Выбрать главу

Jechali dobre pięć kilometrów przez ten spustoszony kraj, a kiedy dotarli do celu, Nadia nie miała odwagi podnieść oczu na Ann, która siedziała obok niej w milczeniu, płonąc z oburzenia i obrzydzenia. Nadia była zbyt zszokowana i zaskoczona zmianą, która zaszła w niej samej, by się w ogóle odezwać; wszystko, co tu widziała, przed wyprawą wydawało jej się idealnie normalne, w gruncie rzeczy nawet jej się podobało. Teraz czuła tylko niesmak i obawiała się, że Ann może jakoś gwałtownie zareagować, zwłaszcza gdyby Phyllis wyrwała się z jakąś głupią uwagą. Phyllis na szczęście również milczała i mała grupka wjechała na parking ciągników przy północnym garażu. Wyprawa dobiegła końca.

Wysiedli z roverów i jedno po drugim przeszli przez właz. Natychmiast otoczyły ich tłumnie znajome twarze: Maja, Frank, Michel, Sax, John, Ursula, Spencer, Hiroko i cała reszta. Witali ich serdecznie niczym bracia i siostry, ale było ich tak wielu, że Nadia poczuła się nagle przytłoczona, skuliła się w sobie jak anemon pod wpływem dotyku i nie mogła wydobyć głosu. Czuła, że coś jej się wymyka, chciała to jeszcze rozpaczliwie pochwycić, rozejrzała się za Ann i Simonem, ale porwała ich już kolejna grupka; teraz stali wśród nich i wydawali się podobnie jak Nadia oszołomieni. Ann zastygła nieruchomo z nieodgadnionym wyrazem na twarzy, przybierając typową dla siebie maskę pozornego spokoju.

Phyllis natomiast trajkotała radośnie, opowiadając przyjaciołom historię wycieczki.

— To jest piękne, naprawdę spektakularne, słońce świeciło przez cały czas i tam naprawdę jest lód, wiemy jak uzyskać duże ilości wody, Mars wygląda jak Arktyka, kiedy się jest na tej czapie polarnej…

— Znaleźliście może fosfor? — spytała Hiroko.

Cudownie było zobaczyć twarz Japonki niepokojącej się o fosfor dla jej roślinek. Ann odparła, że odkryła osady siarczanów w lekkiej glebie wokół kraterów Acidalii, poszły więc zobaczyć próbki. Nadia podążyła za innymi podziemnym betonowym przejściem do stałego osiedla, marząc o prawdziwym prysznicu i świeżych warzywach, jednym uchem słuchając Mai, przekazującej jej najnowsze wieści. Była w domu.

Wróciła do swojej pracy. Tak jak przed wyjazdem miała jej masę, czekała na nią istna lawina zajęć, nie kończąca się lista rzeczy do zrobienia i nigdy dosyć czasu, ponieważ jeśli nawet niektóre zadania pochłaniały go — dzięki robotom — dużo mniej niż oczekiwała, inne znowu zabierały go o wiele więcej. I żadna z tych nowych prac, choćby były nie wiadomo jak bardzo interesujące w sensie technicznym, nie dawała już Nadii tej samej radości, co budowanie pomieszczeń o wypukłych sklepieniach.

Jeśli chcieli wykorzystać do czegoś główny plac pod kopułą, musieli położyć na nim fundament, złożony z regularnych warstw, żwir, beton, żwir, włókno szklane, regolit i w końcu oczyszczona ziemia. Samą kopułę trzeba by wykonać z podwójnych szyb grubego, hartowanego szkła, aby utrzymać odpowiednie ciśnienie i zatrzymać promienie ultrafioletowe oraz wystarczająco duży procent promieniowania kosmicznego. Po skończeniu kopuły planowali urządzić pod nią ogrodowe atrium o powierzchni dziesięciu tysięcy metrów kwadratowych. Pomysł uznano za dość ciekawy i wszystkim się spodobał.

Jednak kiedy Nadia zajęła się kolejnymi aspektami budowy, złapała się na tym, że błądzi gdzieś daleko myślami, a żołądek ma skurczony. Maja i Frank już nie rozmawiali na tematy zawodowe, co oznaczało, że ich prywatne kontakty są naprawdę złe. Frank chyba nie chciał również rozmawiać z Johnem, a to było wprost żenujące. Przerwany romans między Saszą i Jelim wywołał wybuch czegoś w rodzaju wojny domowej wśród ich przyjaciół, z kolei Iwao, Paul, Ellen, Rya, Gene, Jewgienia i reszta ekipy Hiroko, może w odpowiedzi na te wszystkie kłótnie i niesnaski, wraz ze swoją szefową spędzali każdy dzień w budowanym atrium albo w oranżeriach, żyjąc tam razem i separując się od świata jeszcze bardziej niż dotąd. Włada, Ursulę i resztę zespołu medycznego całkowicie pochłonęły badania eksperymentalne, w związku z czym niemal zupełnie zarzucili stałą kontrolę kliniczną kolonistów, co doprowadzało Franka do wściekłości, genetycy natomiast spędzali cały swój czas na parkingu przyczep przekształconym w laboratoria.

W dodatku Michel zachowywał się tak, jakby nic złego się nie działo, jakby to nie on był jedynym psychologiem kolonii. Spędzał masę czasu przed telewizorem i oglądał francuski program, a kiedy Nadia spytała go o konflikt między Frankiem i Johnem, w odpowiedzi tylko obrzucił ją obojętnym, pustym spojrzeniem.

Byli na Marsie już od czterystu dwudziestu dni i pierwsze chwile uniesienia bezpowrotnie minęły. Przestali się zbierać każdego wieczoru, aby zrobić plan pracy na następny dzień czy omówić aktualne przedsięwzięcia i wątpliwości.

— Jesteśmy zbyt zapracowani — odpowiadali ludzie, gdy Nadia się dopytywała.

— Cóż, wiesz, to jest zbyt zawikłane, aby dało się opowiedzieć. Zresztą, śmiertelnie byś się znudziła. Mnie samego to usypia.

I tak dalej.

Nadia często, czasem w najmniej odpowiednich chwilach mimo woli przywoływała w wyobraźni obraz czarnych wydm, białego lodu, sylwetek rysujących się na tle rozświetlonego zachodzącym słońcem nieba. Przenikał ją wtedy zawsze dziwny dreszcz i z westchnieniem otrząsała się z tych wspomnień. Ann zorganizowała już kolejną wyprawę i odjechała, tym razem na południe, by zwiedzić najdalej na północ wysunięte tereny wielkiej Valles Marineris, gdzie podobno można było zobaczyć zupełnie nieprawdopodobne cuda. Nadia była niezbędna w bazie, więc i tak nie mogła pojechać z Ann do kanionów. Do tego jeszcze Maja nieustannie zrzędziła, że Ann tak często wyjeżdża.

— To jasne, że między nią a Simonem coś się zaczęło i właśnie sobie spędzają w najlepsze miesiąc miodowy, podczas gdy my tutaj harujemy.

W taki sposób Maja patrzyła na wszystko, z tym kojarzyło jej się szczęście, zwłaszcza że głos Ann w słuchawce rzeczywiście przepełniony był radością. Ann była z dala od grupy i Nadia wiedziała, że to jej zupełnie wystarcza do szczęścia. A jeśli ona i Simon naprawdę nawiązali romans, byłby to zupełnie naturalny drugi powód do radości. Nadia miała nadzieję, że rzeczywiście zostali parą, wiedziała bowiem, że Simon kocha Ann, a wyczuwała w niej ogromną, bezgraniczną samotność, przeraźliwą potrzebę bliskości drugiego człowieka. Ach, gdyby tylko mogła znowu do nich dołączyć!

Niestety, musiała tkwić w bazie. Rzuciła się więc w wir pracy; kierowała ekipami pracowników, obchodziła tereny budów i zrzędziła na niestaranną robotę. Podczas podróży odzyskała nieco władzy w okaleczonej ręce, toteż znowu mogła prowadzić ciągniki i buldożery. Spędzała długie dni, operując maszynami, ale nic nie było już takie samo jak przed wyprawą.