— Cóż — odparł Sax — tymczasem nasze życie, które z pewnością istnieje, jest narażone codziennie na niezwykle wysoką radiację. Jeśli nie zrobimy czegoś, aby ją zmniejszyć, prawdopodobnie nie przeżyjemy tu zbyt długo. Potrzebujemy gęstszej atmosfery, aby zatrzymała przynajmniej część promieniowania.
Nie była to wprawdzie odpowiedź na zastrzeżenia Ann, ale Sax wiedział, że jest to najpoważniejszy argument przemawiający za terraformowaniem. Miliony ludzi na Ziemi chciało przylecieć na Marsa, do tego nowego Dzikiego Zachodu, gdzie życie znowu było przygodą; zarówno prawdziwe, jak i fałszywe listy kandydatów czekających na emigrację krążyły wśród ludzi i wydłużały się z dnia na dzień. Nikt jednak nie chciał mieszkać w świecie, w którym nie było ucieczki przed mutagennym promieniowaniem i prawdziwa chęć uczynienia planety bezpieczną dla istot ludzkich była u większości osób silniejsza niż pragnienie ochrony i zachowania w stanie niezmienionym martwego świata czy też obrony hipotetycznego życia. Zwłaszcza że całe setki naukowych autorytetów zapewniały, iż w ogóle nie może ono istnieć na Marsie.
Wyglądało więc na to, że mimo zalecanej przez wielu roztropności terraformowanie prędzej czy później się rozpocznie. W celu podjęcia ostatecznej decyzji zebrał się również wyznaczony do tych spraw podkomitet UNOMY, a na Ziemi zaczął się upowszechniać pogląd, że przekształcanie Czerwonej Planety jest po prostu kolejnym krokiem w nieuniknionym postępie, częścią naturalnego porządku rzeczy. Oczywistym przeznaczeniem.
Na Marsie jednakże temat ten był ważniejszy i pilniejszy, stanowił nie tyle dylemat filozoficzny, co kwestię przeżycia. Tutaj rzeczywistym problemem było trujące lodowate powietrze i przyjmowane codziennie przez ludzi potężne dawki promieniowania. Sporo nastawionych przychylnie do terraformowania kolonistów zgromadziło się wokół Saxa i była to grupa najbardziej radykalna — nie tylko chciała przekształcać planetę, ale w dodatku pragnęła zacząć te działania tak szybko, jak to tylko możliwe. Nikt nie był pewien, co to oznacza w praktyce, szacowano, że czas potrzebny na stworzenie “środowiska odpowiedniego dla istot ludzkich” może się kształtować od stu lat do dziesięciu tysięcy (opinie najbardziej krańcowe to trzydzieści lat według Phyllis i sto tysięcy lat zdaniem Iwao).
— Bóg dał nam tę planetę, abyśmy stworzyli tu nowy Eden — powtarzała często Phyllis, na co Simon odpowiadał:
— Jeśli wieczna zmarzlina się stopi, będziemy mieszkać w zrujnowanym świecie i wielu z nas zginie.
Wysuwano argumenty niemal z wszystkich dziedzin nauki: rozprawiano o stopniu zasolenia, procencie nadtlenków i poziomie promieniowania, o wyglądzie powierzchni, o możliwych śmiertelnych mutacjach genetycznie stwarzanych mikroorganizmów, i tak dalej niemal bez końca.
— Możemy próbować modelować Marsa — twierdził Sax — ale tak naprawdę nigdy nam się nie uda wymodelować go właściwie. Planeta jest zbyt duża i istnieje tu zbyt wiele czynników, przy czym o wielu z nich nie mamy najmniejszego pojęcia. Ale to, czego się nauczymy podczas naszych prób, przyda się potem przy kontrolowaniu klimatu Ziemi, pomoże uniknąć globalnego ocieplenia albo przyszłej ery lodowcowej. To jest eksperyment zakrojony na wielką skalę. Będzie trwał nieprzerwanie, a wyniku nikt nie potrafi przewidzieć aż do końca. Ale taka jest nauka.
Ludzie kiwali na to głowami.
Arkady jak zawsze rozważał problem z politycznego punktu widzenia.
— Nigdy nie staniemy się samowystarczalni, jeśli nie rozpoczniemy przekształcania planety — zauważył kiedyś. — Potrzebujemy terraformowania, aby uczynić ten świat absolutnie naszym, aby mieć materialną podstawę do niezależności politycznej.
Na tego rodzaju stwierdzenia słuchacze przeważnie odpowiadali grymasami zniechęcenia, ale z wypowiedzi Saxa i Arkadego można było wywnioskować, że ci dwaj są swego rodzaju cichymi sojusznikami, a razem stanowili naprawdę potężną siłę. Na nowo więc wybuchały spory, i tak bez końca.
Underhill było już prawie ukończone; stało się żywą i na ogół samowystarczalną osadą. Koloniści mogli teraz zrobić następny krok, musieli tylko zdecydować, jaki ma on być. Większość chciała terraformować planetę. Padało sporo propozycji co do tego, w jaki sposób rozpocząć proces, każda opinia miała swoich zwolenników, zwykle wśród ewentualnych wykonawców. Terraformowanie było koncepcją tak bardzo pociągającą również i dlatego, że każda dyscyplina nauki mogła się w jakiś sposób przyczynić do całego przedsięwzięcia. Zapewne między innymi i z tego powodu miało tak szerokie poparcie. Alchemicy dyskutowali o fizycznych i mechanicznych sposobach ogrzania atmosfery, klimatolodzy rozważali możliwości wpływania na pogodę, ekipa biosferyczna tworzyła teorie testowania układów ekologicznych, a biotechnolodzy już pracowali nad stworzeniem nowych mikroorganizmów: zmieniali, mutowali i rekombinowali geny z glonów, metanogenów, cyjanobakterii i porostów, próbując wyhodować organizmy zdolne przeżyć na obecnej powierzchni Marsa albo pod nią. Kiedy pewnego dnia zaprosili Arkadego, aby mu pokazać, co robią, Nadia postanowiła pójść razem z nim.
W tak zwanych “marsjańskich słojach”, czyli zbiornikach, w których sztucznie wytworzono tutejsze środowisko naturalne, znajdowało się kilka prototypowych GEM-ów. Ten angielski skrót oznaczał organizmy przystosowywane za pomocą inżynierii genetycznej do życia, w tym przypadku do życia na Marsie. Największym “słojem” był jeden ze starych kesonów stojących na parkingu przyczep. Otworzyli go, narzucili na dno regolitu i znów zaplombowali. Pracowali wewnątrz niego metodą teleoperacji i z następnej przyczepy oglądali na ekranach rezultaty swoich działań. Przyrządy pomiarowe nieprzerwanie rejestrowały dane, a ekrany wideo pokazywały, co się dzieje w środku. Arkady z uwagą obejrzał po kolei każdy ekran, nie było zbyt wiele do oglądania: znajdowały się tu jedynie pierwsze kwatery kolonistów pokryte plastikowymi sześcianikami wypełnionymi czerwoną ziemią oraz ramiona robotów, których podstawy zgromadzono przy ścianach. W kilku miejscach na glebie widoczne było błękitnawe narośle.
— To jest nasze największe dotychczasowe osiągnięcie — oznajmił Wład. — Ale wciąż nie jest do końca areofiliczne. — Geny organizmów selekcjonowali według licznych skrajnych właściwości, między innymi wytrzymałości na zimno, braku zapotrzebowania na wodę, odporności na promieniowanie ultrafioletowe, tolerancji na sole, niewielkiego zapotrzebowania na tlen, przystosowania do środowiska skalnego albo glebowego. Żaden pojedynczy ziemski organizm nie posiadał tych wszystkich cech razem, a te, które miały ich większość, zwykle bardzo powoli się rozwijały. Genetycy rozpoczęli jednak działania, które Wład nazywał programem “mieszania i doboru”, i ostatnio udało im się wyhodować pewną odmianę cyjanofitu, nazywanego nowym rodzajem sinicy. — Nie rośnie zbyt prędko, ale też szybko nie umiera, więc to już coś. — Nazwali go areophyte primares, ale pospolicie określany był jako glon z Underhill. Teraz chcieli poznać opinie specjalistów na jego temat i w związku z tym przygotowali próbkę, którą zamierzali przesłać UNOMA.
Nadia zauważyła, że Arkady opuszczał park maszynowy niezwykle podniecony wizytą, a wieczorem oznajmił przy kolacji:
— Powinniśmy sami podjąć decyzję i jeśli większość opowie się za terraformowaniem, zacząć działać.
Maja i Frank natychmiast się obrazili i, rzecz jasna, większość pozostałych również poczuła się nieswojo. Maja koniecznie chciała zmienić temat i sytuacja zrobiła się niezręczna. Następnego ranka wraz z Frankiem przyszła do Nadii, aby porozmawiać o Arkadym. Jak się okazało, oboje z Frankiem poprzedniego dnia późnym wieczorem próbowali już z nim poważnie pomówić.