Выбрать главу

Tylko grzbiety najwyższych wydm nadal jeszcze oświetlało słońce; reszta świata stała się już tylko czarną plamą, poprzecinaną krótkimi pasami stalowych szarości. Horyzont znajdował się w odległości jakichś pięciu kilometrów.

Ann siedziała w kucki z garścią piasku w dłoni.

— Z czego to się składa? — spytała Nadia.

— Z ciemnych kryształków rozmaitych cząsteczek złożonych minerałów.

Nadia prychnęła.

— Sama bym na to wpadła.

— Nie, gdybyś nie weszła tutaj… Hmm, to są najwyraźniej drobiny miału połączone z różnymi solami. I okruchy skalne.

— Dlaczego jest taki czarny?

— Ma pochodzenie wulkaniczne. Widzisz, na Ziemi piasek składa się w większości z kwarcu, ponieważ jest tam sporo granitu. Mars natomiast nie ma go zbyt wiele. Te ziarenka to prawdopodobnie krzemiany wulkaniczne. Obsydian, krzemień, trochę granatu… Jest piękny, prawda?

Wyciągnęła dłoń pełną piasku, aby Nadia mogła lepiej się przyjrzeć. Oczywiście wszystko ze śmiertelną powagą. Nadia spojrzała na pył przez szklaną szybkę hełmu.

— Tak, bardzo — odrzekła zdawkowo.

Stały przez chwilę w milczeniu, obserwując zachód słońca. Ich cienie przesuwały się na prawo, ku wschodniemu horyzontowi. Niebo przybrało barwę ciemnoczerwoną, było mroczne i mętne, lekko jaśniejsze jedynie na zachodzie nad słoneczną kulą. Chmury, o których wspomniała Ann, tworzyły bardzo wysoko na niebie jaskrawożółte smugi. Coś w piasku połyskiwało w świetle, a wydmy stały się wyraźnie purpurowe. Słońce wyglądało jak mały złoty guzik, nad którym świeciły dwie wielkie gwiazdy wieczorne: Wenus i Ziemia.

— Ostatnio coraz bardziej się do siebie zbliżają — zauważyła miękko Ann. — Koniunkcja powinna być naprawdę olśniewająca.

Słońce dosięgnęło horyzontu, a szczyty wydm bladły, stawały się coraz bardziej widmowe. Po chwili mały słoneczny krążek zatopił się w czarnej linii na zachodzie. Niebo stało się teraz kopułą o barwie kasztanowej, a wysoko położone chmury przypominały różowe kępki leśnych mchów. Wszędzie rozbłyskiwały gwiazdy, a kasztanowy kolor nieba przeszedł teraz w żywy, ciemny, opalizujący fiolet, pogłębiony ciemną barwą wydm. Widok był niesamowity: jakby nad czarną równinę zaczęły nagle spływać smugi płynnego mroku. Nadia poczuła dziwny dreszcz, który wstrząsnął wszystkimi nerwami jej ciała, sunął po kręgosłupie, przebiegał po całej skórze. Policzki jej się zarumieniły. Zadrżała. To piękno naprawdę było wstrząsające! Zdumiała ją własna reakcja na urodę tego świata, a igiełki podniecenia, które przebiegały po jej ciele, tak bardzo kojarzyły się z seksem… Widok był piękny, niesamowity i… przeraźliwie obcy. Nadia uświadomiła sobie, że nigdy przedtem nie postrzegała w tak bezpośredni sposób natury tej planety, ani też nigdy naprawdę się nad nią nie zastanawiała. Dotąd żyła tu tak, jakby to była “nowa” Syberia, postrzegając wszystko przez pryzmat swojej przeszłości.

Teraz jednak po raz pierwszy stała na powierzchni skamieniałego czarnego oceanu pod wysokim fioletowym niebem i wszystko wydało jej się nowe i niepokojące. Nie znajdowała w pamięci nic, co choćby trochę przypominało ten świat; nagle cała pamiętana przeszłość zniknęła bezpowrotnie i Nadia bezmyślnie zawirowała radośnie, jak mała dziewczynka. Ogarnęło ją wspaniałe uczucie czegoś w rodzaju duchowej nieważkości, jakby każdy kilogram jej ciała przesączył się gdzieś do wnętrza jej psychiki, i wiedziała, że nie jest już pusta, wręcz przeciwnie — czuła, że wypełniają coś niezwykłego, była teraz pełna siły i zdecydowania, skupiona i zrównoważona. Jak mały, obracający się niby bąk myślący kamyk.

Ześlizgnęły się na butach po zboczu. Na dole Nadia z przejęciem uściskała Ann.

— Och, wprost nie wiem, jak ci za to dziękować. — Nawet przez dwie przyciemnione szybki hełmów dostrzegła szeroki uśmiech Ann. Jakże rzadki widok.

Od tej chwili wszystko się dla Nadii zmieniło. Och, wiedziała, że zmiany zaszły tylko w niej samej, że po prostu teraz patrzy na otoczenie z większą uwagą. I stało się tak z pewnością dzięki temu pejzażowi, to on narzucił jej tę nową dbałość o każdy drobiazg.

Następnego dnia opuścili czarne wydmy i pojechali dalej ku czemuś, co towarzyszący Nadii geolodzy nazywali terenem warstwowym albo łupkowym. Był to płaski piaszczysty rejon, który zimą przykrywała częściowo składająca się z dwutlenku węgla czapa polarna. Teraz, w środku lata, doskonale było widać lekko pofalowaną powierzchnię. Ekspedycja jechała po rozległych żyłach żółtego piasku, nad którymi ciągnęły się długie faliste płaskowyże. Ich zbocza miały układ schodkowy i tarasowy, warstwy układały się równo, ale miały nieregularne zarysy, przez co pagórki przypominały drewno, które zostało pocięte i pieczołowicie wypolerowane, aby ukazać piękno jego słojów. Żadne z nich nigdy nie widziało tak nieziemsko wyglądającego terenu, więc spędzali poranki pobierając próbki gleby i skalne okruchy. Kręcili się po okolicy, skacząc z miejsca w miejsce jak jakiś marsjański balet i przez cały czas przekrzykując się nawzajem, a Nadia była tak samo podekscytowana jak pozostali. Ann wyjaśniała jej, że każdej zimy mróz tworzy cieniutką warstewkę na powierzchni. Potem wiatr tnie łożyska tych “potoków” i kształtuje stoki, a każdy kolejny, wyższy pokład wcina się głębiej, aż ściany łożysk ułożą się w setki wąskich tarasów.

— Ta kraina wygląda jak mapa poziomicowa — zauważył Simon.

Przez kilka następnych dni co wieczór wysiadali z pojazdów. W purpurowym półmroku, który trwał niemal do północy, prowadzili wiercenia i docierali aż do podłoża, które było piaszczyste, zlodowaciałe i również składało się z następujących po sobie warstw. Pewnego wieczoru Nadia wspięła się wraz z Ann na łańcuch równoległych tarasów, jednym uchem słuchając geologicznych opowieści o precesji aphelium i peryhelium. Nagle obejrzała się za siebie, spojrzała na łożysko i zobaczyła, że jarzy się ono w wieczornym świetle jak cytryny i morele. Nad całym terenem zawisły bladozielone, soczewkowate chmury, które przypominały idealne krzywiki. Widok był naprawdę cudowny.

— Popatrz! — krzyknęła.

Ann na widok tego wspaniałego fenomenu marsjańskiej natury zamilkła z podziwu. Przez chwilę obserwowały nisko płynące chmury.

Z łazików zawiadomiono ich o kolacji, co wreszcie skłoniło obie kobiety do powrotu. Nadia schodząc po osobliwie ukształtowanych piaszczystych tarasach, uświadomiła sobie, że naprawdę zaszła w niej jakaś wewnętrzna przemiana… A może po prostu planeta stawała się coraz bardziej niesamowita i piękniejsza, im dalej podążali na północ. Najpewniej jednak prawdą było i jedno, i drugie.

Jechali przez płaskie tarasy żółtego piasku, tak drobnego i ubitego, że mogli pędzić z maksymalną prędkością, zwalniając tylko po to, by przy przejeździe z jednej łachy na następną zmienić bieg. Jedynie z rzadka sprawiały im nieco kłopotów koliste zbocza. Raz czy dwa musieli się nawet wycofywać i szukać innej drogi, ale na ogół szlak na północ był łatwy i przyjemny.

Czwartego dnia podróży po warstwowym terenie ściany płaskowyżu leżące po obu stronach płytkiego koryta, którym podążali, zaczęły się wyginać ku sobie i przez szczelinę łaziki wjechały na wyżej położoną płaszczyznę. Na horyzoncie ukazało się oczom podróżników białe wzgórze, wielka zaokrąglona góra, podobna do Ayers Rock. A białe wzgórze oznaczało przecież lód! Tak, to była ogromna góra lodu, wysoka na sto metrów i na kilometr szeroka, a kiedy ją objeżdżali, zauważyli, że ciągnie się aż po północny horyzont. Wzgórze stanowiło najwyraźniej czubek lodowca, prawdopodobnie jęzor czapy polarnej. W pozostałych pojazdach rozległy się krzyki i w zgiełku i zamieszaniu Nadia dosłyszała jedynie głos Phyllis, która wołała: