Выбрать главу

— Szkoda, że cię tu nie ma — szepnęła Nadia.

Operację wykonał Wład. Twierdził, że wszystko będzie dobrze.

— Jest nieźle. Palec serdeczny jest trochę słabszy i będzie ci służył teraz jednocześnie za mały palec. No, ale czwarte palce i tak nigdy się na wiele nie przydają. Natomiast dwa główne będą tak samo silne jak przedtem.

Odwiedzali ją wszyscy, a jednak z Arkadym rozmawiała częściej niż z innymi, przeważnie bardzo późnym wieczorem, kiedy była sama, w ciągu tych czterech i pół godziny między wzejściem Fobosa na zachodzie i zajściem na wschodzie. Początkowo Arkady dzwonił do niej prawie co noc, potem trochę rzadziej.

Dość szybko wstała z łóżka i zaczęła kręcić się po osiedlu, ale ręka w gipsie nadal była niepokojąco słaba. Nadia zajmowała się drobnymi usterkami lub udzielała porad, starając się nieustannie czymś zajmować myśli. Michel Duval ani razu do niej nie przyszedł, co uznała za dość dziwne. Czy nie po to właśnie są psycholodzy? W żaden sposób nie mogła zwalczyć ogarniających ją coraz częściej napadów depresji. Sprawne ręce były dla niej czymś niemal najważniejszym w życiu, była przecież budowniczym! Gips bardzo jej przeszkadzał, więc Nadia odcięła część wokół nadgarstka nożycami z zestawu narzędziowego. Mimo to jednak wciąż nie mogła wykonywać żadnych prac na zewnątrz, co bardzo ją przygnębiało.

Nadeszła sobotnia noc. Nadia siedziała właśnie w świeżo napełnionej wannie jacuzzi, piastując szklankę z lekkim winem, i popatrywała na przyjaciół, pluskających się w kostiumach kąpielowych. Nie była jedyną poszkodowaną, przez wiele miesięcy ciężkiej fizycznej pracy niemal każdy nabawił się jakichś urazów. Prawie wszyscy mieli ślady odmrożeń, płaty czarnego naskórka, który w końcu się łuszczył, odsłaniając nową, różową skórę, jaskrawo i brzydko połyskującą w cieple pływalni. Wielu miało w gipsie ręce, nadgarstki, ramiona, nawet nogi, a wszystko to z powodu częstych złamań i zwichnięć. Prawdę mówiąc, mieli sporo szczęścia, że nikt jeszcze nie zginął.

Tyle ciał wokół i żadne nie było dla niej. Pomyślała, że znają się tak dobrze, jakby stanowili rodzinę; służyli sobie nawzajem pomocą lekarską, spali w tych samych pokojach, przebierali się w tych samych komorach powietrznych, razem się kąpali. Grupa humanoidalnych zwierząt, kręcących się po obojętnym, martwym świecie, którym zawładnęli. Ciągle musieli dodawać sobie otuchy i niewiele było spraw, które mogłyby ich podniecić czy też zaskoczyć. Ciała w średnim wieku. Sama Nadia była okrąglutką jak dynia, pulchną, ale zarazem mocno umięśnioną małą kobietką, krępą i w dodatku nieco przygarbioną. I bardzo, bardzo samotną. Jej najbliższy przyjaciel był tylko głosem w eterze, twarzą na ekranie. Kiedy przyleci tu z Fobosa… hmm, trudno powiedzieć, co się wtedy zdarzy. Arkady miał przecież wiele przyjaciółek na Aresie, a Janet Blyleven poleciała nawet dla niego na Fobosa…

W czasie kąpieli znów wybuchły kłótnie. Ann, wysoka i koścista, w typowy dla siebie zgryźliwy sposób czyniła wyrzuty Saxowi Russellowi, niskiemu łagodnemu mężczyźnie. Jak zwykle sprawiał wrażenie, jakby jej w ogóle nie słuchał. Jeśli nadal będzie tak manifestacyjnie okazywał swoje lekceważenie, w końcu się doigra i Ann go uderzy. Dziwne, jak nagle i gwałtownie ich grupa się zmieniała, jak często zmieniały się nastroje ludzi. Nadia nie mogła za nimi nadążyć. Ale prawdziwa natura zespołu żyła jakimś własnym życiem, dziwnym i jakby całkowicie oderwanym od charakterów tworzących go jednostek. Michelowi jako ich duchowemu lekarzowi musiało być piekielnie trudno. Zawsze można z nim było porozmawiać; najbardziej dyskretny psychiatra, jakiego Nadia kiedykolwiek spotkała. Bez wątpienia świetny fachowiec, ale otaczał go tłum mądrali w ogóle nie wierzących w psychologię. Jak miał ich przekonać? Jak miał im pomóc? Współczuła mu, ale jednocześnie wciąż nie potrafiła mu zapomnieć, że nie odwiedził jej po wypadku.

Pewnego wieczoru wyszła z jadalni i ruszyła tunelem, łączącym komory mieszkalne z kompleksem farmerskim. Nagle na końcu podziemnej drogi zobaczyła Maję i Franka. Kłócili się zawzięcie, gwałtownie gestykulując. Nadia słyszała tylko gniewny ton, bo słowa zacierało echo korytarza. Zobaczyła ich twarze — wykrzywione wściekłością oblicze Franka i oszołomienie w zapłakanych oczach Mai. Nagle Maja odwróciła się, krzyknęła: “Nigdy tak nie było!”, a potem rzuciła się na oślep w kierunku Nadii. Twarz Franka zastygła w grymasie bólu. Maja dostrzegła stojącą z boku Nadię, ale przebiegła obok niej bez słowa.

Wstrząśnięta Nadia zawróciła do pomieszczeń mieszkalnych. Weszła na górę po schodach z marsjańskiego magnezu i dotarła do salonu w komorze drugiej, gdzie włączyła telewizor, aby obejrzeć fragmenty programu nadającego przez całą dobę wiadomości z Ziemi. Zdarzało jej się to bardzo rzadko, zresztą i tym razem po chwili ściszyła odbiornik i zapatrzyła się we wzór cegieł na wypukłym suficie. Nagle weszła Maja i od razu zaczęła się tłumaczyć: że nic nie było między nią i Frankiem, że to tylko jego urojenia, że on wciąż ją męczy wyrzutami, mimo że nigdy nie łączyło ich nic poważnego. Mówiła, że pragnie tylko Johna i że nie z jej winy John i Frank są teraz w takich złych stosunkach, i że wszystko przez to irracjonalne pożądanie Franka, i chociaż to nie jej wina, to jednak z jakiejś przyczyny czuje się winna, ponieważ ci dwaj byli kiedyś bliskimi przyjaciółmi, niemal jak bracia.

Nadia cierpliwie słuchała tego wszystkiego z udawanym zainteresowaniem, od czasu do czasu wtrącając “Da, da” albo “Rozumiem, tak, rozumiem”, aż wreszcie Maja położyła się na podłodze i rozpłakała. Nadia siedziała na brzegu krzesła, wpatrując się w nią i zastanawiając, ile z tego, co jej Maja powiedziała, jest prawdą. I o co tak naprawdę była ta kłótnia. Chyba jest kiepską przyjaciółką, skoro nie potrafi całkowicie uwierzyć słowom Mai. Miała wrażenie, że Maja próbuje się asekurować, że działa na dwie strony, że planuje jakąś kolejną manipulację. Doszła do wniosku, że kłótnia Franka i Mai w gruncie rzeczy właśnie tak wyglądała: dwie szalone twarze, które widziała w tunelu, świadczyły niezbicie o tym, że była to kłótnia kochanków. Nadia była prawie pewna, że wyjaśnienia Mai to oczywiste kłamstwa, więc na koniec powiedziała jej tylko parę zdawkowych słów pokrzepienia i poszła spać. “Już i tak zabrałaś mi zbyt wiele czasu i energii. Przez te twoje gierki byłam rozkojarzona, co kosztowało mnie palec, ty suko!” — pomyślała Nadia przed zaśnięciem.

Zaczął się nowy rok; czas mijał szybko, zbliżała się ku końcowi długa północna wiosna i wciąż mieli kłopoty z wodą, więc Ann postanowiła zorganizować ekspedycję na biegun, aby zbudować tam automatyczną destylarnię, wyznaczając jednocześnie szlak, po którym mogłyby jeździć bezzałogowe rovery.

— Przyłącz się do nas — zaproponowała Nadii. — Prócz obszaru między nami a Czarnobylem niczego jeszcze nie widziałaś, a wierz mi, jest co oglądać. Przegapiłaś Hebes i Ganges, a tutaj nie masz przecież teraz zbyt wiele do roboty. Zresztą, Nadiu, nie mogę uwierzyć, że jesteś takim cholernym wołem roboczym. Po co właściwie przyleciałaś na Marsa?

— Po co?

— Tak, po co? Widzisz, uprawiamy tutaj dwa rodzaje działalności: badania planety albo wspomaganie tych badań. Pogrążyłaś się całkowicie w tym drugim rodzaju prac i nie zwracasz najmniejszej uwagi na najważniejszą przyczynę, dla której w ogóle tu przylecieliśmy!

— Cóż, ja po prostu to właśnie lubię robić — niepewnie odparła Nadia.

— W porządku, ale spróbuj spojrzeć na to obiektywnie! Przecież, do cholery, równie dobrze mogłaś zostać na Ziemi i pracować jako hydraulik! Nie musiałaś przebyć całej tej drogi, aby obsługiwać jakiś pieprzony buldożer!!! Jak długo zamierzasz harować tutaj, instalując kible i programując traktory?!!