Выбрать главу

Tak czy owak, załoga budująca Czarnobyl (nazwę tę oczywiście nadał elektrowni Arkady) co rano błagała Nadię, aby pojechała z nimi i nadzorowała prace. Zamierzali ustawić reaktor daleko na wschód od obozu, więc jeśli Nadia decydowała się im pomóc, musiała wyjeżdżać z nimi na cały dzień. Jednocześnie jednak zespół medyczny poprosił, aby pomogła zbudować klinikę i laboratoria z rozładowanych już towarowych kontenerów, które przemieniono w schrony, a taka praca oznaczała, że zamiast cały czas pozostawać na zewnątrz w Czarnobylu, mogłaby wracać w południe na posiłek, a potem pomagać medykom. Ale jakkolwiek spędzała dzień, i tak co noc padała z wyczerpania.

Niektóre wieczory przed snem musiała jeszcze poświęcić na długie telefoniczne rozmowy z przebywającym na Fobosie Arkadym. Jego ekipa miała kłopoty z mikrograwitacją tego księżyca i Arkady również potrzebo wał j ej rady.

— Gdybyśmy tylko potrafili nieco zwiększyć ciążenie, po to, by życie tutaj było choć trochę mniej męczące, by móc się przespać w normalnej pozycji! — narzekał.

— Zbudujcie okołopowierzchniową pętlę kolejową — zasugerowała Nadia, walcząc z sennością. — Przeróbcie jeden ze zbiorników Aresa na pociąg i niech jeździ w kółko po szynach. Zróbcie sobie na jego pokładzie bazę i uruchomcie pociąg z dostatecznie dużą prędkością, a uzyskacie słabą grawitację przy suficie.

Cisza przerywana zakłóceniami, potem dziki chichot Arkadego.

— Nadieżdo Francine, kocham cię, naprawdę cię kocham!

— Kochasz grawitację, nie mnie.

Ze względu na te dodatkowe obowiązki Nadii, budowa stałego osiedla posuwała się bardzo powoli. Tylko mniej więcej raz na tydzień Nadia znajdowała czas, by zasiąść w odkrytej kabinie mercedesa i pojechać z turkotem po rozrytej ziemi do wykopu, od którego zaczęła budowę. W tej chwili miał on dziesięć metrów szerokości, pięćdziesiąt długości i cztery głębokości. Na razie jedynie głębokość była dla Nadii wystarczająca. Dno rowu było takie samo jak otaczająca go powierzchnia planety: glina, drobiny miału, różnej wielkości skały. Regolit. Podczas gdy Nadia pracowała na buldożerze, geolodzy wykorzystywali wykop, pobierając próbki i badając skład gleby. Przyłączała się czasem do nich nawet Ann, zdecydowana przeciwniczka niszczenia powierzchni planety, nigdy bowiem jeszcze się nie zdarzyło, by jakiś geolog, bez względu na poglądy, był w stanie powstrzymać się od grzebania w ziemi. W czasie pracy Nadia z uwagą przysłuchiwała się w słuchawkach ich rozmowom. Uważali, że regolit jest prawdopodobnie taki sam na całej swej głębokości, wszędzie aż do skały macierzystej, co nie było zbyt korzystne: regolit miał niewiele wspólnego z tym, co Nadii kojarzyło się z dobrym gruntem pod budowę. Jednak miał jedną zaletę: zawierał niewiele wody, niecałe dziesięć procent, Nadia miała więc przynajmniej gwarancję, że nie będzie się nagle załamywał, co stanowiło jeden z codziennych koszmarów syberyjskich placów budowy.

Gdy już wytnie rów w regolicie, Nadia zamierzała położyć tam fundament z portlandzkiego cementu, najlepszego betonu, jaki mogli wytworzyć z dostępnych im materiałów. Wiedziała, że będzie pękał, póki nie zaleją nim rowu do pełnych dwóch metrów wysokości, ale cóż, shikata ga nai. Taka grubość zapewni im jako taką szczelność, ale i tak Nadia będzie musiała izolować błoto i podgrzewać je dla odpowiedniego utwardzenia. Jego temperatura nie może spaść poniżej 13 stopni Celsjusza, a to z kolei oznaczało wmontowanie systemu grzewczego… Powoli, wszystko odbywało się bardzo powoli.

Nadia powiększała wykop. Podjechała buldożerem do przodu, zatrzymała maszynę i zaryła lemiesz w ziemię. Potem zaczęła przeć, wykorzystując ciężar maszyny. Czerpak wbił się w regolit i żłobił glebę przed sobą.

— Co za olbrzym — powiedziała Nadia pieszczotliwie.

— Nadia zakochała się w spychaczu — zaśmiała się Maja na ogólnym paśmie radiowym.

Przynajmniej wiem, kogo kocham, pomyślała Nadia, krzywiąc się. W ostatnim tygodniu spędziła z Mają wiele wieczorów w narzędziowni, wysłuchując jej trajkotania o kłopotach z Johnem i o tym, że w większości spraw naprawdę lepiej jej się współpracuje z Frankiem, że nie może się zdecydować, co do nich obu czuje, że jest pewna, iż Frank jej teraz nienawidzi, i tak dalej, i tak dalej. Czyszcząc narzędzia Nadia powtarzała co jakiś czas: “Da, da, da”, próbując ukryć brak zainteresowania. Prawda była taka, że miała już po prostu dość wiecznych babskich problemów Mai i wolałaby podyskutować o materiałach budowlanych albo o czymkolwiek innym.

Pracę przerwał jej nagle telefon od załogi Czarnobyla.

— Nadiu, jak można zrobić tak gruby cement, aby go kłaść w tym zimnie?

— Ogrzejcie go.

— Ogrzaliśmy!

— Więc ogrzejcie go jeszcze bardziej.

Och!

Nadia oceniała, że muszą tam już prawie kończyć; poszczególne podzespoły Rickovera były już zmontowane, należało je teraz tylko połączyć ze sobą, dopasować do zabezpieczającej stalowej pokrywy, rury chłodzące wypełnić wodą (co obniży jej zapas w bazie prawie do zera), podłączyć przewody, ułożyć wokół reaktora worki z piaskiem i pociągnąć za drążki kontrolne. Wtedy będą mieli do dyspozycji trzysta kilowatów, co położy kres conocnym kłótniom o to, kto dostanie lwią część mocy generatora następnego dnia.

Telefon od Saxa. Zablokował się jeden z procesorów Sabatiera i nie można było zdjąć z niego osłony, by sprawdzić uszkodzenie. Nadia zostawiła więc pracę na buldożerze Johnowi i Mai i postanowiła pojechać łazikiem do kompleksu fabrycznego, aby sprawdzić, co jest przyczyną blokady.

— Jadę odwiedzić naszych alchemików — oznajmiła na odchodnym.

— Zauważyłaś, że nasze maszyny są odbiciem gałęzi przemysłu, który je zbudował? — spytał Sax Nadię, kiedy przyjechała i zaczęła sprawdzać sabatiera. — Jeśli urządzenie zostało zbudowane przez firmę samochodową, ma słabą moc, ale jest solidne i wytrzymałe. Jeśli natomiast stworzył je przemysł kosmiczny, jego silnik posiada horrendalnie dużą moc, ale maszyna psuje się dwa razy dziennie.

— A wspólne produkty są zaprojektowane — dodała Nadia — wręcz paskudnie.

— Właśnie.

— Podzespoły chemiczne też stale nawalają — dodał Spencer Jackson.

— To prawda. Zwłaszcza w tym pyle.

Kondensatory atmosferyczne Boeinga stanowiły zaledwie niewielką część zespołu fabrycznego; wychwytywane przez nie gazy przemieszczano do dużych zbiorników, sprężano, rozprężano, przekształcano i ponownie wiązano, stosując metody typowe dla inżynierii chemicznej, takie jak: odwilżanie, skraplanie, rektyfikację, elektrolizę, elektrosyntezę, proces Sabatiera, proces Raschiga, proces Oswalda… Krok po kroku tworzyli coraz więcej złożonych związków chemicznych, które płynęły z jednej przetwórni do drugiej przez mrowie budowli o wyglądzie ruchomych tłoczni, stanowiących pajęczynę kodowanych kolorami cystern, rur, przewodów i kabli.