnych czasach biedni byli naprawdę biedni, nie zastanawiali się nad przyszłością, żyli z dnia na dzień. A teraz w każdym sklepiku na rogu jest odbiornik telewizyjny i oni wszyscy widzą, co się dzieje… A mianowicie, że ich atakuje AIDS, a bogaci mają gerontologiczną kurację. Co za tym idzie, biedni umierają młodo, a bogaci żyją wiecznie! Czują się, jak gdyby byli inną rasą! Dlaczego więc mieliby się wahać? Nie mają przecież nic do stracenia.

— A wszystko do zyskania — pokiwał głową Wład. — Jeśli im się uda, mogą żyć tak jak my.

Wszyscy czworo pochylili się nad filiżankami z kawą. W pomieszczeniu panował półmrok. Sosnowe meble pokrywała ciemna patyna, wszędzie widać było plamy, nacięcia, kurz niedbale starty ręką… Frank miał przez chwilę wrażenie, że jest tak samo jak dawniej, tak samo jak w jeden z tamtych wieczorów dawno temu, kiedy byli jedynymi ludzkimi istotami na tym świecie, kiedy było ich niewielu, przybyłych w tym samym czasie. Wszystko pasowało, z wyjątkiem ich samych — Frank zmrużył oczy, rozejrzał się i dostrzegł w twarzach swoich przyjaciół znużenie, na ich głowach siwe włosy; były to pomarszczone twarze starych ludzi. Od tamtych chwil minęło jednak sporo czasu, uświadomił sobie, i rozproszyli się po planecie; podróżowali i działali tak jak on, żyli w ukryciu jak Hiroko albo… byli martwi jak John… Nieobecność Johna nagle wydała się czymś strasznym, niby wielki, ziejący otworem krater, na którego stożku kulą się posępni ludzie, próbując ogrzać ręce. Na tę myśl wstrząsnął nim dreszcz.

Później Wład i Ursula poszli spać, a Frank siedział odrętwiały, patrząc na Janet. Jak często pod koniec długiego, wypełnionego pracą dnia, tak i teraz czuł się niemal sparaliżowany, jakby już nigdy nie był w stanie się poruszyć.

— Gdzie jest teraz Maja? — spytał, chcąc zatrzymać przy sobie Janet dla towarzystwa. Ona i Maja były dobrymi przyjaciółkami w czasach Hellas.

— Och, jest właśnie w Burroughs — odparła Janet. — Nie wiedziałeś? Nie.

— Zajmuje stare mieszkanie Samanthy. Może cię unika…

— Co takiego?

— Jest na ciebie nieźle wkurzona.

— Na mnie? — Jasne. — Janet przyglądała mu się przez półmrok sali, w której rozlegał się ciągły, cichy szum. — Chyba o tym wiesz.

Frank zastanawiał się przez chwilę, jak bardzo powinien być wobec niej szczery, po czym zapytał:

— Nie! Dlaczego miałaby być na mnie zła?

— Och, Frank — mruknęła Janet. Pochyliła się na krześle: — Przestań się wygłupiać! Zachowujesz się, jakby ktoś cię nieźle zdzielił pałką przez łeb! Znamy się nie od dziś, no i byliśmy tu przez cały czas, widzieliśmy wszystko, co się zdarzyło! — Kiedy Frank cofnął się przed nią, Janet również odchyliła się do tyłu i dodała spokojnie: — Musisz przecież wiedzieć, że Maja cię kocha. Że zawsze cię kochała.

— Mnie? — spytał słabym głosem. — Chyba raczej Johna.

— Tak, tak, jasne… Tylko że John był zawsze zbyt łatwym przeciwnikiem. Kochał Maję tak po prostu, bez oczekiwań i problemów, i to było niezwykle czarujące. Dla Mai jednak zbyt łatwe. Ona lubi partnerów trudnych. Takich jak ty…

Frank potrząsnął głową.