— Wygląda teraz jak krater rozbryzgowy — zauważyła Nadia z uśmiechem.
Widok był naprawdę piękny: najpierw tryskająca woda, a potem gwałtowna para podczas zamarzania.
Nadia odłupywała lód dokoła zamkniętego zaworu, podczas gdy Ann i Phyllis spierały się na temat przemieszczania się wiecznej zmarzliny, ilości wody znajdującej się na tej szerokości areograficznej i tak dalej. Można by pomyśleć, że te ciągłe kłótnie powinny się im już dawno znudzić, a jednak wciąż zaczynały od nowa. Najwyraźniej tak bardzo się nie znosiły, że nie potrafiły się powstrzymać. To była z pewnością ich ostatnia wspólna podróż. Nadia zresztą również nie miała już ochoty więcej podróżować z Phyllis, George’em i Edvardem, którzy wiecznie tryskali zadowoleniem z siebie, na każdym kroku manifestowali coś w rodzaju poczucia przynależności do kasty “wybrańców” i uważali, że wszystko wiedzą najlepiej. Ann z kolei skutecznie zrażała do siebie niemal wszystkich; jeśli się nie zmieni, zostanie zupełnie sama i nikt nie będzie chciał jej towarzyszyć w następnych wyprawach. Na przykład te uwagi na temat Franka — niewiarygodny szczyt głupoty: opowiadać Phyllis, jaki to straszny z niego człowiek.
Jeżeli Ann zrazi do siebie wszystkich poza Simonem, to nie będzie miała z kim rozmawiać w podróży, ponieważ Simon Frazier był najcichszym z całej setki osobnikiem. W czasie całej podróży wypowiedział może ze dwadzieścia zdań. To było niesamowite; jazda z nim przypominała podróż z głuchoniemym. Chociaż, kto wie, może rozmawiał z Ann, kiedy zostawali sami?
Nadia zamknęła zawór, a następnie całą pompę.
— Tam daleko na północy trzeba będzie zastosować grubszą izolację — powiedziała w przestrzeń, odnosząc narzędzia z powrotem do pojazdu.
Była już zmęczona nieustannymi złośliwymi uwagami i kłótniami; pragnęła wreszcie wrócić do bazy, do swojej zwykłej pracy. Chciała też porozmawiać z Arkadym. On jeden zawsze potrafił ją rozśmieszyć, a i ona, w jakiś naturalny sposób, wcale się specjalnie nie starając (właściwie nigdy się nie zastanawiała, jak to się dzieje) często prowokowała go do śmiechu.
Dołożyli kilka kloców wyciętych z lodowej tafli do pozostałych próbek i ustawili cztery kolejne transpondery, aby naprowadzić piloty automatów w pobliże wylewu.
— Może wyparować, prawda? — spytała Nadia.
Ann, całkowicie pogrążona w myślach, nie dosłyszała pytania.
— Tak, tak, tu jest naprawdę dużo wody — mruczała do siebie; w jej głosie wyczuwało się zmartwienie.
— Masz cholerną rację! — krzyknęła Phyllis. — Więc może teraz pojedziemy obejrzeć pokłady, które dostrzegliśmy na północnym krańcu Mareotis?
Im bliżej byli bazy, tym bardziej Ann stawała się milkliwa i wyobcowana; jej twarz niemal przez cały czas była napięta jak maska.
— O co chodzi? — spytała Nadia pewnego wieczoru, kiedy tuż przed zachodem słońca wyszły na zewnątrz, aby wymienić wadliwy transponder.
— Nie chcę wracać — odparła Ann. Klęczała przy samotnej skale, odłupując próbki. — Nie chcę, żeby ta wyprawa się skończyła. Chciałabym podróżować przez cały czas, w dół do kanionów, po wulkanicznych stożkach, po terenie chaotycznym i górach wokół Hellas. Pragnę, żeby ta podróż nie miała końca. — Westchnęła smutno. — Ale… jestem częścią zespołu. I muszę wleźć do nory razem ze wszystkimi.
— Czy rzeczywiście jest tak źle? — zapytała Nadia, myśląc o swoich pięknych podziemnych komorach z wypukłymi sufitami, o jacuzzi i o szklance wódki z lodem.
— Wiesz, że tak! Dwadzieścia cztery i pół godziny dziennie pod ziemią w tych klitkach, z Mają i Frankiem wiecznie gadającymi o polityce, z Arkadym i Phyllis walczącymi o każdy drobiazg… Dopiero teraz sobie to uświadomiłam, wierz mi… I do tego ciągle narzekający na wszystko George… i John z głową w chmurach, i Hiroko, która ma obsesję na punkcie swojego małego cesarstwa, podobnie jak Wład i Sax… Rety, co za ekipa!
— Nie są gorsi od innych. Ani gorsi, ani lepsi. Nie masz wyjścia, musisz z nimi współpracować. Nie możesz żyć tutaj w zupełnej samotności.
— Wiem, ale kiedy jestem w bazie, nie czuję się jak na Marsie. Równie dobrze mogłabym się znaleźć z powrotem na statku!
— Nie, nie, wcale tak nie myślisz — przerwała jej Nadia. — Zapominasz o czymś. — Kopnęła skałę, którą badała Ann i zaskoczona Ann podniosła oczy. — Możesz kopać skały, widzisz? Jesteśmy tutaj, Ann. Tutaj! Jesteśmy na Marsie, stoimy na nim. Każdego ranka możesz wyjść i biegać po powierzchni. I zorganizujesz jeszcze wiele ekspedycji badawczych, więcej niż ktokolwiek inny. Masz do tego prawo choćby dzięki stanowisku, które zajmujesz.
Ann w zamyśleniu spojrzała w bok.
— Czasami to dla mnie za mało.
Nadia popatrzyła na nią uważnie.
— Cóż, Ann, dobrze wiesz, że pod ziemią trzyma nas przede wszystkim promieniowanie. To, co mówisz, sugeruje w gruncie rzeczy, że chcesz, aby radiacja zniknęła. A to oznacza zgęszczenie atmosfery, to oznacza terraformowanie!
— Wiem. — Ann mówiła w takim napięciu, że w jej głosie nie pozostało ani śladu zwykłej rzeczowości. — Sądzisz, że o tym nie wiem?! — Wstała i pomachała młotkiem. — Tylko że to nie jest w porządku! To znaczy… widzisz, patrzę na tę krainę i naprawdę ją kocham. Chcę przebywać na zewnątrz, bez przerwy podróżować po powierzchni tej planety, badać ją, żyć na niej i uczyć się jej. Jednak kiedy to robię, zmieniam ją — niszczę ją, niszczę to, co kocham. Kiedy patrzę na tę drogę, którą stworzyliśmy, odczuwam prawdziwy ból! A nasza baza jest jak kopalnia odkrywkowa na środku pustyni nigdy, od samego początku świata nie tkniętej ludzką stopą. Jest taka brzydka, taka… Nie chcę robić takiej krzywdy całemu Marsowi, Nadiu, nie chcę. Wolałabym raczej umrzeć. Niech ta planeta pozostanie niezmieniona, zostawmy ją dziką i pozwólmy promieniowaniu robić, co chce. To i tak tylko kwestia statystyki, to znaczy… Jeśli radiacja zwiększy u mnie ryzyko zachorowania na raka od jednego do dziesięciu, to mam i tak dziewięć szans na dziesięć, że nie zachoruję!
— Tak, dla ciebie może dziewięć — wtrąciła Nadia. — Dla każdej jednostki. Ale dla całej grupy, dla nas wszystkich oznacza to nieodwracalne zmiany genetyczne, sama wiesz. Gdybyśmy przez cały czas przebywali na powierzchni, ten świat szybko by nas zniszczył. Nie możesz myśleć tylko o sobie.
— Tak, tak, jestem częścią zespołu — powtórzyła głucho Ann.
— Tak, jesteś.
— Wiem, wiem. — Westchnęła. — Wszyscy wciąż to powtarzamy. Będziemy kontynuować naszą pracę i uczynimy to miejsce bezpiecznym. Drogi, miasta, nowe niebo, nowa gleba. Aż Mars stanie się czymś w rodzaju Syberii albo Terytorium Północno- Zachodniego. Tylko że wtedy prawdziwy Mars zniknie, a my zostaniemy tu i będziemy się zastanawiać, dlaczego czujemy taką pustkę. Dlaczego, kiedy patrzymy na tę planetę, nie widzimy już niczego poza naszymi własnymi twarzami.
Sześćdziesiątego drugiego dnia wyprawy zobaczyli na południowym horyzoncie pióropusze dymu, pasma brązu, szarości, bieli i czerni pulsujące i mieszające się ze sobą oraz falującą chmurę w kształcie grzyba o nieco spłaszczonym kapeluszu. Obłok przesuwał się na wschód.
— Nareszcie w domu! — zawołała radośnie Phyllis.
Na wpół zasypane pyłem koleiny poprowadziły grupę w stronę dymu. Jechali przez strefę lądowania transportowców, przez ziemię poprzecinaną gmatwaniną śladów stóp, przez zadeptaną krainę ku jasnoczerwonym piaskom. Mijali rowy i kopce, doły i hałdy, aż w końcu zobaczyli wielkie, poszarpane wzgórze, na którym zbudowali swoje stałe osiedle. Wyglądało jak kwadrat ceglanej reduty, na której szczycie połyskiwało coś nowego — srebrzący się w słońcu układ magnezowych belek. Widok ten wzbudził niezwykłe zainteresowanie Nadii, ale by dotrzeć do osady, musieli jeszcze pokonać kilka tysięcy metrów krainy, której nie sposób było nie zauważyć: był to świat wszelkiego typu metalowego złomu, kraina lejów i wyrw. Mijali też parking ciągników i dźwigów, składowisko części zapasowych, wysypisko śmieci i najprzeróżniejszych odpadów przemysłowych, sektor wiatraków i płytek słonecznych baterii. Były tam wieże wodne, betonowe drogi prowadzące na wschód, zachód i południe, kondensatory atmosferyczne, niskie budynki kwater alchemików, których kominy wyrzucały widoczne z dużej odległości pióropusze dymu. Gdzieniegdzie zalegały stosy potłuczonego szkła, hałdy szarego żwiru, obok cementowni wznosiły się ogromne kopce surowego regolitu, a małe sterty tej marsjańskiej ziemi były niemal wszędzie. Całość przypominała bałaganiarskie, funkcjonalne i potwornie brzydkie Wanino, Usman czy jakieś inne miasto sowieckiego przemysłu ciężkiego na Uralu albo jakuckie kopalnie.