Выбрать главу

— Trzeba ich będzie bardzo dużo, aby dało się odczuć różnicę — zauważyła Nadia.

— Jasne, ale każdy kolejny trochę pomaga, nie uważasz? No a poza tym to jest nasze własne, niezależne ciepło i… w dodatku mamy je za darmo. To wiatr zasila grzałki, a fabryki wytwarzające wiatraki ładuje słońce. Według mnie to jest wspaniały pomysł.

Zatrzymali się jeszcze raz tego popołudnia i umieścili na powierzchni planety następne urządzenie, a potem rzucili kotwicę na noc na zawietrznej stronie młodego krateru o poszarpanym stożku. W kuchence mikrofalowej przyrządzili posiłek, a później odpoczywali, leżąc na wąskich łóżkach. To było zupełnie niesamowite uczucie — tak się kołysać na wietrze, jak łódka na cumie: maszyna szarpała się i unosiła, znowu się szarpała i znów się unosiła. Jednak gdy się człowiek przyzwyczaił, kołysanie odprężało i usypiało, wkrótce więc Nadia zasnęła.

Następnego ranka obudzili się przed świtem. Kotwica sterowca zerwała się i maszyna leciała prosto w górę, ku słońcu. Ze stumetrowej wysokości mogli obserwować, jak zacieniony krajobraz pod nimi brązowieje, kiedy przesuwa się terminator planety, a za nim podąża jasne światło dnia, oświetlając wspaniałą mieszaninę jaskrawych skał rzucających długie cienie. Poranny wietrzyk wiał wprost w lewą burtę, więc lecieli pchani na północny wschód ku Chryse, brzęcząc śmigłami na pełnej mocy. Potem nagle ląd pod nimi zapadł się i znaleźli się nad pierwszym z odpływowych kanałów — falistą, nie nazwaną jeszcze doliną na zachód od Shalbatana Vallis. Nadia pomyślała, że to małe łożysko w kształcie litery “S” bez wątpienia musiało zostać wyrzeźbione przez wodę. Jeszcze tego samego dnia minęli kanał i wlecieli nad głębszy i szerszy kanion Shalbatana, gdzie wodne ślady stały się jeszcze bardziej oczywiste: wysepki w kształcie łez, kręte kanały, równiny napływowe, wydmy faliste. Świadectwa wodnej przeszłości planety znajdowały się niemal wszędzie, nasuwając myśl o gigantycznej powodzi, prawdziwym potopie, który stworzył kanion tak wielki, że Grot Strzały wyglądał nad nim zaledwie jak motyl.

Odpływowe kaniony i pogórze między nimi skojarzyły się Nadii z krajobrazem Ameryki z filmów kowbojskich. Przypomniała sobie koryta pozostałe po dawnych rzekach, płaskowzgórza i samotne skały w Monument Valley. Ta okolica Marsa była podobna, tyle że tutaj wszystko było o wiele większe — cztery dni zajął im przelot najpierw nad bezimiennymi kanałami, potem nad Shalbataną, Simudem, Tiu i wreszcie nad Aresem. I wszystkie te doliny musiały powstać za sprawą gigantycznych powodzi, które nagle zalały powierzchnię i potem płynęły miesiącami, z prędkością dziesięć tysięcy razy większą niż pływ Missisipi. Nadia i Arkady rozmawiali o tym, patrząc w dół na mijane kaniony i doszli do wniosku, że bardzo trudno im w ogóle wyobrazić sobie tak olbrzymie powodzie. Teraz jednak w wielkich pustych kanionach nie szalało już nic z wyjątkiem wiatru. Wiatry te były zresztą dość spore, toteż Arkady i Nadia kilka razy dziennie obniżali lot i zrzucali kolejne wiatraki.

Później, na wschód od Ares Vallis, wlecieli ponownie nad gęsto pokryty kraterami teren Xanthe’u. Ziemia znowu wszędzie usiana była kraterami: dużymi, starymi, małymi, nowymi o stożkach zeszpeconych nowszymi, mniejszymi, takimi, których dna podziurawiło trzy albo i pięć małych kraterów, a także tak świeżymi, jakby niemal wczoraj miało miejsce uderzenie meteorytu i tak starymi, że o świcie czy zmierzchu były ledwie widoczne. Sterowiec przeleciał nad Schiaparellim, olbrzymim starym kraterem, szerokim na sto kilometrów. Kiedy wzbili się nad nim w górę, jego koliste ściany znalazły się na linii horyzontu, tworząc idealny pierścień wzgórz biegnący wzdłuż krawędzi świata.

Od tego miejsca zaczęły wiać południowe wiatry i trwało to przez wiele dni. Arkady i Nadia rozpoznali Cassiniego, kolejny wielki stary krater, i unosili się nad setkami mniejszych. Codziennie zrzucali wiele wiatraków, ale równocześnie z każdym przebytym kilometrem uzmysławiali sobie coraz bardziej rozmiary planety i cały projekt zaczął im się wydawać po prostu dowcipem; czuli się tak, jakby przelatywali nad Antarktydą i próbowali stopić lód za pomocą setek polowych kuchenek.

— Musielibyśmy zrzucić miliony, aby przyniosło to jakiś efekt — oznajmiła Nadia, kiedy wznosili się po następnym zrzucie.

— To prawda — przyznał Arkady. — I Sax ma właśnie taki zamiar. Skonstruował już zautomatyzowaną linię montażową, która może produkować setki wiatraków dziennie. Problem stanowi tylko ich rozmieszczenie. A poza tym to tylko jeden z elementów zakrojonej na szeroką skalę operacji, która mu się roi. — Wskazał dłonią za siebie, ku ostatniemu łukowi Cassiniego, obejmując gestem całą północno-zachodnią krainę. — Sax pragnie również wykopać kilka takich wgłębień jak to, wyrwać lodowe bryły z pierścieni Saturna albo z jakiegoś pasa planetoidów, przyciągnąć je na Marsa i roztrzaskać o powierzchnię, pragnie stworzyć gorące kratery, stopić wieczną zmarzlinę… Marzą mu się oazy.

— Chyba suche oazy, co? Stracilibyśmy większość lodu na samym początku, a i reszta niedługo by zniknęła.

— Jasne, ale moglibyśmy wykorzystać parę wodną z powietrza.

— Ależ ona nie wyparowałaby tak po prostu, raczej rozpadłaby się na składowe atomy.

— W większości tak, ale wodór i tlen też moglibyśmy lepiej wykorzystywać.

— Chcesz sprowadzać wodór i tlen z Saturna? Daj spokój, tu jest wystarczająco dużo jednego i drugiego! Wystarczy tylko potłuc trochę miejscowego lodu.

— Cóż… to tylko jeden z jego pomysłów.

— Nie mogę się doczekać, kiedy usłyszę, co powie na to Ann. — Nadia westchnęła na samą myśl o tym. — Przypuszczam, że aby to zrobić, trzeba by wstrzelić z dużą prędkością lodową planetoidę w atmosferę. Wyhamować ją, a wtedy by się spaliła, nie rozbijając się na cząsteczki. W atmosferze powstałaby para wodna, a powierzchnia uniknęłaby potężnego uderzenia o sile równej wybuchowi stu bomb wodorowych.

Arkady pokiwał głową.

— Dobry pomysł! Powinnaś powiedzieć o tym Saxowi.

— Sam mu powiedz.

Na wschód od Krateru Cassiniego rozciągał się teren najbardziej nierówny na całej planecie. Był to jeden z najstarszych obszarów Marsa: poszatkowany niewyobrażalną liczbą kraterów historyczny dokument najwcześniejszego okresu gwałtownego bombardowania planety meteorytami. Ta piekielna epoka Noachian pozostawiła niemal wszędzie w krajobrazie globu swoje ślady. Powierzchnia wyglądała, jakby przetoczyła się przez nią totalna wojna prowadzona przez mitologicznych Tytanów. Ten koszmarny widok już po chwili wywoływał coś na kształt odrętwienia, kosmologicznego szoku nerwowego.

Dryfowali dalej: wschód, północny wschód, południowy wschód, południe, północny wschód, zachód, wschód, wschód. W końcu dolecieli do końca Xanthe’a i zaczęli mijać długi stok Syrtis Major Planitia. Była to równina powulkaniczna, o wiele rzadziej pokryta kraterami niż Xanthe. Kraina coraz bardziej opadała ukośnie w dół, aż w końcu sterowiec znalazł się nad basenem o łagodnym dnie. Nazywał się Isidis Planitia i stanowił jeden z najniżej położonych punktów marsjańskiej powierzchni. Taka była niemal cała północna półkula, która po górzystym terenie południa wydawała się wyjątkowo płaska i niska. Region był naprawdę olbrzymi, toteż Arkady i Nadia po raz kolejny uświadomili sobie rozległość marsjańskich lądów.