Выбрать главу

Arkady kręcił się po gondoli, zachęcając ją do działania; nagi i oblepiony pyłem wyglądał jak prawdziwy czerwony Marsjanin. Cały czas śpiewał piosenki, obserwował ekran radaru, pochłaniał szybkie posiłki i w miarę możności planował kurs. Nie sposób było nie zarazić się rozpierającą go energią, zdumiewał optymizmem przy najgwałtowniej szych smagnięciach wiatru, kiedy Nadia niemal czuła pył latający szaleńczo w jej krwi.

Tak minęły trzy długie, wypełnione zajęciami dni. Sterowiec wciąż tkwił we wściekłym uścisku ciemnopomarańczowego wiatru. Czwartego dnia wczesnym popołudniem jak co dzień włączyli odbiornik radiowy na pełną głośność i na częstotliwości transponderów słuchali trzasków zakłóceń atmosferycznych. Nadia padała ze zmęczenia i koncentrowanie się na monotonnym hałasie tak ją uśpiło, że była prawie nieprzytomna, kiedy Arkady nagle coś powiedział. Szarpnęła się w fotelu.

— Słyszysz to? — spytał. Wsłuchała się i potrząsnęła głową. — Coś w rodzaju “ping”, “ping”.

Usłyszała jakiś cichy dźwięk, jakby “bip”.

— Czy to jest to?

— Tak sądzę. Zamierzam sprowadzić nas na dół, tak szybko jak to możliwe i będę musiał opróżnić niektóre balony.

Wystukał na klawiaturze polecenie, sterowiec pochylił się do przodu. Wysokościomierz gwałtownie zamigotał. Radiolokator pokazywał zupełnie płaską powierzchnię pod statkiem. Dźwięk z pozoru wydawał się coraz głośniejszy, ale nie mieli na pokładzie lokalizatora, który jako jedyny mógł ich upewnić, że rzeczywiście zbliżają się do celu. Ping… ping… ping… Nadia była tak wyczerpana, że nie potrafiła stwierdzić, czy dźwięk staje się głośniejszy czy cichszy. Zdawało jej się, że każdy odgłos ma inne natężenie i pomyślała, iż zależy to zapewne od uwagi, z jaką w danym momencie się przysłuchiwała.

— Cichnie — oznajmił nagle Arkady. — Nie sądzisz?

— Naprawdę nie wiem.

— Myślę, że słabnie. — Włączył śmigła i tłumiony warkotem silników sygnał stał się wyraźnie cichszy. Arkady obrócił sterowiec pod wiatr i maszyna zaczęła dziko podskakiwać. Rosjanin walczył, starając się ustabilizować ruch w dół, ale między każdym poleceniem i ruchem sterowca istniała niewielka zwłoka, wobec czego udało mu się osiągnąć niewiele więcej ponad kontrolowane hamowanie. Jednak dźwięk cichł jakby wolniej.

Kiedy wysokościomierz wskazał, że znajdują się wystarczająco nisko, spuścili kotwicę, która po chwili niespokojnego dryfowania zahaczyła się i zatrzymała statek. Wtedy wyrzucili wszystkie pozostałe kotwice i zaczepili “Grot Strzały” na linach. Nadia ubrała się w skafander, opasała sznurem, zeszła na powierzchnię i zaczęła krążyć w czekoladowym półmroku, ze wszystkich sił opierając się nieregularnym porywom wiatru. Poczuła się fizycznie wyczerpana bardziej niż kiedykolwiek w całym swoim dotychczasowym życiu; chodzenie pod wiatr było naprawdę trudne, wobec czego musiała halsować. Wydawało jej się, że ziemia podskakuje pod stopami; ledwie mogła utrzymać równowagę. W interkomie hełmu słyszała pulsujący sygnał transpondera. Dźwięk był jeszcze dość odległy.

— Powinniśmy byli przez cały czas słuchać przez interkomy — mruknęła do Arkadego. — Słychać dokładniej.

Nagle przewrócił ją podmuch wiatru. Wstała i wlokła się powoli, pozwalając, by nylonowa lina ciągnęła się za nią. Starała się podążać za siłą głosu transpondera. Miała wrażenie, że podłoże płynie pod jej stopami, chociaż nie mogła wiele dostrzec, ponieważ widoczność ograniczała się teraz do około metra albo i mniej, zwłaszcza w naj gwałtowniej szych porywach pyłowej burzy. Po chwili wiatr nieco się uspokoił i Nadia zobaczyła przelatujące obok brązowe strumienie pyłu, warstwa po warstwie. Poruszały się z przerażającą szybkością. Wiatr znów uderzył mocniej, utrzymywanie równowagi sprawiało prawdziwy ból i wymagało stałego wysiłku wszystkich mięśni.

Cały czas zanurzona w tej gęstej, oślepiającej chmurze, w pewnej chwili wpadła na jeden z transponderów, który nagle pojawił się przed nią niby gruba sztacheta w zdewastowanym płocie.

— Och! — krzyknęła.

— Co się stało?

— Nic! Przestraszyłam się, gdy wpadłam na transponder.

— Więc go znalazłaś!?

— Tak. — Poczuła przemożne znużenie ogarniające jej ręce i nogi. Usiadła i przez minutę nieruchomo siedziała na ziemi, po czym znowu wstała. Było za zimno, aby tkwić w bezruchu. Brakujący palec zakłuł ostrym bólem.

Podniosła nylonową linę i wróciła na oślep do sterowca, czując się jak postać ze starożytnego mitu: tylko ta nić mogła ją wydostać z labiryntu.

Kiedy wracali roverem na południe, oślepieni szalejącym pyłem, wśród trzasków nadeszła przez radio wiadomość, że UNOMA właśnie zaaprobowała ustawę uchwalającą założenie trzech następnych kolonii. Każda miała się składać z pięciuset osób, przedstawicieli państw nie reprezentowanych wśród pierwszej setki.

A potem poinformowano ich również, że Zgromadzenie Ogólne ONZ zatwierdziło zalecaną wcześniej przez podkomitet UNOMY do spraw terraformowania całą serię działań, między innymi rozmieszczenie na powierzchni planety genetycznie przekształconych mikroorganizmów tworzonych z macierzystego produktu wyjściowego, takich jak glony, bakterie czy porosty.

Arkady śmiał się przez dobre pół minuty.

— Cholerni dranie, ależ oni mają szczęście! Najwyraźniej im się udało.

CZĘŚĆ 4 — Tęsknota za domem

Pewnego zimowego poranka nad Valles Marineris wstało słońce, oświetlając północne ściany wszystkich kanionów tej wielkiej krainy. W jego jaskrawym blasku tu i ówdzie na jakiejś półce skalnej albo obrzeżu kanionu czerniały maleńkie gruzłowate plamki porostów.

Cóż, życie potrafi się dostosować nawet do najtrudniejszych warunków. I potrzeba mu naprawdę bardzo niewiele: odrobinę paliwa, trochę energii, a przy tym okazuje się niezwykle pomysłowe, gdy z różnorakich środowisk ziemi musi wydobyć to, czego potrzebuje do rozwoju. Pewne organizmy żyją na przykład wyłącznie poniżej temperatury zamarzania wody, inne natomiast powyżej temperatury jej wrzenia, jedne zamieszkują strefy wysokiego napromieniowania, drugie tkwią w regionach skrajnie zasolonych, jeszcze inne znalazły dla siebie miejsce w obrębie litej skały, w smolistej sadzy, w środowisku skrajnie odwodnionym lub całkowicie pozbawionym tlenu. Organizmy zasiedlają wszystkie rodzaje środowisk, do każdego świata przystosowują się w tak osobliwy i zdumiewający sposób, że nie jesteśmy sobie w stanie nawet tego wyobrazić. I dlatego właśnie od macierzystej skały aż po wysokie partie atmosfery życie przenika całą ziemię gęstą tkanką wielkiej biosfery.

Wszystkie te zdolności adaptacyjne, wraz z wieloma innymi informacjami genetycznymi, są zakodowane w genach i przekazywane kolejnym pokoleniom. Organizmy tracą swoje charakterystyczne cechy, jeśli geny ulegną mutacji albo gdy zostaną sztucznie zmienione. Biotechnologia wykorzystuje oba te zjawiska, nie tylko rekombinując geny, ale także stosując o wiele starszą metodę selekcji hodowlanej. Mikroorganizmy izoluje się i namnaża, a potem spośród nich wybiera te, które rozwijają się najszybciej (albo takie, które wykazują najwięcej pożądanych cech) i namnaża ponownie. W celu przyspieszenia tempa mutacji dodaje się mutageny i dzięki szybkiemu namnażaniu się (powiedzmy, dziesięć pokoleń bakterii dziennie), można powtarzać ten proces tak długo, aż otrzyma się odpowiedni rezultat. Selekcja hodowlana jest jedną z najpotężniejszych znanych nam strategii biotechnologicznych.

Uwagę przyciągają jednak również nowsze techniki. Kiedy pierwsza setka kolonistów przybyła na Marsa, genetycznie przekształcone mikroorganizmy, czyli GEM-y, tworzono już od około pięćdziesięciu lat, a pół wieku w nowoczesnej nauce to naprawdę szmat czasu. W ostatnim czasie pojawiła się niezwykle efektywna i dokładna metoda łączenia plazmidów, zestawy enzymów restrykcyjnych — do cięcia i ligaz — do łączenia umożliwiające precyzyjne zestawianie długich łańcuchów DNA; ogromnie wzrosła wiedza o genomach i nadal rozwija się w niezwykłym tempie. Dzięki tym wszystkim odkryciom nowoczesna biotechnologia potrafi udoskonalać wszelkie cechy, wpływając na takie procesy komórkowe jak wzrost, replikacja DNA, autodestrukcja (w celu zahamowania rozwoju organizmów o niepożądanych cechach) i wiele innych. Możliwe stało się również odnalezienie i wycięcie z łańcucha DNA sekwencji, będących nośnikami pożądanych cech, a potem syntetyzowanie odcinków przenoszących te informacje, i wprowadzanie ich w pierścienie plazmidów. Następnie takie nowe plazmidy przenosi się do roztworu gliceryny i wraz z wybranymi komórkami umieszcza między dwiema elektrodami. W wyniku krótkich, potężnych wyładowań elektrycznych, o napięciu około dwóch tysięcy wolt, plazmidy te “wskakują” do komórek i voila. Tak właśnie sztucznie powołany do życia niczym potwór Frankensteina, powstaje nowy organizm. Który oczywiście ma zupełnie nowe właściwości.