Выбрать главу

— Ależ tu jest wody! — po raz kolejny powiedziała Nadia. — Nigdy jej nie zużyjemy.

— To zależy — stwierdziła Ann z roztargnieniem, wkręcając mały świder w lód. Zaciemniona szybka jej hełmu obróciła się ku Nadii. — Jeśli zaczniemy terraformowanie, cała czapa zniknie jak rosa w gorący ranek. Odleci w powietrze i utworzy piękne chmury.

— Czy będzie aż tak źle? — spytała Nadia.

Ann tylko zmierzyła ją wzrokiem. Za przyciemnioną szybką jej oczy wyglądały jak dwa kulkowe łożyska.

Tego samego wieczoru przy kolacji Ann powiedziała:

— Sądzę, że powinniśmy wyprawić się na biegun.

Phyllis potrząsnęła głową.

— Nie mamy wystarczająco dużo jedzenia ani powietrza.

— Zadzwońmy do bazy po zrzut. Tym razem Edvard potrząsnął głową.

— Czapa polarna jest pocięta dolinami prawie tak głębokimi jak Borealis!

— To nieprawda — zareplikowała Ann. — Można do niej stosunkowo łatwo dojechać. Z góry faliste doliny wyglądają paskudnie, ale jedynie z powodu różnicy w albedo między wodą i dwutlenkiem węgla. W rzeczywistości zbocza nigdy nie pochylają się bardziej niż sześć stopni. To jest po prostu tylko trochę bardziej warstwowy teren, nic więcej.

— No dobrze, ale jak się dostaniemy na czapę? — spytał George.

— Dojedziemy do jednego z lodowych jęzorów. Posłuży nam jako rampa wiodąca w górę do głównego masywu, a kiedy już na nim będziemy, pojedziemy prosto na biegun!

— Nie ma sensu tam jechać — oświadczyła zdecydowanie Phyllis. — Na biegunie krajobraz jest dokładnie taki sam jak tutaj, tylko więcej lodu. Taka wyprawa oznacza dla nas jedynie większe ryzyko napromieniowania.

— A poza tym — dodał George — moglibyśmy przecież wykorzystać pozostałe zapasy jedzenia i powietrza, aby zbadać choćby niektóre miejsca, jakie minęliśmy po drodze tutaj.

A więc taki był ich punkt widzenia. Ann spojrzała na nich z wściekłością.

— To ja jestem szefem ekipy geologicznej — rzuciła ostro. Niestety była też bardzo kiepskim politykiem, zwłaszcza w porównaniu z Phyllis, która posiadała wielu wpływowych przyjaciół w Houston i Waszyngtonie.

— Nie ma żadnego geologicznego powodu, aby jechać na biegun — odcięła się natychmiast z uśmiechem Phyllis. — Powtarzam ci, że znajdziemy tam taki sam lód jak tu. Przyznaj się, że po prostu chcesz tam jechać i tyle.

— No i co z tego? — spytała napastliwie Ann. — Chcę i już! Nadal istnieją kwestie naukowe, które chciałabym rozwiązać. Uzyskać odpowiedzi na pewne pytania. Na przykład, jaki jest skład tamtejszego lodu, ile zawiera pyłu… Dokądkolwiek jedziemy, zbieramy cenne dane.

— Tak, ale zadaniem tej wyprawy jest zdobycie wody, a nie jakieś wygłupy.

— To nie są żadne wygłupy! — warknęła Ann. — Nie szukamy wody tylko po to, by zaspokoić nasze potrzeby. Potrzebujemy jej, by móc prowadzić dalsze badania, a nie odwrotnie! Nie możemy ot, tak po prostu spocząć na laurach! Nie możemy się wycofać! Aż trudno uwierzyć, jak wiele osób w tej kolonii tak postępuje!

— Zobaczmy, co powiedzą w bazie — wtrąciła się Nadia. — Może zechcą, żebyśmy wrócili i pomogli im tam przy jakichś przedsięwzięciach, a może nie będą mogli przysłać nam zrzutu, nigdy nic nie wiadomo.

Ann jęknęła.

— Czas już skończyć z tym ciągłym pytaniem o pozwolenie Narodów Zjednoczonych, to tylko wszystko komplikuje.

Miała rację. Frankowi i Mai oczywiście nie spodobał się pomysł, z kolei John był niby zainteresowany, ale jak zwykle odpowiedział wymijająco. Arkady poparł pomysł i zadeklarował się, że zrzuci z Fobosa zapasy, jeśli to będzie konieczne, ale w ogóle nie wziął pod uwagę strony praktycznej takiej operacji. Maja natomiast zadzwoniła w tej sprawie do Centrum Kontroli Wyprawy w Houston i na Bajkonur, co tylko podsyciło coraz gwałtowniejszą dyskusję. Hastings kategorycznie sprzeciwiło się planowi, ale Bajkonurowi i wielu towarzystwom naukowym przypadł on do gustu.

W końcu Ann udało się dostać do telefonu; jej ton był bardzo szorstki i arogancki, chociaż wyglądała na nieco przestraszoną.

— Jestem szefem ekipy geologicznej i twierdzę, że należy pojechać na biegun. Nie będziemy mieć lepszej sposobności, aby uzyskać dane na temat składu czapy polarnej w jej stanie pierwotnym. To jest kruchy system i każda, nawet najmniejsza zmiana w atmosferze może go poważnie naruszyć. A wy przecież planujecie już niebawem pewne posunięcia, czyż nie? Sax, ciągle pracujesz nad tymi wiatrakami grzewczymi?

Sax nie brał udziału w dyskusji i trzeba go było dopiero przywołać do telefonu.

— Jasne — odparł, kiedy powtórzono mu pytanie. On i Hiroko wystąpili z pomysłem zbudowania małych wiatraczków, które chcieli porozrzucać ze sterowców na całej planecie. Stałe wiatry zachodnie obracałyby wiatraki i pod wpływem wirowania w cewkach grzejnych u podstawy wiatraków miało powstawać ciepło, wypuszczane następnie prosto w atmosferę. Sax zaprojektował już automatyczną wytwórnię wiatraków; chciał ich wyprodukować tysiące. Wład zauważył przy tej okazji, że ceną za uzyskane ciepło będzie osłabienie siły wiatrów — nie można otrzymać czegoś za nic. Sax natychmiast odpowiedział, że uda im się przynajmniej w jakiś sposób wykorzystać potężne burze pyłowe, które wiatr czasami tu wywołuje. — Małe ciepełko za trochę wiaterku to chyba niezła wymiana, co?

— A więc milion wiatraków — wtrąciła Ann. — A to dopiero początek. Wspominałeś też coś o zrzuceniu czarnego pyłu na czapy polarne, prawda, Sax?

— To znacznie zagęściłoby atmosferę, na pewno szybciej niż jakiekolwiek inne możliwe w tej chwili działanie.

— Może, ale jeśli zrealizujecie ten pomysł — podsumowała Ann — czapy zostaną skazane na zagładę. Szybko wyparują, a wtedy spytamy: “Ciekawe jak wyglądały?” I nigdy się nie dowiemy.

— Czy masz dość zapasów i czasu? — spytał rzeczowo John.

— Zrzucimy ci zapasy — ponowił swoją ofertę Arkady.

— Mamy przed sobą jeszcze cztery miesiące lata — odparła krótko Ann.

— Ty po prostu chcesz pojechać na biegun! — rzucił Frank, powtarzając słowa Phyllis.

— I co z tego? — zdenerwowała się Ann. — Być może ty przyleciałeś tutaj, aby prowadzić jakieś polityczne gierki, ja jednak zamierzam przede wszystkim zobaczyć kawałek tego świata.

Nadia skrzywiła się z niezadowoleniem. Rozmowa się skończyła i Frank był wściekły, co nigdy nie wróżyło nic dobrego. Och, Ann, Ann…

Następnego dnia do dyskusji włączyli się ziemscy oficjele, co przesądziło sprawę: na Ziemi uznano, że rzeczywiście koloniści powinni pobrać próbki z polarnej czapy w stanie pierwotnym. Po zielonym świetle z bazy (obrażony Frank w ogóle nie podszedł do telefonu) Simon z Nadią natychmiast zaczęli wznosić radosne okrzyki:

— Na biegun północny! Jedziemy na biegun! Phyllis tylko potrząsnęła głową.

— Naprawdę was nie rozumiem. George, Edvard i ja zostajemy tutaj jako rezerwa. Przetestujemy w tym czasie pracę przetwórni lodu.

Ann, Nadia i Simon wsiedli w Trójkę, zjechali z powrotem na dno Chasma Borealis i tam skręcili na zachód, gdzie jeden z lodowców spływających z czapy utworzył idealną pochyłą rampę. Dzięki wzmocnieniu metalową siatką wielkie koła łazika miały przyczepność równą gąsienicom śnieżnego pługu, podróżnicy więc bez problemów powinni przejechać po rozmaitych powierzchniach czapy: po obszarach ziarnistego pyłu, po niskich wzgórkach twardego lodu, po polach oślepiającej bieli zmrożonego dwutlenku węgla i po cienkiej warstewce sublimującego wodnego lodu. Płytkie doliny falowały jedna za drugą ku biegunowi; niektóre były bardzo szerokie. Aby przebyć taką dolinę, badacze musieli zjechać po wyboistym stoku, który wyginał się na prawo i lewo aż po horyzont i cały pokryty był idealnie białym suchym lodem. Trwało to przez około dwadzieścia kilometrów, aż wreszcie cały świat wokół nich stał się jaskrawo biały.