Zdegustowana Nadia tylko chrząknęła w odpowiedzi.
— Proszę cię, Nadiu! Błagam!!!
Nadia z zaskoczeniem uświadomiła sobie, o ile chętniej wolałaby porozmawiać z Ann, Samanthą czy Arkadym. Gdyby tylko Arkady przyleciał wreszcie z Fobosa!
No, ale Maja była jej przyjaciółką. I ta desperacja w jej spojrzeniu: Nadia nie mogła tego znieść.
— Co to za wiadomość?
— Powiedz mu, że spotkam się z nim dziś wieczorem w magazynach — rzuciła Maja. — O północy. Chcę porozmawiać.
Nadia westchnęła z rezygnacją, ale w końcu poszła do Franka i przekazała mu informację. Skinął tylko milcząco głową, nie patrząc jej w oczy, zakłopotany, ponury i nieszczęśliwy.
Kilka dni później Nadia i Maja czyściły ceglaną podłogę ostatniej komory przed wypełnieniem jej sprężonym powietrzem i ciekawość Nadii okazała się silniejsza; przerwała swoje zwyczajowe milczenie na ten temat i spytała Maję, co się właściwie z nią dzieje.
— No, wiesz, chodzi o Johna i Franka — odparła płaczliwie Maja. — Wiecznie ze sobą konkurują. Są jak bracia, których trawi wzajemna zazdrość. John dotarł na Marsa jako pierwszy, a potem pozwolono mu lecieć po raz drugi i Frank uważa, że to nie jest w porządku. Frank włożył wiele pracy, by wywalczyć w Waszyngtonie zgodę na założenie marsjańskiej kolonii i wydaje mu się, że John zawsze czerpał korzyści z jego wysiłków. A teraz, no cóż… John i ja… jest nam razem dobrze, lubię go. Jest mi z nim tak jakoś… łatwo, nieskomplikowanie. Spokojnie, ale też i trochę. … No, nie wiem. Nie żeby zaraz nudno, ale też… nie ekscytująco. On lubi spacerować, kręcić się po farmie. Nie lubi za dużo mówić! A Frank, no wiesz, zawsze mamy o czym pogawędzić. Może faktycznie bez przerwy się spieramy, ale przynajmniej rozmawiamy! No i… wiesz, mieliśmy krótki romans na Aresie, na samym początku lotu. i nam nie wyszło, ale jemu ciągle się zdaje, że moglibyśmy spróbować jeszcze raz.
Ciekawe, z jakiego powodu nadal żywi te nadzieje? Nadia skrzywiła się na samą myśl.
— Frank wciąż próbuje mnie namówić, abym zostawiła Johna i wróciła do niego, a John podejrzewa, co się dzieje, no i w rezultacie są bardzo o siebie zazdrośni… Ja tylko próbuję ich powstrzymać, aby sobie nie skakali do gardeł, to wszystko.
Nadia postanowiła, że nie będzie więcej pytać, ale tak czy owak została już wciągnięta w ten trójkąt wbrew sobie samej. Maja nieustannie przychodziła jej się zwierzać i prosiła o przekazywanie kolejnych wiadomości Frankowi.
— Nie jestem posłańcem! — protestowała często Nadia, a jednak spełniała kolejne prośby Mai i raz czy dwa wdała się nawet w długą rozmowę z Frankiem, oczywiście na temat przyjaciółki: kim jest, jaka jest, dlaczego postępuje w taki, a nie inny sposób, i tak dalej.
— Słuchaj — tłumaczyła Amerykaninowi Nadia. — Nie mogę mówić za Maję. Nie wiem, dlaczego robi, to co robi, musisz zapytać ją sam. Ale mogę ci powiedzieć, że wychowała się w rodzinie mocno zakorzenionej w kulturze sowieckiej, wiesz, uniwersytet i piętno systemu począwszy od babki. Babka Mai, a także jej matka uważały mężczyzn za wrogów, wiesz matrioszka. Matka Mai zwykła mówić: “Kobiety są jak korzenie, mężczyźni to tylko liście”. W Rosji całe życie opierało się na nieufności, manipulacji i strachu. I stamtąd właśnie wywodzi się Maja. Ale równocześnie mamy też tradycję amikoszonerii, bardzo bliskiej przyjaźni, w której dowiadujesz się wszystkich, nawet najdrobniejszych szczegółów z życia swego przyjaciela, w jakimś sensie ingerujesz w świat intymny drugiej osoby i oczywiście to jest nieznośne, to musi się skończyć, i zazwyczaj się kończy źle…
Frank od czasu do czasu kiwał głową ze zrozumieniem, najwyraźniej kojarząc różne fakty. Nadia westchnęła i mówiła dalej:
— Takie przyjaźnie często prowadzą do miłości, ale potem ten problem wcale nie znika, wręcz przeciwnie, nabrzmiewa jeszcze bardziej, zwłaszcza że u podstawy takiego związku tkwi strach.
Po tych słowach Frank, wysoki, dobrze zbudowany i dość przystojny brunet, twardziel, który posiadał władzę, człowiek o niespożytej energii i wewnętrznej sile, słowem typowy amerykański polityk, którego owinęła sobie wokół palca neurotyczna rosyjska piękność, pokornie kiwnął głową i podziękował Nadii; jednocześnie w jego oczach pojawiła się rezygnacja. A w każdym razie powinna się pojawić.
Nadia z całych sił starała się zignorować cały ten konfliktogenny węzeł miłosny. Niebawem okazało się jednak, że nie tylko Maja i Frank stanowią problem. Wład od początku nie aprobował faktu, że cała grupa dnie przeważnie spędza na powierzchni i w pewnym momencie oświadczył kategorycznie:
— Powinniśmy przez większość czasu pozostawać pod wzgórzem. Zakopiemy również wszystkie laboratoria. Prace na powierzchni zostaną ograniczone do jednej godziny wczesnym rankiem i godziny późnym popołudniem, kiedy słońce znajduje się nisko.
— Niech mnie kule biją, jeśli zgodzę się prawie przez cały dzień siedzieć w środku — oburzyła się Ann i wielu jej przytaknęło.
— Mamy do odwalenia na zewnątrz kawał roboty — poparł ją Frank.
— Tak, ale większą jej część można wykonać metodą zdalną, nie ruszając się stąd ani na krok — odparł Wład. — I tak właśnie będziemy pracować. Nie rozumiecie, że tu znajdujemy się jakby dziesięć kilometrów od epicentrum wybuchu jądrowego…
— No to co? — rzuciła Ann. — Żołnierze tak postępują…
— … co sześć miesięcy — skończył za nią Wład i popatrzył na nią znacząco. — Odpowiada ci to?
Nawet Ann wyglądała na pokonaną. Żadnej warstwy ozonowej, pole magnetyczne tak nikłe, że nie warto w ogóle o nim wspominać; promieniowanie kosmiczne było niemal tak duże, jak w przestrzeni międzyplanetarnej: do dziesięciu remów rocznie.
Po tej dyskusji Frank i Maja nakazali całej grupie ograniczyć czas spędzany na zewnątrz. “Pod wzgórzem” było do zrobienia wiele pilnych prac: przede wszystkim musieli wykończyć ostatni szereg podziemnych komór, poza tym istniała też możliwość wykopania pod nimi piwnic, które stanowiłyby dodatkowe zabezpieczenie przed radiacją. Spora liczba ciągników była przystosowana do zdalnego sterowania; ich komputery pokładowe zajmowały się szczegółami, podczas gdy ludzie wystukiwali tylko na klawiaturze komendy, siedząc metr pod powierzchnią i obserwując ekrany podglądu. Praca w tym trybie była wprawdzie znacznie bezpieczniejsza, ale nikomu nie podobało się to nowe życie. Nawet Sax Russell, który zwykle był zadowolony z pracy w bazie, sprawiał wrażenie mocno rozczarowanego.
Ostatnio w czasie wieczornych rozmów jak bumerang powracał temat terraformowania i natychmiastowych efektów, jakie by im przyniósł, a jego zwolennicy zaczęli wysuwać nowe argumenty.
— Decyzja nie należy do nas — uciął kiedyś ostro te spekulacje Frank. — Podejmą ją Narody Zjednoczone. Poza tym jest to działanie długofalowe, rzeczywiste efekty przynosi dopiero po co najmniej kilku stuleciach. Nie traćcie więc czasu na próżne gadanie!
I wtedy wtrąciła się Ann:
— To wszystko prawda, ale ja nie mam ochoty marnować czasu na siedzenie w tych lepiankach. Powinniśmy przeżywać nasze życie w taki sposób, w jaki pragniemy. Jesteśmy zbyt starzy na to, aby się martwić o promieniowanie.
Spór odżył z nową gwałtownością i Nadia znowu poczuła się tak, jakby nagle przeniosła się w czasie z poczciwej, solidnej, skalnej powierzchni planety z powrotem w kłótliwą, pełną napięć, nieważką rzeczywistość Aresa. Wzajemne uszczypliwości, narzekania i nieustanne spory przerywało wtedy jedynie zmęczenie, znudzenie lub senność. Gdy tylko wybuchała jakaś kłótnia, Nadia starała się zawsze natychmiast opuścić pomieszczenie, w nadziei, że odszuka Hiroko i porozmawia o czymś konkretnym, jednak nie udawało się jej w ogóle uniknąć tego rodzaju sytuacji i przestać o nich myśleć.