Teraz to zrozpaczone stworzenie miało pretensje do całego świata… Maja pochyliła się nad biurkiem Michela i zaczęła opowiadać urywanym, chrapliwym głosem ostatnią scenę powstającego z dnia na dzień niezwykłego dramatu o niej i Johnie, a potem z kolei zaczęła się rozwodzić na temat Franka. Najwyraźniej wściekła się na Johna za to, że odmówił jej pomocy przy pewnym projekcie: chciała skłonić niektórych przedstawicieli wielonarodowościowej grupy podległej ekipie rosyjskiej, aby dopilnowali rozwijającej się kolonizacji Basenu Hellas. Miejsce to położone w najgłębszym punkcie na Marsie, jako pierwsze miało skorzystać ze zmian atmosferycznych, które od niedawna zaczęli obserwować. Ciśnienie powietrza w Low Point, cztery kilometry poniżej punktu odniesienia, zawsze było dziesięć razy większe niż zanotowane na szczycie wielkich wulkanów i trzy razy większe niż na powierzchni lądów. Low Point miało się stać pierwszym miejscem przystosowanym do życia dla ludzi, ponieważ wydawało się idealne dla wszelkich niezbędnych przekształceń.
John jednak prawdopodobnie wolał pracować korzystając z pomocy UNOMY i rządów ziemskich państw. Była to tylko jedna z wielu podstawowych różnic politycznych, które zaczynały zatruwać kochankom życie. W każdym razie spory polityczne czyniły ich drażliwymi i pociągały za sobą częste sprzeczki na temat nawet drobnych spraw, które nie miały dla nich właściwie żadnego znaczenia i o które nie spierali się nigdy przedtem.
Michel wpatrywał się w Maję i już miał powiedzieć: “John celowo cię prowokuje, chce, żebyś się na niego gniewała”, ale nie był pewien, jak John zareagowałby na taką opinię, gdyby do niego dotarła. Maja otarła łzy i pochyliła głowę, dotykając czołem blatu biurka i ukazując oczom Michela kark i szerokie smukłe ramiona. Wobec większości mieszkańców Underhill nigdy nie zachowałaby się tak swobodnie; oznaczało to jakąś zażyłość między nimi, jakby tylko jemu ukazywała swoją prawdziwą naturę. Czuł się tak, jak gdyby się przed nim obnażała. Sporo osób nie rozumiało, że prawdziwa poufałość nie jest równoznaczna z seksem, który może łączyć zupełnie obcych sobie ludzi i który uprawiając wcale nie trzeba być sobą; prawdziwa zażyłość to wielogodzinne rozmowy o tym, co jest najważniejsze w czyimś życiu. A jednak Michelowi przemknęła przez głowę myśl, że Maja równie pięknie wyglądałaby naga, proporcje jej ciała były przecież absolutnie idealne. Przypomniał sobie jak pływała w basenie: leżąc na plecach w błękitnym kostiumie kąpielowym wyciętym wysoko ponad biodrami.
Znowu ujrzał w wyobraźni śródziemnomorski widoczek: unosi się w wodzie w Villefranche, wszystko wokół zalane jest bursztynowym słonecznym światłem, a on wpatruje się w plażę, gdzie spacerują mężczyźni i kobiety, niemal nadzy… poza jaskrawymi trójkącikami kostiumów kąpielowych, które niewiele zakrywają… Opalone na brązowo kobiety o nagich piersiach, przechadzające się parami jak słoneczne tancerki… Delfiny wyskakujące z wody między Michelem i plażą, ich gładkie, ciemne ciała pełne jakby kobiecych krągłości…
Teraz Maja mówiła o Franku. O Franku, który jakimś szóstym zmysłem wyczuwał zawsze rozdźwięki między Johnem i nią (Duval pomyślał, że do tego wcale nie trzeba mieć aż tylu zmysłów), i który w takiej chwili natychmiast przybiegał do Mai. Spacerował z nią wtedy i opowiadał o swojej wizji Marsa. Była to wizja postępowa, podniecająca, ambitna… Słowem, miała wszystko to, czego brakowało wizji Johna.
— Frank działa ostatnio o wiele energiczniej niż John, nie wiem, dlaczego…
— Ponieważ zgadza się z tobą — odparł Michel.
Maja wzruszyła ramionami.
— Możliwe, ale przecież mamy okazję zbudować tu całą cywilizację. Naprawdę! A John jest taki… — Westchnęła. — A jednak go kocham, wierz mi. Tylko że…
Przez chwilę opowiadała o swojej przeszłości, mówiła o tym, że ich romans uchronił podróżników przed anarchią w trakcie lotu (a przynajmniej przed nudą), o tym, jak bardzo odpowiadał jej niefrasobliwy, spokojny charakter Johna, o tym, że zawsze mogła na niego liczyć, że była zauroczona jego sławą, że czuła, jak ten związek uwiecznia ją na zawsze w historii świata. Teraz jednak wiedziała, że, tak czy owak, nawet bez Johna, sama staje się już częścią historii; wszyscy stali się sławni, cała pierwsza setka. Mówiła coraz głośniej, słowa padały coraz szybciej, coraz gwałtowniej .
— Nie potrzebuję już Johna, by być sławną, pragnę go wyłącznie dlatego, że go kocham, ale teraz w niczym się nie zgadzamy, tak bardzo się różnimy… A Frank, który cały czas ostrożnie trzyma się z boku, cokolwiek się dzieje… Świetnie się rozumiemy, zgadzamy niemal we wszystkim i tak strasznie lubię z nim rozmawiać, że znowu przekazuję mu niewłaściwe sygnały i zareagował jeszcze raz… Wczoraj w basenie… trzymał mnie, no wiesz, położył mi ręce na ramionach… — Maja skrzyżowała ramiona i napięła mięśnie. — I poprosił mnie, abym opuściła dla niego Johna, czego ja nigdy nie zrobię, i drżał, a ja, mimo że mu odmówiłam, też się cała trzęsłam.
Mocno zdenerwowana tą rozmową później pokłóciła się z Johnem. Zachowywała się tak okropnie, że John naprawdę się wściekł, wyszedł, pojechał roverem do “pasażu Nadii” i spędził tam noc wraz z ekipą budowlaną. Niebawem Frank znów do niej przyszedł i kiedy (naprawdę z trudem) ponownie odmówiła jego prośbie, oświadczył, że wyjeżdża i zamieszka z kolonią europejską po drugiej stronie planety, on, który był siłą napędową pierwszej setki…
— I naprawdę to zrobi; Frank nie należy do tych, co tylko się odgrażają. Uczy się teraz niemieckiego, a nigdy dotąd nie miał najmniejszego problemu z opanowaniem jakiegokolwiek języka.
Michel próbował się skoncentrować na tym, co mówiła Maja. Nie było to łatwe, ponieważ dobrze wiedział, że wkrótce uczucia łączące tę trójkę znów całkowicie się zmienią. I dlatego właśnie tak trudno mu było zaangażować się w ich problemy. A co z jego własnymi? Były o wiele poważniejsze, ale zwierzeń Michela nikt nigdy nie słuchał. Teraz chodził tam i z powrotem pod oknem, uspokajając pacjentkę prostymi pytaniami i rzucając luźne uwagi. Zieleń w atrium wyglądała niezwykle naturalnie, mogłaby z powodzeniem zdobić jakiś dziedziniec w Arles albo Villefranche. Nagle przypomniał mu się porośnięty cyprysami wąski placyk w Avignonie obok pałacu papieskiego; placyk i stoliki, przy których można było się napić kawy i które latem tuż po zachodzie słońca przybierały niemal marsjański kolor. Ten smak oliwek i czerwonego wina…
— Chodźmy na spacer — zaproponował. Był to jeden ze stałych elementów godziny terapeutycznej. Przeszli przez atrium i znaleźli się w kuchni, gdzie Michel zjadł śniadanie. Zrobił to prawie machinalnie, nie zastanawiając się nad tym, co je. Powinniśmy nazwać jedzenie zapominaniem, pomyślał, kiedy szli korytarzem prowadzącym do śluz. Tam założyli skafandry — Maja skryła się na ten czas w przebieralni — potem sprawdzili je, weszli do komory powietrznej, rozhermetyzowali ją, otworzyli duży zewnętrzny luk i ruszyli na zewnątrz.
Panowało przenikliwe zimno. Przez chwilę wędrowali po drogach wokół Underhill, obchodząc hałdę i wielkie solne piramidy.