— Może, tylko kto w to uwierzy?
— Słusznie. Ci dranie… naprawdę mnie w to wrobili.
Ten fakt najwyraźniej zaniepokoił Arkadego najbardziej. Nie interesowało go, że właśnie zakazili Mars obcą biotą, ale że jego, Arkadego Nikołajewicza, wykluczono z kręgu wtajemniczonych. Nadia uświadomiła sobie, jak chorobliwymi egoistami okazują się w pewnych sytuacjach niektórzy ludzie. A Arkady miał przecież swoją własną grupkę przyjaciół, a może nawet coś więcej: otaczały go osoby, które we wszystkim się z nim zgadzały, posiadał swego rodzaju orszak wyznawców. Wśród tych osób była cała załoga Fobosa i wielu programistów z Underhill. Byłoby źle, gdyby niektórzy z jego stronników zostali zamieszani w tę sprawę i ukrywali ten fakt przed nim, ale najwidoczniej jeszcze gorsze było dla niego istnienie innej grupy z własnymi tajnymi planami, ponieważ taka grupa stanowiła przeszkodę, a może i konkurencję.
W każdym razie prawdopodobnie tak właśnie uważał Arkady. Nie powiedział tego otwarcie, ale można się było tego domyślać z jego mamrotania i ostrych przekleństw, zupełnie szczerych, mimo że mieszały się z wybuchami wesołości. Wydawało się, że Arkady nie może się zdecydować, czy się cieszyć, czy wściekać, i Nadia w końcu pomyślała, że odczuwa jedno i drugie. Taki już był z niego niezwykły człowiek: reagował na wszystko spontanicznie, nie przejmując się konsekwencjami. Tylko że tym razem Nadia nie była pewna, czy podobają jej się jego reakcje, czy Arkady ma prawo zarówno do gniewu, jak i do rozbawienia. Powiedziała mu to z jawnym rozdrażnieniem.
— Och, dajże spokój! — oburzył się. — Dlaczego mieliby mieć przede mną sekrety, skoro to właśnie ja optowałem za takim rozwiązaniem?
— Ponieważ wiedzieli, że mogę z tobą polecieć. Gdyby ci powiedzieli, mogłabym temu przeszkodzić!
Arkady roześmiał się cynicznie.
— Więc mimo wszystko zachowali się rozsądnie!
— Niech cię szlag.
Ale kto? Biotechnolodzy, Sax, alchemicy, którzy faktycznie skonstruowali te urządzenia. Może ludzie związani z łącznością radiową… Cóż, sporo osób musiało o tym wiedzieć.
— A Hiroko? — spytał Arkady.
Nadal nie byli pewni co do niej. Nie znali jej poglądów w wystarczającym stopniu, aby zgadnąć, co myśli. Nadia była absolutnie przekonana, że Hiroko maczała palce w przedsięwzięciu, ale nie potrafiła wyjaśnić, dlaczego tak sądzi.
— Cóż — zaczęła w zamyśleniu. — Hiroko otacza dość spora grupa osób: cały zespół farmerski i wielu innych, którzy ją szanują, respektują jej poglądy i… poszliby za nią w ogień. Nawet Ann… na swój sposób. Chociaż, Boże, przecież Ann znienawidzi całą naszą setkę, kiedy się dowie o wiatrakach! Fiu! Tak czy owak, po prostu wydaje mi się, że Hiroko zawsze znała wszystkie nasze sekrety. Zwłaszcza jeśli wiązały się z ekosystemem. W końcu ekipa biotechnologiczna współpracuje z nią przez większość czasu, a dla niektórych spośród nich Hiroko jest kimś w rodzaju guru. Wielu otaczają prawdziwą czcią. Myślę, że musieli się jej poradzić, gdy umieszczali glony w wiatrakach!
— Hmm…
— Prawdopodobnie otrzymali jej zgodę. Może powinnam powiedzieć raczej: “przyzwolenie”.
Arkady przytaknął.
— Chyba masz rację.
Rozmawiali jeszcze długo, zastanawiając się nad każdym szczegółem. Kraina, którą mijali, płaska i nieruchoma, teraz wydawała się Nadii zupełnie inna. Została obsiana, zapłodniona; niedługo miała się zmienić, już, natychmiast i nieuchronnie. Omawiali także inne aspekty terraformowania według planów Saxa: gigantyczne zwierciadła orbitujące wokół Marsa i odbijające światło słoneczne na terminatory świtu i zmroku, zarzucenie węglem czap polarnych, areotermiczne ciepło, lodowe planetoidy. To się miało naprawdę zdarzyć. Nie było już nad czym debatować. Było oczywiste, że zmienią oblicze Marsa.
Drugiego wieczoru po odkryciu kolonii glonów, kiedy Nadia i Arkady przyrządzali sobie kolację, a sterowiec wisiał zaczepiony na kotwicy w jakimś kraterze od strony zawietrznej, otrzymali przez satelitę komunikacyjnego telefon z Underhill.
— Hej, jak się macie! — krzyknął John Boone na powitanie. — Mamy kłopot!
— Rzeczywiście, macie go — mruknęła Nadia.
— Dlaczego, coś się tam u was stało?
— Nie, nie.
— To dobrze, ponieważ naprawdę to wy, kochani, macie kłopot, a byłoby straszne, gdybyście mieli więcej niż jeden… A teraz słuchajcie uważnie. W rejonie Claritas Fossae rozpoczęła się burza pyłowa i stale narasta, posuwając się w błyskawicznym tempie na północ. Sądzimy, że dotrze do was mniej więcej za dobę.
— Czy nie jest zbyt wcześnie na takie burze? — spytał Arkady.
— Cóż, przekroczyliśmy już Ls 240, więc chyba na nie pora. Południowa wiosna. Tak czy owak, rozszalała się i zbliża się w waszą stronę.
Przesłał im satelitarne zdjęcie burzy i dwoje Rosjan obserwowało z uwagą ekran komputera. Region na południe od Tharsis był teraz przesłonięty bezkształtną żółtą chmurą.
— Lepiej od razu wystartować — oświadczyła Nadia po przestudiowaniu zdjęcia.
— W nocy?
— Możemy uruchomić śmigła, a baterie doładujemy jutro rano. Potem trudno będzie o wystarczającą ilość światła słonecznego, chyba że uda nam się lecieć ponad pyłem.
Po długiej dyskusji z Johnem, a potem z Ann, sterowiec wyruszył. Wiatr pchał go na północny wschód i tym kursem mogli przelecieć dokładnie na południe od Olympus Mons. Mieli nadzieję, że później uda im się dotrzeć w pobliże północnej ściany Tharsis, która powinna ich ochronić przed burzą przynajmniej na jakiś czas.
Nocny lot wydawał się głośniejszy. Podmuchy wiatru nad wypełnioną wodorem powłoką brzmiały jak tętniący jęk, a warkot silników przywodził na myśl żałosne postękiwanie. Siedzieli w kokpicie oświetlonym jedynie przyćmionym zielonym blaskiem przyrządów i rozmawiali cicho; maszyna przemieszczała się nad ciemnym lądem. Od Underhill dzieliło ich około trzech tysięcy kilometrów, mniej więcej trzysta godzin lotu. Gdyby lecieli bez przerwy, podróż zajęłaby im około dwunastu dni. Jednak burza, jeśli będzie narastała w typowy dla Marsa sposób, dosięgnie ich na długo przedtem. A później… trudno powiedzieć, co się zdarzy. Bez światła słonecznego śmigła szybko wyczerpią baterie, a wtedy …
— Czy nie moglibyśmy po prostu unosić się na wietrze? — spytała Nadia. — Używać śmigieł tylko do sporadycznej korekty kierunku?
— Może, ale dobrze wiesz, że w tego typu statkach śmigła są częścią siły nośnej.
— Taak. — Zaparzyła kawę i przyniosła dwa pełne kubki do kabiny pilota. Przez chwilę siedzieli w milczeniu, popijając gorący płyn i spoglądając na zmianę to na czarny krajobraz pod nimi, to na zielony kwadrat małego ekranu radiolokatora. — Chyba powinniśmy wyrzucić wszystko, czego nie potrzebujemy. Zwłaszcza te cholerne wiatraki.
— To jest nasz balast, zachowajmy go na czas, kiedy będziemy musieli się wznieść.
Godziny nocy wlokły się powoli. Na zmianę pełnili dyżur przy sterze i Nadii udało się niespokojnie przespać mniej więcej godzinę. Kiedy wróciła do kabiny pilota, zobaczyła czarną masę Tharsis przetaczającą się na horyzoncie przed nimi: dwa najbardziej na północ wysunięte z trzech królewskich wulkanów, Ascraeus Mons i Pavonis Mons wyglądały jak garby na tle zimnobarwnych gwiazd, na krawędzi świata. Na lewo od nich wciąż górował wysoko nad horyzontem Olympus Mons i razem z pozostałymi dwoma głównymi wulkanami uzmysławiał im rzeczywistą wielkość tego prawdziwie gigantycznego kanionu. Radar pokazywał na ekranie maleńki obrazek na tle zielonej siatki.