Wypiętrzenie się płaskowyżu Tharsis okazało się więc najważniejszym czynnikiem kształtującym powierzchnię Marsa. Drugim, niemal równie ważnym, były uderzenia meteorytów. W epoce Noachian, trzy do czterech miliardów lat temu, powierzchnia Marsa była nieustannie bombardowana milionami skalnych pocisków, z których tysiące stanowiły duże planetazymale o rozmiarach wielkości Wegi czy Fobosa. Jedno z takich uderzeń utworzyło Basen Hellas, nieckę o średnicy dwóch tysięcy kilometrów, największy znany krater meteorytowy w naszym Układzie Słonecznym. Być może również Daedalia Planum jest pozostałością po jakimś basenie uderzeniowym; jej szerokość wynosi cztery i pół tysiąca kilometrów. Te dwa nieckowate zagłębienia terenu są niezwykle duże, ale niektórzy areologowie twierdzą, że cała północna półkula Marsa to ogromny basen uderzeniowy.
Spadki potężnych meteorytów wywoływały tak wielkie kataklizmy, że wprost trudno je sobie wyobrazić; wyrzucane w ich trakcie szczątki skał docierały aż do Ziemi i Księżyca albo stawały się planetoidami, krążącymi wokół Słońca jako Trojańczycy. Część areologów obstaje przy tezie, że płaskowyż Tharsis powstał w wyniku spadku tego samego meteorytu, który utworzył nieckę Hellas, inni z kolei twierdzą, że Fobos i Dejmos to skały wyrzucone podczas zderzenia. Poza tym na planetę spadały codziennie również mniejsze okruchy skalne, toteż najstarsze powierzchnie marsjańskie zostały dosłownie zbombardowane milionami meteorytów, co ukształtowało obecny krajobraz planety, na którym nowsze kratery — twory geologiczne o kolistym kształcie — przesłaniają starsze pierścienie, już zerodowane. Na Czerwonej Planecie nie ma chyba ani jednego skrawka lądu, który nie zostałby kiedyś w ten sposób zbombardowany.
Każde z tych uderzeń uwalniało ogromne ilości ciepła, które topiło skałę. Wkrótce prócz uderzeń meteorytów również erupcje wulkaniczne zaczęły odrywać z macierzystego podłoża fragmenty skalne, które strzelały w górę w postaci gorących gazów, cieczy i nowych minerałów. Czynnik ten oraz odgazowanie jądra planety doprowadziły do wytworzenia się marsjańskiej atmosfery i dużych zbiorników wodnych. Na Marsie były chmury i burze, opady deszczu i śniegu, lodowce i strumienie, rzeki i jeziora. Omywały całą powierzchnię i pozostawiały wszędzie niewątpliwe znaki swej bytności — kanały rzeczne, łożyska strumieni, linie brzegowe, hydrologiczne hieroglify najrozmaitszego rodzaju.
A potem wszystko się “ulotniło”. Planeta była zbyt mała i położona za daleko od Słońca, toteż klimat niebawem się ochłodził, a pierwotna atmosfera zamarzła i opadła na powierzchnię. Doszło do sublimacji dwutlenku węgla, w wyniku czego powstała nowa, znacznie rzadsza atmosfera, podczas gdy tlen pozostał na powierzchni i związał się z czerwoną skałą. Woda stopniowo zamarzała i wiek za wiekiem wsiąkała coraz bardziej w głąb, przez kilometry potrzaskanych meteorytami skał. W końcu i ta warstwa regolitu została skuta lodem, ale najgłębsze warstwy planetarnego płaszcza pozostały wystarczająco gorące, aby stopić lód. Tak właśnie powstały podziemne marsjańskie morza.
Woda zawsze płynie z góry na dół, toteż formacje wodonośne przeniosły się niżej, powoli sącząc się i sącząc, aż skumulowały się za jakimś masywem litej skały, warstwą zastygłej głęboko magmy albo tamą utworzoną przez zmrożoną glebę. Czasami silne ciśnienie artezyjskie tworzyło takie naturalne zapory. A potem nagle uderzał jakiś meteoryt albo powstawał wulkan, zapora pękała i całe podziemne morze wypływało na powierzchnię w postaci ogromnych powodzi, które niosły dziesięć tysięcy razy więcej wody niż całe dorzecze Missisipi. Po jakimś czasie jednak woda na powierzchni znów zamarzała i parowała pod wpływem nieustannych suchych wiatrów, a potem każdej zimy opadała na bieguny kapturem lodowej mgły. Dzięki temu czapy polarne grubiały coraz bardziej, spychając lód pod ziemię, aż widoczny na powierzchni lód stał się tylko wierzchołkami dwóch potężnych lodowców pokrywających bieguny tego świata wiecznej zmarzliny, czubkami dwóch podziemnych soczewek, dziesięć, a potem sto razy większych od widocznych na powierzchni polarnych czap. Podczas gdy wody spływały z powrotem ku równikowi, wskutek odgazowania jądra planety uwalniały się wciąż nowe wodne masy, tworząc kolejne zbiorniki i ponownie napełniając niektóre stare.
Właśnie w ten sposób ów niezwykle powolny proces zapoczątkował cykl obiegu wody. Jednak planeta wciąż systematycznie się ochładzała, więc wszystko odbywało się coraz wolniej w długim ritardando, jak coraz bardziej zwalniający, nie nakręcany już zegar. Wreszcie Mars zastygł w istniejącym do dziś kształcie. Co nie znaczy, oczywiście, że nie zachodziły już na nim żadne zmiany: powierzchnię bez końca rzeźbiły wiatry, niosąc pył, który stawał się coraz drobniejszy, mimośród marsjańskiej orbity sprawił zaś, że na półkulach południowej i północnej w cyklu co pięćdziesiąt jeden tysięcy lat występowały na przemian zimne i ciepłe zimy, toteż czapa z suchego lodu i wodna czapa polarna wędrowały między biegunami. Każdy ruch tego klimatycznego wahadła pozostawiał po sobie kolejną warstwę piasku; pokłady nowych wydm pod odpowiednim kątem przecinały starsze warstwy, aż piasek wokół obu biegunów utworzył różnobarwną, mozaikową geometryczną otoczkę, przypominającą pustynne malowidła Indian Nawaho.
Barwne piaski o niezwykłych wzorach, wyrzeźbione koronkowo ściany kanionów, wulkany strzelające pionowo w niebo, chaotyczny teren pokryty skalnym rumoszem, niezliczona ilość kraterów, kulistych symboli początków planety… Taki jest krajobraz Marsa. Piękny, ale i niezmiernie surowy: prosty, nagi, milczący, obojętny, skalisty i odwieczny… Majestatyczny. Tak przemawia nieorganiczna ewolucja natury.
Niestety, jedynie nieorganiczna; żadnych śladów zwierząt, roślin, nawet bakterii. Życie mogło się tu narodzić, ale się nie narodziło. Nigdy nie doszło do samoczynnej syntezy organicznej w powierzchniowych skałach osadowych i siarkowych gorących źródłach; nie spadły także na Marsa żadne kosmiczne zarodki, planeta nie doświadczyła dotyku Boga. Jakkolwiek powstaje życie (a nadal nie znamy do końca tego mechanizmu), na Marsie się ono nie przydarzyło. Czerwona Planeta odbywała swoją wędrówkę wokół Słońca, pozostając wciąż jedynie martwym światem skał i kraterów.
Aż pewnego dnia…
Energicznie zeskoczyła na ziemię, dotykając gruntu równocześnie obiema nogami. Okazało się, że nie jest to nic trudnego ani niebezpiecznego, w końcu przyzwyczajała się do marsjańskiej grawitacji przez dziewięć miesięcy lotu na Aresie, a przy obciążeniu skafandra poruszanie się po tutejszej powierzchni nie powinno się zbytnio różnić od chodzenia po Ziemi, o ile w ogóle to jeszcze pamiętała. Niebo miało barwę różu przyciemnionego rudawymi brązami i był to odcień znacznie bogatszy, a równocześnie delikatniejszy niż na fotografiach.
— Popatrzcie na niebo — zachwycała się Ann. — Tylko popatrzcie!
Maja trajkotała o czymś po rosyjsku, a Sax i Wład kręcili się wokół własnej osi jak nakręcane zabawki. Nadieżda Francine Czernieszewska zrobiła jeszcze kilka kroków; każde stąpnięcie odzywało się nieprzyjemnym skrzypieniem. Powierzchnię pokrywała stwardniała, gruba na parę centymetrów warstwa szklistego piasku; geolodzy nazywali ją skorupą albo saletrą. Ślady butów natychmiast otaczała siateczka promienistych pęknięć.