Выбрать главу

W końcu nadszedł dzień, w którym kabel miał wylądować. W Sheffield zebrały się gigantyczne tłumy, aby zobaczyć operację wychwytu; hala dworcowa była wprost zapchana ludźmi, ponieważ rozciągał się z niej wspaniały widok na podstawowy kompleks, popularnie nazywany “gniazdem”.

Po kilku godzinach nad głowami zgromadzonych zawisło dno czarnego filaru. Im bardziej się zbliżał do celu, tym wolniej się poruszał. Kabel nie wydawał się dużo większy niż lina przytrzymująca, wisząca na niebie zaledwie kilka dni temu, a był z pewnością o wiele mniejszy niż człon napędowy rakiety “Energia”.

Kabel tkwił teraz na niebie idealnie pionowo, jednakże ponieważ był wąski (a skrót perspektywiczny dodatkowo zniekształcał obraz), wydawał się niewiele wyższy niż spory wieżowiec. Bardzo błyszczący, strzelisty wieżowiec zbudowany w powietrzu. Pień czarnego drzewa, wyższy niż nieboskłon.

— Powinniśmy się znajdować teraz tuż pod nim, w “gnieździe” — powiedział jeden z ludzi Franka. — Kiedy już wyląduje, pod kablem będzie chyba dość wolnej przestrzeni, prawda?

— Nie bierzesz pod uwagę pola magnetycznego — zauważył Slusinski, nawet na chwilę nie odrywając oczu od nieba.

Po jakimś czasie, gdy kabel odpowiednio się zbliżył, zebrani dostrzegli na jego powierzchni różnego rodzaju wybrzuszenia i srebrne linie. Szczelina pod kablem stawała się coraz węższa, aż ostatecznie jego koniec zniknął w głównym kompleksie i wśród zgromadzonego w hali tłumu nagle rozległy się szmery rozmów. Ludzie mówili coraz głośniej, a jednocześnie bacznie obserwowali ekrany telewizyjne; kamery wewnątrz “gniazda” pokazywały, że kabel zatrzymał się i zawisł dziesięć metrów ponad betonową podłogą. Następnie zbliżyły się do niego zakończone szczypcami dźwigi i uchwyciły go kilka metrów nad podstawą, tworząc coś w rodzaju kołnierza. Cała operacja odbywała się w sennie powolnym tempie, a kiedy się wreszcie zakończyła, okazało się, że “gniazdo” zyskało nagle niezbyt pasujący do całego pomieszczenia czarny dach.

Kobiecy głos oznajmił przez megafony:

— Kosmiczna winda została zabezpieczona.

Przez chwilę zgromadzeni wiwatowali. Odeszli od ekranów i zaczęli zaglądać przez ściany namiotu. Kabel nie wyglądał już tak dziwnie jak wtedy, gdy zwisał z nieba; stanowił teraz po prostu kolejny przykład absurdalnej marsjańskiej architektury. Bardzo wąska i niezwykle wysoka czarna strzelista wieża. Łodyga fasoli. Szczególna, ale wcale nie niepokojąca.

Tłum wybuchnął tysiącem rozmów i rozproszył się.

Wkrótce po tym wydarzeniu winda rozpoczęła pracę. Przez te wszystkie lata, kiedy roboty wytłaczały kabel z planetoidy, która stała się księżycem (nazwano go Clarke), tkając go jak pajęczą sieć, zbudowały również linie wysokiego napięcia, przewody zabezpieczające, generatory, nadprzewodzące tory magnetyczne, stacje remontowe, rakiety, których zadaniem było wprowadzanie kabla na odpowiednią pozycję, zbiorniki na paliwo i schrony ratunkowe, umieszczone na kablu co kilka kilometrów. Prace te postępowały w tym samym tempie co budowa samego kabla, więc niemal natychmiast po jego wylądowaniu czterysta wagoników ruszyło w górę i w dół niczym robactwo pasożytujące na długim włosie. Już kilka tygodni później można się było udać na orbitę i bezpiecznie wrócić na powierzchnię Czerwonej Planety.

Z kolei z góry zaczęły przybywać pierwsze transporty, towary i ludzie, przywiezione tu przez ziemskie floty kursowych wahadłowców — dużych kosmicznych statków, które poruszały się w systemie ZiemiaWenusMars, używając trzech planet i ziemskiego Księżyca jako grawitacyjnych dźwigni. Promy te w iście szaleńczym tempie przerzucały kolejne przesyłki z Ziemi na Marsa i z Marsa na Ziemię. Każdy z trzynastu statków towarowoosobowych mógł pomieścić tysiąc osób i każdy przybywał pełen. Na Clarke’u stale więc wysiadały strumienie ludzi, którzy następnie wsiadali do wagoników wind, opuszczali się na powierzchnię Czerwonej Planety, lądowali w “gnieździe” i masowo wpływali w hale Sheffield. Rozglądali się wokół niepewnie i zdezorientowani, z wytrzeszczonymi oczami przepychali się przez tłum na stacji kolejowej i tłoczyli w pociągach. Wysiadali przeważnie w miastach namiotowych Pavonis; roboty konstruowały te namioty wystarczająco szybko, aby udzielić schronienia kolejnym grupom, a dwa nowe rurociągi zapewniały na Pavonis zapasy wody, pompowanej z formacji wodonośnej Compton pod Noctis Labyrinthus. Emigranci nie mieli więc problemów z zainstalowaniem się na nowej planecie.

Natomiast w “gnieździe” po drugiej stronie kabla ładowano na pędzące w górę wagoniki rafinowane metale, platynę, złoto, uran i srebro. Następnie wagoniki kołysząc się wjeżdżały na tor magnetyczny i pędziły w górę, powoli przyspieszając, aż do osiągnięcia swej pełnej prędkości trzystu kilometrów na godzinę. Pięć dni później przybywały na wierzchołek kabla i hamowały w śluzach powietrznych wewnątrz balastowej planetoidy Clarke, kloca węglowego chondrytu, który teraz poprzecinany był tunelami z setkami wewnętrznych komór i zabudowany na zewnątrz rozmaitymi budynkami, tak że wyglądał bardziej jak statek kosmiczny albo miasto niż trzeci księżyc Marsa. Było to niezwykle ruchliwe miejsce. Stale przewalała się przez nie procesja nadlatujących i odlatujących statków. Ludzie byli tu w ciągłym ruchu, przebywali na Clarke’u zaledwie chwilę lub pracowali tu jako kontrolerzy ruchu używający najpotężniejszych istniejących AL Chociaż większość operacji związanych z kablem kontrolowano za pomocą komputera i w sposób automatyczny, do kierowania i nadzorowania tranzytu potrzeba było również wielu ludzi rozmaitych profesji.

Natychmiast pojawili się także, rzecz jasna, przedstawiciele wszelkich mediów, a i oni byli wiecznie w ruchu. Mimo że budowa trwała dziesięć lat, wydawało się teraz, że wraz z wylądowaniem kabla winda kosmiczna zrodziła się w jednej chwili, niczym Atena.

Jednak był też pewien problem. Frank dowiedział się, że jego ekipa coraz więcej czasu musi poświęcać nowo przybyłym do Sheffield przedstawicielom obu płci. Od razu po przylocie trafiali do jego biura i nerwowo, a czasem głośno i ze złością bez końca trajkotali, skarżąc się na tłok, na złe warunki, niewystarczającą ochronę policyjną lub nieodpowiednie jedzenie. Któregoś dnia Frank zauważył grubego mężczyznę o czerwonej twarzy, w baseballowej czapeczce na głowie, który wskazywał palcem na swoich rozmówców i mówił:

— Prywatne towarzystwa ochrony przychodzą do nas z górnych namiotów i proponują nam opiekę, ale to są zwykłe gangi, a to, co proponują, nazwałbym wymuszeniem! Nie mogę podać państwu nawet mojego nazwiska, ponieważ wtedy dowiedzą się, że do was przyszedłem! To znaczy… nie sądziłem, że tu również działa podziemie! Właśnie przed takimi jak oni przecież uciekliśmy z Ziemi…

Frank zaczął krążyć po biurze, gotując się z wściekłości. Czuł, że wszystko, co mówi mężczyzna, jest prawdą, choć nie potrafił tego sprawdzić, gdyż potrzebowałby do tego własnej policji i to dość licznej. Kiedy mężczyzna wyszedł, Chalmers próbował podpytać na ten temat swoich ludzi, ale nie powiedzieli mu nic nowego, co jeszcze bardziej spotęgowało jego gniew.

— Płaci wam się właśnie za to, abyście się dowiadywali dla mnie takich rzeczy. To jest wasza praca! A wy siedzicie tu cały dzień i nic nie robicie poza wiecznym oglądaniem dzienników z Ziemi!

Odwołał wszystkie zaplanowane na ten dzień spotkania, których było trzydzieści siedem.

— Leniwi, niekompetentni dranie — oznajmił głośno, wychodząc z biura. Poszedł na stację kolejową i wsiadł do lokalnego pociągu jadącego w dół wzgórza, aby samemu się przyjrzeć całej sprawie.