— Roześmiał nam się w twarz! — krzyknęła Maja. — Wszystkie próby przekonania go spełzły na niczym!
— To, co Arkady proponuje, może się okazać bardzo niebezpieczne — oświadczył Frank. — Jeśli otwarcie zlekceważymy instrukcję ONZ, niewykluczone, że mogą nawet przysłać tu kogoś, aby zabrał naszą grupę i odesłał ją do domu, a potem zastąpią nas ludźmi, którzy będą przestrzegali prawa… Rozumiesz, chodzi mi o to, że skażenie biologiczne tego środowiska jest w tej chwili po prostu nielegalne i nie mamy prawa tego ignorować. Tak stanowi międzynarodowy traktat, który wyraża opinię całej ludzkości na temat tej planety.
— Możesz z nim o tym pogadać? — spytała Maja.
— Mogę — odparła Nadia. — Ale wątpię, czy to coś da.
— Proszę cię, Nadiu, przynajmniej spróbuj. Mamy dosyć problemów i bez tego.
— Spróbuję, pewnie.
Jeszcze tego popołudnia Nadia odbyła rozmowę z Arkadym. Znajdowali się akurat na Drodze Czarnobylskiej i wracali do Underhill. Nadia poruszyła subtelnie ten temat i zasugerowała, że dobrze byłoby cierpliwie poczekać.
— To tylko kwestia czasu, a Narody Zjednoczone i tak przychylą się do twojego poglądu — dodała.
Zatrzymał się i podniósł jej kaleką rękę.
— Jak dużo czasu mamy twoim zdaniem? — spytał. Wskazał na zachodzące słońce. — Jak długo proponujesz czekać? Na nasze wnuki? Nasze praprawnuki? Nasze prapraprawnuki, ślepe jak jaskiniowe ryby?
— Daj spokój — odparła Nadia, uwalniając rękę — ty rybo jaskiniowa.
Arkady roześmiał się.
— Ale moje pytanie było poważne. Nie mamy przed sobą wieczności i byłoby miło samemu zobaczyć pierwsze zmiany.
— Nawet jeśli tak, dlaczego nie poczekać jeszcze rok?
— Ziemski czy marsjański?
— Marsjański. Zróbmy pomiary, obserwujmy wszystkie pory roku jedną po drugiej… Daj Organizacji czas do namysłu.
— Nie potrzebujemy pomiarów, robiono je tu od lat.
— Rozmawiałeś o tym z Ann?
— Nie. No… w pewnym sensie. Ona się nie zgadza.
— Wiele osób jest przeciwnych. Może w końcu się zgodzą, ale będziesz musiał jakoś ich przekonać. Nie możesz po prostu machnąć ręką na głosy sprzeciwu, bo wtedy okażesz się tak samo podły jak ludzie na Ziemi, których zawsze krytykujesz.
Arkady westchnął ciężko.
— Taa…
— No co, nie mam racji?
— Wy cholerni liberałowie.
— Nie wiesz nawet, co to słowo oznacza.
— Oznacza, że masz zbyt miękkie serce, aby kiedykolwiek naprawdę coś zrobić!
Przed nimi znajdował się niski kopiec Underhill. Wyglądał jak świeżo powstały kwadratowy krater, z którego dopiero co na wszystkie strony wypłynęła lawa. Nadia wskazała na widoczną hałdę.
— To moje dzieło. Ty cholerny radykale… — dźgnęła go mocno łokciem w żebra — …nienawidzisz liberalizmu, ponieważ on działa.
Arkady prychnął.
— Ależ tak, działa — zaperzyła się Nadia. — Przynosi efekty, po jakimś czasie, dzięki ciężkiej pracy, bez fajerwerków, bez teatralnych zachowań, ale i bez krzywdy ludzkiej. Bez waszych rewolucji seksualnych oraz całego tego bólu i nienawiści, jakie ze sobą niosą. Dla mnie liczy się tylko to!
— Och, Nadiu. — Arkady otoczył ją ramieniem i znowu ruszyli w kierunku bazy. — Ziemia jest światem idealnie liberalnym. Ale połowa tego świata głoduje i zawsze będzie głodować. Bardzo liberalnie, nie sądzisz?
A jednak Nadii najwyraźniej udało się przekonać Arkadego. Już nie domagał się podjęcia jednostronnej decyzji, aby wypuścić nowe GEM-y na powierzchnię Marsa, i poprzestał na propagowaniu swojego programu upiększania świata, spędzając wiele czasu u alchemików, gdzie wraz z nimi próbował wytwarzać kolorowe cegły i szkło. Nadia spotykała się z nim niemal codziennie przed śniadaniem na porannym pływaniu; wspólnie z Johnem i Mają zajmowali tor w płytkim basenie, który wypełniał w całości jedną z podziemnych komór, i odbywali dziarski i wesoły trening, przepływając tysiąc albo dwa tysiące metrów. John prowadził w sprincie, Maja była dobra na dłuższe dystanse, a Nadia podążała za nimi, ponieważ okaleczona ręka znacznie ograniczała jej swobodę ruchów. Pływali, popatrując przez okulary na betonowe dno w kolorze nieba, niczym stadko delfinów pozostawiając za sobą spienioną, pluskającą wodę.
— Motylek jest wręcz stworzony dla tej grawitacji — zauważył John z uśmiechem, mając na myśli styl, w którym mogli niemal ślizgać się po powierzchni wody.
Śniadania po tych ćwiczeniach były przyjemne, ale zawsze wydawały się za krótkie, a potem na resztę dnia rzucali się w zwykły kołowrót pracy i Nadia rzadko widywała Arkadego aż do wieczora przy kolacji lub jeszcze później.
Pewnego dnia Sax, Spencer i Rya skończyli budowę automatycznej wytwórni wiatraków grzejnych Saxa i chcąc przetestować ich działanie zwrócili się do UNOMY z prośbą o wydanie zgody na rozmieszczenie tysiąca takich urządzeń w pobliżu równika. Ta liczba wiatraków powinna dodać jakieś dwa razy więcej ciepła do atmosfery, niż dawał Czarnobyl. Pojawiło się pytanie, czy będą w stanie odróżnić to dodatkowe ciepło od istniejących wahań sezonowych, ale jak oznajmił Sax, nie dowiedzą się tego, póki nie spróbują.
Oczywiście, natychmiast rozgorzała na nowo kłótnia na temat terraformowania. Ann zareagowała nadspodziewanie gwałtownie, nagrała na taśmę długą wypowiedź i wysłała ją do członków komitetu wykonawczego UNOMY oraz do narodowych biur do spraw Marsa wszystkich państw, które były aktualnie w komitecie, i w końcu do Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Jej wystąpienie wywołało gorącą dyskusję, od wszelkich możliwych kręgów politycznych aż po prasę brukową i telewizję; media potraktowały je jako najnowszy odcinek “czerwonej” opery mydlanej. Ann nagrała i wysłała swoją wiadomość w tajemnicy przed wszystkimi, więc koloniści dowiedzieli się o niej dopiero wtedy, gdy jej fragmenty zostały pokazane w ziemskiej telewizji. W następnych dniach zajęto się oświadczeniem Ann niemalże na całej Ziemi: zwołano nadzwyczajne posiedzenia rządów, konferencja w Waszyngtonie przyciągnęła dwadzieścia tysięcy osób, napisano i wydano całe mnóstwo fachowych broszur i artykułów, a we wszystkich telewizyjnych programach naukowych pojawiły się komentarze. Nieco szokująca była siła tych reakcji i niektórym kolonistom nie spodobało się, że Ann działa za ich plecami. Phyllis poczuła się nawet osobiście urażona.
— Poza wszystkim, to nie ma sensu — oświadczył Sax, jak zwykle po swojemu mrugając gwałtownie oczyma. — Czarnobyl już wypuszcza w atmosferę prawie tak samo dużo ciepła jak wiatraki, a ona jakoś dotąd na to nie narzekała.
— Ależ narzekała — odparła Nadia. — Po prostu nikt jej nie słuchał.
W komitecie UNOMA nadal kontynuowano dyskusję, a jednocześnie na Marsie tego dnia po kolacji grupa praktycznie nastawionych naukowców postanowiła szczerze porozmawiać z Ann. Wielu innych kolonistów przyszło tam również; chcieli być świadkami tej konfrontacji. Główna jadalnia Underhill zajmowała cztery komory, których ścianki działowe zostały usunięte i zastąpione filarami nośnymi, było to więc spore pomieszczenie wypełnione dziesiątkami krzeseł i roślinami w donicach. W powietrzu fruwali potomkowie ptaków z Aresa, a ostatnio sala również się rozjaśniła, ponieważ na całej północnej ścianie wykuto okna, które dawały widok na parterowe atrium zapchane najrozmaitszą roślinnością. Pomieszczenie było dość obszerne i przynajmniej połowa kolonistów akurat jadła kolację, kiedy rozpoczęło się spotkanie.