Plan polegał na tym, aby opuszczać je ze sterowców. Arkady natychmiast się zgłosił do pilotowania, traktując to jako coś w rodzaju nagrody za swoją pracę na Fobosie. Maja i Frank bynajmniej nie poczuli się nieszczęśliwi na myśl, że dzięki temu Arkady może zniknąć z Underhill na następny miesiąc albo dwa, więc natychmiast przydzielili mu maszynę. Miał podryfować na wschód, wykorzystując wiatry dominujące, co jakiś czas obniżać lot i umieszczać wiatraki w korytach kanałów i na zewnętrznych ścianach kraterów, ponieważ w tych miejscach często wiały silne wichury. Nadia po raz pierwszy usłyszała o tej wyprawie, dopiero kiedy Arkady przybiegł ją zawiadomić.
— Brzmi nieźle — odrzekła.
— Chcesz mi towarzyszyć? — spytał.
— Dlaczego nie — szepnęła. Utracony palec zapiekł.
Sterowiec, którym polecieli, był największym, jaki kiedykolwiek zbudowano; specjalnie zaprojektowany na potrzeby ich planety model skonstruowały niemieckie zakłady Friedrichshafen Nach Einmal w 2029 roku i dopiero co przysłano go na Marsa. Nazywał się “Grot Strzały”, miał skrzydła o rozpiętości stu dwudziestu metrów, sto metrów długości oraz czterdzieści metrów wysokości. Wewnętrzny szkielet kadłuba wykonany został z jakiegoś ultralekkiego materiału, a przy końcu każdego skrzydła i pod gondolą znajdowały się turbośmigła napędzane małymi plastikowymi silnikami, którym energii dostarczały baterie słoneczne umieszczone nad górną powierzchnią powłoki.
Gondola w kształcie ołówka rozciągała się niemal na całą długość maszyny, ale w środku było o wiele mniej miejsca niż Nadia się spodziewała, ponieważ sporą część pomieszczenia wypełniał w tej chwili ładunek wiatraków. W chwili startu Arkady i Nadia mieli do dyspozycji jedynie kabinę pilota, dwa wąskie łóżka, maleńką kuchenkę, jeszcze mniejszą toaletę i wąziutki korytarzyk łączący wszystkie pomieszczenia. Było dość ciasno, ale na szczęście obie burty gondoli zaopatrzono w okna, które mimo częściowego zatarasowania przez wiatraki i tak dawały im sporo światła i nie najgorszą widoczność.
Start odbywał się bardzo powoli. Za pomocą dźwigienki w kabinie pilota Arkady popuścił liny zwisające z trzech masztów cumowniczych. Turbośmigła zaskoczyły ciężko, ale trudno się było dziwić, skoro mieli do czynienia z powietrzem o gęstości zaledwie dwunastu milibarów. Kokpit poruszał się wolno to w górę, to w dół, wyginając się wraz z wewnętrznym kadłubem, a każdy podskok w górę trochę bardziej oddalał sterowiec od ziemi. Dla kogoś, kto był przyzwyczajony do pojazdów rakietowych, start tej maszyny był przekomiczny.
— Ustawmy kurs na trzy koma sześćdziesiąt i przed odlotem rzućmy okiem na Underhill — zaproponował Arkady, kiedy znaleźli się mniej więcej pięćdziesiąt metrów nad powierzchnią. Przechylił statek i powoli zatoczyli szeroki łuk, patrząc w okno od strony Nadii. Widok, jaki ukazał się ich oczom — ścieżki, wykopy, hałdy regolitu, plamy głębokiej, ciemnej czerwieni kontrastujące z rdzawopomarańczową płaszczyzną równiny — przypominał krainę, którą nawiedził jakiś apokaliptyczny smok i wielkimi szponiastymi pazurami darł glebę raz za razem, aż poranił ją do krwi. Underhill tkwiło pośrodku tych skaleczeń i samo w sobie stanowiło piękny widok: lśniący na tle ciemnoczerwonego kwadratu klejnot ze szkła i srebra, z ledwie widoczną pod kopułą zielenią. Z osady wychodziły drogi na wschód do Czarnobyla i na północ do kosmicznych lądowisk. Nieopodal połyskiwała kopuła oranżerii i rozciągał się parking przyczep…
— Dzielnica alchemików nadal wygląda jak grupa baraków na Uralu — zauważył Arkady. — Trzeba będzie coś z tym zrobić. — Wyprowadził sterowiec na prostą i skierował go na wschód, z wiatrem. — Czy powinienem pokierować nas nad Czarnobyl i złapać prąd wstępujący?
— Może sprawdźmy, co ta zabawka potrafi zrobić sama — zaproponowała Nadia. Czuła się lekka, jak gdyby wodór z balonów wypełnił również ją samą. Widok był zdumiewający. Jakieś sto kilometrów przed nimi majaczył zamglony horyzont, a wszędzie wokół rozciągały się ciągle jeszcze dobrze widoczne zarysy lądu: subtelne wypukłości i wgłębienia równiny Lunae oraz wyższe wzgórza i kaniony pociętego kanałami terenu na wschodzie. — Och, będzie cudownie!
— Tak.
Wydawało się aż dziwne, że wcześniej nie przedsięwzięli takiej eskapady, ale latanie nad powierzchnią Marsa z powodu rzadkiej atmosfery nie było sprawą łatwą. Teraz jednak mieli najnowocześniejsze wyposażenie — ogromny sterowiec o niezwykle lekkiej konstrukcji i powłoce wypełnionej wodorem, gazem, który w marsjańskiej atmosferze nie tylko nie był palny, ale w dodatku również dużo lżejszy od powietrza niż na Ziemi. Wodór i najnowsze superlekkie materiały pozwoliły im zabrać na pokład tak dużo wiatraków, ale to właśnie przez ten ładunek posuwali się nieznośnie niemrawo.
Powoli dryfowali dalej. Cały dzień unosili się nad pofalowaną Lunae Planum, pchani wiatrem na południowy wschód. Przez godzinę czy dwie widzieli na południowym horyzoncie Juventa Chasma, rozpadlinę, która wyglądała jak gigantyczny szyb kopalni. Nieco dalej na wschodzie powierzchnia stawała się żółtawa, mniej było na niej skalnego rumoszu, a leżąca poniżej skała macierzysta wydawała się bardziej nieregularna. Teren ten był jeszcze bogatszy w kratery, duże i małe, o poszarpanych stożkach albo prawie zagrzebane w glebie. To była Ziemia Xanthe, wysoko położony region, topograficznie podobny do wyżyn południowych. Widzieli ją teraz na północy między niskimi równinami Chryse i Isidis. Sterowiec miał przez kilka dni unosić się właśnie nad nią, o ile sprawdzą się prognozy na temat wiejących tam dominujących, stałych wiatrów zachodnich.
Arkady i Nadia posuwali się teraz z niewielką prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę. Przeważnie lecieli na wysokości około stu metrów, przy której horyzont oddalał się o jakieś pięćdziesiąt kilometrów. Dzięki powolnemu dryfowi mieli czas obejrzeć dokładnie wszelkie formy terenu; szczególnie zafascynowała ich Xanthe Terra, która zdawała się czymś więcej niż tylko nie kończącym się łańcuszkiem kraterów.
Tego samego popołudnia Nadia pochyliła nos sterowca w dół i obróciła go pod wiatr, a potem opuszczała maszynę, aż znalazła się dziesięć metrów nad ziemią. Wtedy wyrzuciła kotwicę. Statek uniósł się i szarpnął na linie; kotwica wytrzymała i teraz sterowiec ciskał się na wszystkie strony jak ogromny latawiec. Nadia i Arkady przeszli przez całą długość gondoli, a gdy dotarli do pomieszczenia, które Arkady nazwał komorą bombową, Nadia nałożyła jeden z wiatraczków na zaczep wyciągarki.
Wiatrak był niewielkim pudełkiem wykonanym z marsjańskiego magnezu. Na wystającym ze szczytu pręciku znajdowały się cztery pionowe łopatki, ustawione wobec siebie pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Całość ważyła około pięciu kilogramów. Zamknęli górny luk przegrody kadłubowej, wypompowali powietrze i otworzyli właz podłogowy. Arkady sterował wyciągiem, spoglądając jednocześnie przez niskie okienko na efekty swej pracy. Zaczepiony wiatrak spadł natychmiast jak ciężarek pionu i uderzył w stwardniały piasek na południowym stoku małego bezimiennego krateru. Rosjanin odczepił hak, wciągnął go z powrotem do przegrody kadłubowej, po czym zamknął dolny luk.
Wrócili do kokpitu i spojrzeli w dół, aby zobaczyć, czy wiatrak pracuje. Stał dokładnie pod nimi — małe pudełko na zewnętrznym zboczu krateru; był lekko przechylony, a cztery szerokie pionowe łopatki kręciły się radośnie. Wyglądał jak anemometr z meteorologicznego zestawu dla dzieci. Na jednej ściance znajdował się element grzejny, widoczna nawet z góry metalowa cewka, która promieniowała ciepłem niby wierzchołek pieca. Przy dobrym wietrze grzejnik mógł osiągnąć temperaturę nawet 200 stopni Celsjusza, co nie było wcale drobnostką, jeśli wziąć pod uwagę otoczenie. Ale…