Nagle Sax oświadczył z całą powagą:
— To test sprawił, że kłamaliście.
— A co, ty może nie? — zapytał napastliwie Arkady. — Chcesz powiedzieć, że ty nie kłamałeś?
— No cóż, nie — odparł Sax, mrużąc oczy, jakby wcześniej ta myśl nawet nie przyszła mu do głowy. — Nie skłamałem ani razu.
Słowa Saxa wywołały znów wybuch śmiechu. Sax rozejrzał się wokół siebie zdziwiony reakcją zebranych, przez co wyglądał jeszcze zabawniej.
Ktoś krzyknął:
— Co na to powiesz, Michel? Potrafisz to jakoś wytłumaczyć?
Michel Duval rozłożył ręce.
— Może nie doceniacie wyrafinowania ZMOWPROM-u. Może ten test miał tylko sprawdzić, do jakiego stopnia jesteście uczciwi.
Stwierdzenie to wywołało istny grad pytań. Zaczęło się metodyczne śledztwo. W jaki sposób ich kontrolował? Jak testujący rozpoznawali ich naturalne reakcje? Czy weryfikowali pierwszą ocenę, aranżując kolejne, mniej oficjalne “testy” indywidualne? W jaki sposób eliminowali alternatywne interpretacje wyników? A przede wszystkim, jak mogli się uważać za prawdziwych naukowców w jakimkolwiek sensie tego słowa?
Wielu kolonistów uważało psychologów za pseudonaukowców, a większość miała do nich ansę po ciężkich próbach, które musieli przejść, aby dostać się na pokład Aresa. Dopiero teraz ujawniały się skutki długich lat współzawodnictwa. I nagle odkrycie, że przeżyli to wszystko w podobny sposób, złamało w nich jakąś wewnętrzną blokadę i wyzwoliło chęć szczerej rozmowy. Napięcie, które pojawiło się podczas wykładu Arkadego na temat polityki, bezpowrotnie zniknęło.
Maja pomyślała, że może Arkady świadomie pomieszał oba tematy. Jeśli tak, zrobił to bardzo sprytnie. Arkady był nieprzeciętnie inteligentnym człowiekiem, możliwe więc, że rzeczywiście zrobił to celowo. Przeanalizowała jeszcze raz całe wydarzenie. Właściwie to John Boone zmienił temat. To on efektownie pofrunął pod sufit i udzielił Arkademu poparcia, a ten tylko skrzętnie wykorzystał szansę. Obaj więc byli sprytni. Możliwe zresztą, że działali w zmowie. Możliwe, że była to próba stworzenia czegoś w rodzaju alternatywnego przywództwa… Amerykanin i Rosjanin. Bez względu na to, jaka była prawda, musiała jakoś zareagować, nie mogła tego tak zostawić.
Po krótkiej chwili odezwała się do Michela:
— Czy sądzisz, że to zły znak, iż wszyscy uważamy się za wyrachowanych kłamców?
Michel wzruszył ramionami.
— W każdym razie należy o tym rozmawiać. Właśnie uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy do siebie podobni bardziej, niż nam się dotąd zdawało. Nikogo nie będzie już gnębiło poczucie winy, że dostał się na statek nieuczciwie.
— A ty? — spytał Arkady. — Czy tylko na pokaz udawałeś najbardziej rozsądnego i zrównoważonego psychologa, w rzeczywistości skrywając osobliwy umysł, który po pewnym czasie poznamy i pokochamy?
Na twarzy Michela pojawił się nikły uśmieszek.
— To ty jesteś ekspertem w dziedzinie osobliwych umysłów, Arkady.
Rozmowę przerwały okrzyki kilku osób, które obserwowały ekrany Poziom promieniowania zaczął się zmniejszać. Po pewnym czasie był już tylko nieznacznie wyższy od normalnego.
Ktoś znów włączył “Symfonię Pastoralną” od momentu solowej partii waltorni. Ostatnia część symfonii, “Radosne i miłe odczucia po burzy”, popłynęła łagodnie z głośników i kiedy opuszczali schron i unosili się po statku jak puch dmuchawca na wietrze, piękna stara ludowa melodia rozbrzmiewała po Aresie w całym bogactwie brucknerowskiej orkiestracji. Słuchając jej zaczęli sprawdzać szkody w zabezpieczonych wcześniej sektorach Aresa. Grubsze ściany farmy i leśnej biomy zapewniły roślinom bezpieczne schronienie i chociaż zanotowano wśród nich pewne straty, a cały plon mógł się okazać niejadalny, to jednak stosy nasion nie uległy napromieniowaniu. Zwierzęta również zapewne nie nadawały się do jedzenia, ale z pewnością dadzą życie następnym zdrowym pokoleniom. Jedynymi ofiarami były nieliczne swobodnie latające ptaki śpiewające z jadalni D, które znaleźli martwe na podłodze.
Jeśli chodzi o załogę, pancerz izolacyjny schronu dopuścił do nich jedynie około sześciu remów. Okazało się, że dość niebezpiecznie było tylko przez trzy godziny, a mogło być znacznie gorzej, ponieważ zewnętrzna powłoka statku otrzymała ponad sto czterdzieści remów, dawkę absolutnie śmiertelną dla każdego człowieka.
Mijało sześć miesięcy w zamkniętej przestrzeni, bez możliwości choćby jednego spaceru na zewnątrz. Na pokładzie panowało teraz późne lato, dni były długie. Na ścianach i sufitach dominowała zieleń, a podróżnicy chodzili boso. W łomocie urządzeń i szumie wentylatorów ciche rozmowy zdawały się prawie niesłyszalne.
Statek sprawiał wrażenie opustoszałego; część sektorów w ciągu dnia przeważnie była wyludniona, jakby cała załoga pogrążyła się bez reszty w oczekiwaniu. Jedynie w korytarzach torusów B i D przesiadywały czasami małe grupki pogrążonych w dyskusjach podróżników. Kilka razy, kiedy Maja przechodziła obok nich, rozmowy gwałtownie milkły, co ją oczywiście bardzo zaniepokoiło. Ostatnio miała kłopoty z zaśnięciem, rano nie mogła się obudzić, a praca wprawiała ją w stan rozdrażnienia. Wszyscy inżynierowie odczuwali znużenie coraz bardziej wymyślnymi symulacjami, które tak naprawdę były tylko formą oczekiwania na końcową fazę lotu, kiedy miały się pojawić prawdziwe wyzwania, ale u Mai objawy te były szczególnie intensywne. Często traciła poczucie czasu i popełniała więcej błędów. Wreszcie poszła porozmawiać o tym z Władem, a on polecił jej częstszy kontakt z wodą, więcej ruchu i pływania.
Z kolei Hiroko poradziła jej, aby więcej czasu przebywała na farmie. Maja z chęcią zastosowała się do jej sugestii, spędzając całe godziny na pieleniu, zbieraniu plonów, przycinaniu, nawożeniu, podlewaniu. Poza tym prowadziła błahe rozmowy, przesiadywała na ławce, patrzyła na liście, spacerowała między grządkami. Pomieszczenia farmy znajdowały się w największych komorach statku; ich wypukłe sklepienia pokryte były rozgwiazdami złocistych linii, które imitowały promienie słońca. Wielopoziomowe pokłady pełne były roślin uprawnych, gdyż od czasu burzy posadzono już sporo nowych.
Na Aresie było za mało miejsca na uprawy, aby można było karmić załogę wyłącznie jedzeniem z farmy, ale Hiroko — od początku niezadowolona z tego faktu — coraz skuteczniej zwiększała ich powierzchnię, przysposabiając do tego kolejne pustoszejące magazyny. Teraz rosły tam w rzędach korytek karłowate odmiany pszenicy, ryżu, soi i jęczmienia, a ponad nimi zwisały hydroponiczne kultury warzyw i stały na półkach ogromne przezroczyste słoje z zielonymi i żółtymi glonami, pełniącymi istotną funkcję wspomagającą proces regulacji składu powietrza.
Niekiedy Maja po prostu siadała i przez cały dzień obserwowała pracę sekcji farmerskiej. Hiroko i jej asystent Iwao nieustannie pracowali nad nie kończącym się zadaniem maksymalizacji stopnia domknięcia biologicznego systemu wspomagania życia. Do ekipy stałych współpracowników zajmujących się tą kwestią należeli również Raul, Rya, Gene, Jewgienia, Andrea, Roger, Ellen, Bob i Tasza. Efekty kolejnych prób mierzono w wartościach “K”, które wyrażały stopień osiągniętego domknięcia. Tak więc dla każdej substancji wprowadzanej ponownie do obiegu przedstawiało się to następującym wzorem:
K = I — e/E
gdzie “E” oznaczało tempo zużycia w systemie, “e” — prędkość /niekompletnego/ domknięcia, a “I” — stałą, dla której Hiroko ustanowiła właściwą wartość podczas swoich wcześniejszych badań nad tym zagadnieniem.