Arkady i grupka jego przyjaciół — Aleks, Roger, Samantha, Edvard, Janet, Tatiana i Elena — poprosili o misję na Fobosa. Kiedy Phyllis i Mary o tym usłyszały, natychmiast poszły zaprotestować do Mai i Franka.
— Oni wyraźnie próbują przejąć Fobosa! Kto wie, co zamierzają z nim zrobić!
Maja pokiwała głową i zauważyła, że Frankowi ten pomysł również się nie podoba. Problem jednak leżał w tym, że nikt inny nie chciał lecieć na marsjański księżyc. Nawet Phyllis i Mary nie chciały zastąpić tamtej ekipy, więc trudno było odrzucić propozycję Arkadego.
Jeszcze głośniejsze spory wybuchły, kiedy Ann Clayborne udostępniła wszystkim listę wybranego przez siebie zespołu do pomiarów geologicznych. Mnóstwo osób chciało się do nich przyłączyć i wiele z nich oznajmiło, że bez względu na to, czy Ann się zgodzi, i tak wyruszą z nią na wyprawę badawczą.
Kłótnie stawały się coraz częstsze i gwałtowniejsze. Prawie wszyscy na pokładzie zgłosili się do którejś z misji i czekali na ostateczną decyzję. Maja czuła, że traci jakąkolwiek kontrolę nad ekipą rosyjską; rosła też jej wściekłość na Arkadego. Na ogólnym spotkaniu zaproponowała z sarkazmem, by zgodzili się, aby przydziały zrobił komputer. Pomysł został natychmiast odrzucony. Musiała się przyznać do porażki.
— Więc co zrobimy?
Nikt nie wiedział.
Cały czas na osobności konferowała o tym z Frankiem.
— Spróbujmy stworzyć im iluzję, że sami podejmują decyzję — powiedział Frank z ironicznym uśmieszkiem. Zauważyła, że wcale nie zirytowała go jej porażka na spotkaniu całej ekipy. Widmo ich romansu znowu wracało, dręcząc ją z nową siłą. Przeklinała własną głupotę; małe politbiura były takie niebezpieczne…
Frank spisał życzenia wszystkich członków załogi, a potem przedstawił rezultaty na mostku, odczytując każdej osobie podane przez nią trzy pierwsze preferencje. Potwierdził się fakt, że pomiary geologiczne są bardzo popularne, a misja na Fobosie znajduje najmniej chętnych. Wszyscy z grubsza już to wiedzieli, ale te zbiorcze spisy udowodniły, że wcale nie są tak skłóceni, jak im się zdawało.
— Pojawiły się skargi, że Arkady przejmuje Fobosa — oznajmił Frank na następnym ogólnym zebraniu — ale nikt poza nim i jego towarzyszami nie chce się podjąć tej pracy. Wszyscy inni chcą lądować na Marsie.
— Właściwie — zażartował Arkady — powinniśmy dostać rekompensatę za pracę w trudnych warunkach.
— Arkady, mówienie o rekompensacie zupełnie do ciebie nie pasuje — przerwał mu łagodnie Frank.
Arkady uśmiechnął się i usiadł.
Phyllis jednak wcale to nie rozbawiło.
— Fobos będzie łącznikiem między Ziemią a Marsem, będzie spełniać taką samą funkcję jak okołoziemskie stacje kosmiczne, bez których nie można wyruszyć na inne planety. Morscy stratedzy nazywają takie bazy “przełykiem”.
— Obiecuję trzymać ręce z dala od twojej szyi — odparł rozbawiony Arkady.
Frank warknął z rozdrażnieniem:
— Wszyscy będziemy częścią tego samego organizmu! Praca każdego z nas będzie wpływać na życie całej grupy! I patrząc na wasze zachowanie dochodzę do wniosku, że rozdzielenie się na jakiś czas może się okazać niezwykle pożyteczne. Osobiście nie mam nic przeciwko temu, że Arkady zejdzie mi z oczu na parę miesięcy.
Arkady skłonił się.
— Witaj, Fobosie!
Pomimo oficjalnej zgody Franka Phyllis, Mary i grupka ich zwolenników nadal byli niezadowoleni. Spędzali wiele czasu, naradzając się z Houston i ilekroć Maja wchodziła do Torusa B, ostentacyjnie przerywano rozmowy, a wszystkie oczy podążały za nią podejrzliwie — jak gdyby fakt, iż jest Rosjanką, automatycznie umieszczał ją w obozie Arkadego! Przeklinała ich za głupotę, ale Arkadego przeklinała jeszcze bardziej. Przecież właśnie on rozpętał to wszystko.
Tak czy inaczej, stało się, problem już zaistniał i trudno było dokładnie przewidzieć, jak teraz zachowa się setka ludzi rozproszona na statku, który nagle wydał im się wręcz ogromny. Coraz częściej dochodziło do konfliktów pomiędzy małymi grupkami, związanymi wspólnym celem; zaczęła nimi rządzić mikropolityka… Tak, tak, naprawdę się podzielili. Tylko stu ludzi, a jednak okazali się zbyt wielką społecznością, aby zachować jednomyślność! Ani ona, ani Frank nie mogli w żaden sposób temu zaradzić.
Pewnej nocy znowu przyśniła jej się twarz z farmy. Obudziła się rozdygotana i już nie mogła zasnąć. Nagle wydało jej się, że straciła kontrolę niemal nad wszystkim. Lecieli przez kosmiczną próżnię statkiem, który był w istocie zlepkiem ogromnych puszek, a jej zadaniem było kierowanie tym domem wariatów! Absurd!
Wyszła z pokoju i ruszyła tunelem D, który prowadził do piasty. Skierowała się do baniaczka, zapominając o grze pod nazwą “skok w tunel”.
Była czwarta nad ranem. Wnętrze baniaczka wyglądało, jak planetarium po wyjściu publiczności: ciche, puste, z tysiącami gwiazd na czarnej półkuli kopuły. Mars wisiał tuż nad jej głową; był w fazie tuż przed pełnią, prawie idealnie kulisty i wyglądał niczym kamienna pomarańcza ciśnięta między gwiazdy. Cztery wielkie wulkany przyciągały spojrzenie, jak ślady po ospie. Można było również rozpoznać długie szczeliny Valles Marineris. Maja unosiła się pod kopułą z rozpostartymi rękami i nogami i wirowała łagodnie wokół własnej osi, próbując dostrzec je dokładniej, próbując wyczuć coś szczególnego w natłoku własnych emocji. Kiedy zmrużyła oczy, spłynęły z nich małe kuliste łzy i poleciały między gwiazdy.
Nagle drzwi komory powietrznej gwałtownie się otworzyły. Wleciał John Boone, zobaczył ją i błyskawicznie chwycił klamkę, aby się zatrzymać.
— Och, przepraszam. Można się do ciebie przyłączyć?
— Tak. — Maja pociągnęła nosem i potarła oczy. — Co cię zbudziło o takiej godzinie?
— Często wstaję wcześnie. A ciebie?
— Senne koszmary.
— O czym?
— Nie pamiętam — szepnęła, mimo woli przywołując w pamięci tamtą obcą twarz.
Boone odepchnął się od drzwi i wpłynął do pomieszczenia.
— Nigdy nie pamiętam swoich snów.
— Nigdy?
— No, powiedzmy, rzadko. Jeśli coś mnie obudzi w środku jakiegoś snu i mam czas się nad nim zastanowić, czasem co nieco mi się kołacze po głowie, w każdym razie przez małą chwilkę.
— To normalne. Gdybyś rzeczywiście nigdy nie pamiętał swoich snów, to byłby raczej zły znak.
— Naprawdę? A czego niby miałby to być symptom?
— Skrajnego tłumienia uczuć, o ile sobie przypominam. — Podryfowała do bocznej ściany, a potem machając rękami rozpędziła się, chwilę leciała, po czym zatrzymała się przy kopule obok niego. — Chociaż bardzo możliwe, że to tylko jakiś wymysł Freuda.
— Innymi słowy, coś jak teoria flogistonu.
— Właśnie — zaśmiała się Maja.
Wpatrywali się w Marsa, pokazując sobie nawzajem różne osobliwości planety. Gawędzili. Maja przypatrywała się Johnowi, kiedy mówił. Był taki sympatyczny i przyjazny, i do tego jeszcze przystojny, chociaż nie w jej typie. Prawdę mówiąc, na początku wyprawy uznała jego ciągłą wesołość za coś w rodzaju kretynizmu. Dopiero w trakcie lotu zrozumiała, że to pierwsze wrażenie było całkowicie mylne: John z pewnością nie był głupi.
— Co sądzisz o nieustannych kłótniach na temat planu naszych działań, kiedy już się tam znajdziemy? — spytała, wskazując czerwoną skałę, w stronę której zmierzali.