Выбрать главу

Na godzinę przed świtem wydało im się, że wyrasta obok nich jakiś inny potężny wulkan. Cały południowy horyzont wzniósł się nagle, a nisko wiszące nad nim gwiazdy powoli znikały. Zobaczyli tonącego w czerni Oriona. Nadchodziła burza.

Dotarła do nich tuż przed brzaskiem. Zdusiła czerwień na wschodnim niebie, przetoczyła się nad sterowcem i obróciła świat w rdzawy półmrok. Wiatr wiał coraz mocniej, najpierw przewalał się za oknami gondoli ze stłumionym rykiem, a potem z głośnym skowytem. Pył przelatywał obok nich z przerażającą, nadrealną szybkością. Potem wiatr stał się jeszcze gwałtowniejszy i gondola szarpała się to w górę, to w dół, kiedy kadłub sterowca miotał się raz w tył, raz w przód.

Na szczęście zamierzali się udać właśnie na północ. W pewnej chwili Arkady powiedział:

— Miejmy nadzieję, że wiatr ominie północną skarpę Tharsis.

Nadia w milczeniu pokiwała głową. Nie mieli okazji doładować baterii po nocnym locie, a bez światła słonecznego silniki niedługo staną.

— Hiroko mówiła mi, że podczas burzy światło słoneczne przy powierzchni stanowi około piętnastu procent normalnego — oznajmiła. — Wyżej powinno być nieco silniejsze. Uda nam się więc trochę naładować baterie, ale będzie to trwać bardzo długo. Może przez cały dzień zdołamy uzyskać wystarczająco dużo światła, aby choć na trochę uruchomić śmigła dziś wieczorem. — Usiadła przy komputerze, chcąc wykonać obliczenia. Coś w wyrazie twarzy Arkadego — nie strach, nawet nie niepokój, ale jakby nieznaczny uśmieszek zaciekawienia — uświadomił jej, w jak wielkim znajdują się niebezpieczeństwie. Jeśli nie zdołają uruchomić śmigieł, nie będą w stanie zapanować nad kierunkiem lotu, może nawet nie uda im się pozostać w górze. Co prawda zawsze mogli się opuścić i próbować zarzucić kotwicę, ale jedzenia starczyłoby im zaledwie na kilka tygodni, a tego typu burze często utrzymują się na Marsie przez dwa, a czasem nawet trzy miesiące.

— To jest Ascraeus Mons — zauważył Arkady, wskazując na ekran radiolokatora. — Niezły widok. — Roześmiał się. — Tym razem jednak chyba nas ominie. To fatalnie, tak bardzo chciałem go zobaczyć! Pamiętasz Elysium?

— Tak, tak — odparła Nadia, zajęta komputerową symulacją doładowania baterii. Mars znajdował się obecnie niemal w punkcie peryhelium, blisko Słońca — fakt ten stanowił zresztą jedną z podstawowych przyczyn powstania burzy pyłowej — ale przyrządy wskazywały, że do poziomu, na którym znajduje się sterowiec, dociera zaledwie około dwudziestu procent pełnego światła. Nadii wprawdzie zdawało się, że tego światła jest co najmniej ze trzydzieści albo i czterdzieści procent, ale tak czy owak, istniała możliwość uruchamiania na krótko śmigieł co jakiś czas. Pomogłoby to podróżnikom kolosalnie, ponieważ bez śmigieł sterowiec poruszał się mniej więcej z prędkością dwunastu kilometrów na godzinę. Dryfując na wietrze prawdopodobnie tracili również wysokość, chociaż, jak sobie natychmiast uświadomiła Nadia, może po prostu przelatywali nad coraz wyższymi tworami rzeźby marsjańskiego terenu i raczej to ziemia się podnosiła, a nie oni opadali. W każdym razie z włączonymi śmigłami na pewno mogliby utrzymywać stały pułap lotu i kontrolować kurs, przynajmniej do stopnia czy dwóch.

— Jak gęsty jest twoim zdaniem ten pył? — spytała.

— Jak gęsty?

— No, wiesz, gramy na metry sześcienne. Spróbuj się połączyć z Ann albo Hiroko przez radio i zapytaj, dobrze?

Nadia zaczęła przetrząsać statek w poszukiwaniu czegoś, co dałoby się wykorzystać do zasilania śmigieł. Może hydrazynę przeznaczoną dla próżniowych pomp komory bombowej? Silniki pomp można by prawdopodobnie podłączyć do śmigieł… Kopnięciem usunęła z drogi jeden z cholernych wiatraków i jego widok natychmiast przypomniał jej gorące płytki. Były ogrzewane energią elektryczną, wytwarzaną dzięki wirowaniu wiatraków. Może więc udałoby się użyć tej energii do naładowania baterii śmigła… Wiatraki można by przymocować na zewnątrz gondoli: wiatr obracałby je jak bąki, a otrzymana w ten sposób elektryczność zasiliłaby silniki śmigieł. Grzebiąc w szafce ze sprzętem w poszukiwaniu przewodów, transformatorów i narzędzi, opowiedziała Arkademu o swoim pomyśle, a on zareagował wybuchem szaleńczego śmiechu.

— Dobry pomysł, Nadiu! Naprawdę świetny!

— Jeśli się uda. — Przetrząsała pospiesznie skrzynkę z narzędziami. Zabrała w tę podróż o wiele gorsze wyposażenie niż zazwyczaj. Światło w gondoli było niesamowitą, przytłumioną żółtą łuną, która drgała z każdym porywem wiatru. Widok za oknami zmieniał się od dziur o doskonałej jasności, poprzez obraz gęstych żółtych burzowych chmur lecących za sterowcem, po zupełną ciemność. Wszystkie okna pokrył pył, wirujący z prędkością ponad trzystu kilometrów na godzinę. Nawet przy ciśnieniu dwunastu milibarów porywy wiatru miotały statkiem na wszystkie strony. Arkady siedział w kokpicie i przeklinał bezradność autopilota.

— Przeprogramuj go — zawołała do niego Nadia, a potem przypomniała sobie sadystyczne symulacje Arkadego na Aresie i roześmiała się głośno. — Lot problemowy! Problemowy!

Znowu się roześmiała na wywrzaskiwane przez niego kolejne przekleństwa i wróciła do pracy. Wiatr popychał ich teraz przynajmniej trochę szybciej. Arkady krzykiem przekazał Nadii informację od Ann. Pył był niezwykle drobny, przeciętny rozmiar cząsteczki wynosił około dwa i pół mikrona, średnia gęstość słupa jakieś l O”3 g/cm2; był dość równo rozmieszczony od góry do dołu słupa. Nie było źle. Gdyby osiadł na ziemi, powstałaby naprawdę cienka warstwa, taka, jaką widzieli na najstarszym transportowym zrzucie w Underhill.

Nadia owinęła przewodami kilka wiatraków i przeszła korytarzykiem do kabiny pilota.

— Ann mówi, że wiatr jest najsłabszy tuż nad powierzchnią — oświadczył Arkady.

— To dobrze. Muszę zamocować te wiatraki.

Tego samego popołudnia na ślepo obniżyli więc lot i pozwolili kotwicy hamować, aż się zaczepiła. Wiatr tutaj był słabszy, ale mimo to dla Nadii opuszczenie się na linie okazało się prawdziwą udręką. Spuszczała się coraz niżej otoczona gwałtownie pędzącymi chmurami żółtego pyłu, kołysana w ty H w przód… aż wreszcie poczuła pod nogami grunt! Uderzyła butami o ziemię, potem zatrzymała się i zaczęła się wyplątywać z pasów. Kiedy się uwolniła, musiała się schylić pod naporem wiatru; chociaż pył był tu rzadszy, i tak chłostał ją niemiłosiernie i Nadia znowu doznała dawnego wrażenia pustki. Krajobraz wokół niej poruszał się falami to w tył, to w przód, a szybkość pędzącego pyłu dezorientowała — na Ziemi tak szybki wiatr niczym tornado porwałby po prostu istotę ludzką w górę i rzucił nią jak źdźbłem trawy.

Tutaj jednak można się było utrzymać na powierzchni, jeśli się tylko wiedziało, jak to robić. Arkady powoli opuszczał sterowiec na linie kotwicznej i teraz maszyna górowała nad Nadią jak zielony dach, pod którym było niesamowicie ciemno. Nadia odłączyła część przewodów od turbośmigieł na końcach skrzydeł, przywiązała je do sterowca i podłączyła do styków w środku, pracując w pośpiechu, aby jak najmniej narażać je na kontakt z pyłem i szybko wydostać się spod “Grotu Strzały”, który bez przerwy podskakiwał na wietrze. Z trudem drążyła otwory w spodzie szkieletu gondoli i przymocowywała śrubkami jeden po drugim dziesięć wiatraków. Kiedy mocowała przewody wiatraków do plastykowego kadłuba, cały sterowiec zaczął opadać tak szybko, że musiała runąć na twarz i rozciągnąć się płasko na zimnej ziemi. Spadła akurat na świder, który niemal wbił jej się w żołądek.

— Cholera! — wrzasnęła.