— Cieszę się, że nas tu przywiozłaś — odezwała się Nadia. — Jest wspaniale.
— Przynajmniej ktoś jeszcze jest zadowolony — mruknęła Ann. Kiedy była zła albo rozgoryczona, jej głos stawał się monotonny i jakiś dziwnie daleki, jakby się nad czymś głęboko zastanawiała. — Niedługo już nie będzie tego świata.
— Jesteś pewna, Ann? Czapa ma tu pięć kilometrów głębokości, czy nie tak mówiłaś? Naprawdę sądzisz, że zniknie tylko dlatego, iż przykryje ją czarny pył?
Ann wzruszyła ramionami.
— Zależy, jak bardzo ją ogrzejemy, jak dużo jest w ogóle wody na planecie i ile wody z regolitu wypłynie na powierzchnię po ociepleniu atmosfery. Nie poznamy odpowiedzi na żadne z tych pytań, póki się to nie stanie. Jednakże podejrzewam, że ponieważ czapa jest pierwotną, najbardziej widoczną masą wodną, będzie najbardziej wrażliwa na wszelkie zmiany. Może wyparować niemal całkowicie, zanim ta część wiecznej zmarzliny stopnieje przynajmniej w połowie.
— Całkowicie?
— No, trochę lodu stworzy każda następna zima, to jasne, ale jeśli spojrzysz na zmarzlinę z perspektywy globalnej, ilość wody na niej okaże się wcale nie tak duża. To jest suchy świat, Nadiu, atmosfera jest tu bardzo jałowa. Przy Marsie Antarktyda wygląda jak dżungla o urodzajnej ziemi, a pamiętasz, jak to miejsce nas wykańczało. Kiedy temperatura odpowiednio się podniesie, lód wysublimuje w błyskawicznym tempie. Cała czapa przemieści się do atmosfery i ruszy na południe, gdzie będzie zamarzać w nocy. I, w efekcie, znów się rozdzieli mniej więcej równo nad całą planetę, po czym zamarznie w centymetrowej warstwie. — Skrzywiła się. — Nie, nie, mniej, przecież większość pozostanie w powietrzu.
— Ale potem, jeśli będzie cieplej, mróz zelżeje i spadnie deszcz. Powstaną tu rzeki i jeziora, prawda?
— O ile ciśnienie atmosferyczne okaże się wystarczająco wysokie. Powstanie wody na powierzchni zależy od ciśnienia powietrza tak samo jak od temperatury. Jeśli jedno i drugie wzrośnie, za dziesięć czy dwadzieścia lat będzie tutaj piasek.
— I wtedy znajdziemy niezłą kolekcję meteorytów — wtrąciła Nadia, chcąc pocieszyć towarzyszkę.
Nie pomogło. Ann zacisnęła usta, wyjrzała przez okno i potrząsnęła głową. Jej twarz często przybierała taki ponury wyraz. Nadia była pewna, że Mars nie jest jedyną przyczyną, że musi istnieć jeszcze inne wyjaśnienie tego głębokiego wewnętrznego smutku, który trawił Ann. Kraina Bessie Smith. Trudno było to pojąć. Kiedy Maja czuła się nieszczęśliwa, przypominała Ellę Fitzgerald śpiewającą bluesa — człowiek wiedział, że to tylko pozór, kolejna maska bogatej osobowości. Kiedy Ann była nieszczęśliwa, każdy, kto na nią spojrzał, cierpiał razem z nią.
Teraz wzięła półmisek z lasagną i odwróciła się, aby wstawić go do kuchenki mikrofalowej. Za nią połyskiwała pod czarnym niebem biała pustynia, świat na zewnątrz wyglądał jak negatyw fotograficzny. Zegar nagle wskazał 12:00:01.
Cztery dni później opuścili lodowe pustkowie i ruszyli w drogę powrotną do Phyllis, George’a i Edvarda. Przebyli wzniesienie i zatrzymali się. Na horyzoncie dostrzegli jakąś budowlę. Na płaskim skalistym dnie rozpadliny stała klasyczna grecka świątynia — sześć doryckich kolumn z białego marmuru wspierających owalny dach.
— Co to jest, do diabła?
Kiedy podjechali bliżej, zobaczyli, że kolumny zostały wykonane z wyciętych przez przetwórnię lodowych walców, ustawionych jeden na drugim. Owal służący za dach był ociosany dość nierówno.
— To pomysł George’a — wyjaśniła przez radio Phyllis.
— Zauważyłem, że te lodowe kloce mają podobną średnicę jak marmurowe greckie kolumny — dodał George, bardzo zadowolony z siebie. — Reszta była prosta. Przetwórnia sprawuje się idealnie, mieliśmy więc trochę czasu do zabicia.
— Prezentuje się wspaniale — zauważył Simon. Budowla wyglądała niczym fantastyczna senna wizja albo twór jakiejś obcej cywilizacji; w półmroku połyskiwała czerwonawo jak żywy organizm, jakby pod warstwą lodu płynęła krew. — Świątynia Aresa.
— Neptuna — poprawił go George. — Sądzę, że nie powinniśmy wzywać Aresa zbyt często.
— Zwłaszcza biorąc pod uwagę ciasnotę w bazie — dorzuciła Ann.
Podążali z powrotem na południe, a trasa wyznaczona przez ślady kół i transpondery rysowała się przed nimi daleko i wyraźnie jak asfaltowa szosa. Nawet bez komentarza Ann zauważyli, że ich podróż nabrała zupełnie innego charakteru. Nie badali już krainy nietkniętej ludzką stopą, krajobraz był teraz inny, rozdzielony na dwie części śladami kół i lekko zapylonymi zielonymi kadłubami urządzeń radiolokacyjnych. Wszystko to razem oznaczało “drogę”. Nie przemierzali już dzikiego kraju, wyznaczyli tu prawdziwy szlak. Mogli teraz pozostawiać kierowanie Trójki automatycznemu pilotowi i często tak właśnie robili.
Jechali więc z prędkością trzydziestu kilometrów na godzinę i w zasadzie nie mieli nic do roboty poza oglądaniem rozpołowionego pejzażu albo rozmowami, które nie zdarzały im się zbyt często, z wyjątkiem jednego poranka, kiedy wdali się w gorącą dyskusję na temat Franka Chalmersa. Ann twierdziła, że jest wyrachowany i przebiegły, Phyllis z kolei upierała się, że nie odbiega specjalnie od normy i postępuje jak wszyscy, którzy posiadają władzę. Nadia, przypomniawszy sobie swoje rozmowy z nim na temat Mai, pomyślała, że cała sprawa jest o wiele bardziej skomplikowana. Zaniepokoiły ją jednak poglądy Ann, tak otwarcie wypowiadane wobec Phyllis. Kiedy więc Phyllis wdała się w długą tyradę, rozwodząc się nad tym, jak to Frank “trzymał ich wszystkich w kupie” w ostatnich miesiącach lotu, jak nie dopuszczał do konfliktów i kolejnych podziałów, Nadia zerknęła na Ann, próbując dać jej wzrokiem do zrozumienia, że nie powinna mówić takich rzeczy w obecności Phyllis, która może to później wykorzystać przeciwko niej. Ann jednak albo jej nie zrozumiała, albo nie chciała zrozumieć.
Potem łazik zaczął nagle gwałtownie hamować i po chwili stanął. Nikt nie obserwował drogi i teraz wszyscy rzucili się nerwowo do frontowego okna.
Przed nimi leżała jakaś płaska biała płyta, tarasując drogę na przestrzeni prawie stu metrów.
— Co to jest? — krzyknął George.
— Nasza pompa zmarzlinowa — odparła Nadia wskazując palcem. — Musiała pęknąć!
— Albo zadziałała aż za dobrze! — wtrącił Simon. — To przecież wodny lód!
Przełączyli rover na sterowanie ręczne i podjechali bliżej. Zamarznięty wylew pokrywał drogę jak tafla białej lawy. Pospiesznie ubrali się w walkery i wysiedli.
— Mamy własne lodowisko — stwierdziła Nadia i podeszła do pompy. Zdjęła pokrywę ochronną i zajrzała do wnętrza. — No tak… uszkodzenie izolacji… Woda zamarzła właśnie tutaj i zacisnęła kurek na pozycji otwartej. Swoją drogą, jest tu niezły poziom ciśnienia. Woda płynęła tak długo, aż zamarzała w wystarczająco grubą warstwę, blokując pompę. Teraz wystarczy stuknąć młotkiem, a otrzymamy maleńki gejzerek.
Poszła do skrytki z narzędziami w podwoziu modułu i wyjęła kilof.
— Uwaga! — krzyknęła. Uderzyła w lód w miejsce, gdzie pompa łączyła się z wężem i w powietrze trysnął wysoki na metr strumień mętnej wody. — No, no! — Płyn bryznął na białą taflę lodu i pomimo intensywnego parowania jego część w ciągu kilku sekund zamarzła na powierzchni w kształcie białego kilkupłatkowego liścia. — Popatrzcie na to! — Otwór również zamarzł, więc strumień wody błyskawicznie opadł i buchnęła para.
— Spójrzcie, jak szybko zamarzła!