A za płytką coś było! Coś tkwiło w pudełku. Coś ciemnozielonego z domieszką jasnego błękitu! Nadia wsunęła śrubokręt i ostrożnie dotknęła zielonej masy.
— O cholera! — zawołała.
— Co jest? — spytał z góry Arkady.
Nie odpowiedziała, zeskrobała nieco substancji i włożyła do torby na śrubki i nakrętki.
Znów przywiązała się liną.
— Wciągnij mnie z powrotem na górę — poleciła sucho.
— Co się stało? — spytał Arkady.
— Po prostu mnie wciągnij.
Gdy znalazła się na pokładzie, Arkady zamknął za nią luk komory bombowej i przez chwilę obserwował badawczo, jak się wyplątuje z pasów.
— Co się dzieje? Zdjęła hełm.
— Dobrze wiesz, co się dzieje, ty draniu! — Zamachnęła się na niego, a on odskoczył, uderzając w ścianę z wiatraków.
— Auu! — krzyknął. Jego plecy dotykały wiatraków. — Hej! O co chodzi, Nadiu?
Wyjęła torbę z kieszeni walkera i pomachała nią przed zdezorientowanym Arkadym.
— O to! Jak mogłeś mi to zrobić? Jak mogłeś mnie okłamać?! Ty cholerny draniu, masz pojęcie, w jakie bagno nas to wpakuje? Przyleci tu inspekcja i odeśle nas z powrotem na Ziemię!
Arkady potarł szczękę, wytrzeszczając ze zdziwieniem oczy.
— Nie okłamałem cię, Nadiu — odparł poważnie. — Nie okłamuję swoich przyjaciół. Pokaż mi to.
Przez moment mierzyli się wzrokiem, jego ramię zawisło wyciągnięte w kierunku torby, a białka oczu jaśniały wokół tęczówek. Po chwili Arkady wzruszył ramionami, a Nadia zmarszczyła brwi.
— Naprawdę nic nie wiesz? — zapytała ostro.
— Niby o czym?
Zawahała się. Chyba rzeczywiście nie kłamie. To nie w jego stylu, to niemożliwe!
— Przynajmniej niektóre z naszych wiatraków to małe hodowle glonów.
— Co takiego?!
— Te pieprzone wiatraki, które wszędzie rozrzucamy — wyjaśniła — są zapchane nowymi typami glonów… porostami Włada czy czymś takim. Sam zobacz. — Położyła torebkę na maleńkim kuchennym stoliku, otworzyła ją i śrubokrętem wyjęła trochę substancji. Małe gruzełki niebieskawych porostów. Wyglądały jak marsjańskie formy życia opisane w starej tandetnej powieści.
Zapatrzyli się na rozłożone roślinki.
— Niech to jasna cholera! — zaklął Arkady. Pochylał się coraz bardziej, aż jego oczy znalazły się w końcu o centymetr od leżącej na stole substancji.
— Przysięgniesz, że nic o tym nie wiedziałeś? — zapytała Nadia.
— Przysięgam. Nie zrobiłbym ci tego, Nadiu. Wiesz o tym.
Westchnęła ciężko.
— Hmm… ale nasi przyjaciele najwyraźniej nam to zrobili.
Arkady wyprostował się i pokiwał głową.
— To prawda. — Zamyślił się, po czym podszedł do wiatraków i podniósł jeden. — Gdzie to było?
— Za osłoną grzejnika.
Zabrali się do pracy z narzędziami Nadii i otworzyli następne urządzenie. Za płytką znajdowała się kolejna kolonia glonów z Underhill. Nadia podważyła brzegi płyty i odkryli parę małych zawiasów w miejscu, gdzie wierzchołek blaszki dotykał wewnętrznej ścianki zbiorniczka.
— Patrz, to jest tak zrobione, żeby w odpowiednim momencie się otworzyło.
— Ale kto miałby to otworzyć? — spytał Arkady.
— Radio?
— Niech to diabli — Arkady wstał i zaczął spacerować po wąskim korytarzyku. — To znaczy…
— Ile wypraw sterowcem zrobiono do tej pory? Dziesięć? Dwadzieścia? I wszyscy zrzucamy to paskudztwo?
Arkady zaczął się śmiać. Przechylił głowę do tyłu, białe zęby błysnęły wśród rudego zarostu. Śmiał się, trzymając za boki.
— Ha, ha, ha!
Nadia absolutnie nie uważała tego za zabawne, ale mimo woli też się roześmiała na jego widok.
— To wcale nie jest śmieszne! — zaprotestowała. — Wpadliśmy w wielkie kłopoty!
— Może — przyznał.
— Stanowczo tak! I to wszystko przez ciebie! Po prostu niektórzy głupi biolodzy mieszkający w przyczepach wzięli poważnie twoje anarchistyczne gadanie!
— Hmm — mruknął. — Nieźle… punkt dla nich… Dranie. To znaczy… — Podszedł do kuchennego stołu, aby jeszcze raz przypatrzeć się kępce niebieskawej materii. — Jak sądzisz, o kim konkretnie mówimy? Ilu spośród naszych przyjaciół jest w to zamieszanych? I dlaczego, do cholery, nikt mi nic nie powiedział?
Nadii przyszło do głowy, że to naprawdę jest dziwne. A Arkady im więcej myślał nad całą tą sprawą, tym mniej był rozbawiony, ponieważ umieszczenie glonów w wiatrakach oznaczało, że wśród kolonistów zawiązał się jakiś spisek, grupa, która działa poza nadzorem UNOMY. I ta grupa nie powiadomiła Arkadego o swojej działalności, mimo że właśnie on wydawał się zawsze pierwszym i najbardziej radykalnym zwolennikiem tego typu akcji wywrotowych! Tylko co to oznacza? Czyżby wśród kolonistów znajdowały się osoby, które są po jego stronie, ale mu nie ufają? Czy są to dysydenci, przeciwnicy programu współdziałania?
Nadia i Arkady nie mieli jednak w tej chwili żadnych możliwości, by dowiedzieć się prawdy. W końcu podciągnęli więc kotwicę i pożeglowali dalej nad Amazonis. Minęli średniej wielkości krater o nazwie Pettit i Arkady zauważył, że byłoby to dobre miejsce dla wiatraka, ale Nadia tylko na niego warknęła. Polecieli więc dalej, głośno rozważając sytuację. Nie ulegało wątpliwości, że w tę brzydką sprawę musiało być zamieszanych sporo osób pracujących w laboratoriach biotechnologicznych; prawdopodobnie większość z nich, a może nawet wszyscy. I rzecz jasna Sax, projektant wiatraków. Zwolenniczką tych małych urządzeń grzewczych była również Hiroko. Ani Nadia, ani Arkady nie wiedzieli, z jakiego powoduje popiera, nie mogli więc osądzić, czy zaaprobowałaby zainfekowanie planety obcą biotą; nie znali poglądów Hiroko, nie dzieliła się nimi. Mimo wszystko jednak uznali, że jej udział w tym przedsięwzięciu jest możliwy.
Rozmawiając o tym wszystkim, rozłożyli roztrzaskany wiatrak na części składowe. Płytka grzejna służyła jednocześnie jako drzwiczki do komory, w której umieszczono glony. Otwierając zdalnie to wejście, można było wypuszczać glony w strefę nieco cieplejszą, bo ogrzewaną ciepłą cewką. A zatem każdy wiatrak był maleńką oazą. Jej twórcy musieli wychodzić z założenia, że jeśli glony zdołają przeżyć z pomocą urządzenia, a potem dalej się rozwijać poza niewielkim rejonem ogrzewanym przez gorącą płytkę, będzie wspaniale, ale jeśli się nie uda, to trudno, nic się nie stanie, fiasko bez konsekwencji. Gorąca płytka posłuży jako piękne pożegnanie pomysłu i nic więcej. W każdym razie tak zapewne myśleli projektanci wiatraka.
— Zrobili z nas Johnny’ego Appleseeda — oznajmił Arkady.
— Jakiego Johnny’ego?
— Jest taka amerykańska przypowieść ludowa — opowiedział jej całą historię.
— Taak, masz rację. I teraz przyjdzie Paul Bunyan i da nam popalić.
— Ależ nie. Wielki Człowiek jest o wiele potężniejszy od Bunyana, wierz mi.
— Kim jest Wielki Człowiek?
— No wiesz, te wszystkie określenia dla osobliwości marsjańskiego terenu: Ślady Stóp Wielkiego Człowieka, Wanna Wielkiego Człowieka, Pole Golfowe Wielkiego Człowieka… licho wie, co jeszcze.
— Aha.
— Tak czy owak, nie powinniśmy mieć kłopotów. Nic o tej sprawie nie wiedzieliśmy.