Выбрать главу

— Sądzisz, że kiedykolwiek znajdą zastosowanie dla tej kupy soli? — spytał.

— Sax wciąż nad tym pracuje.

Co jakiś czas wracała do tematu Johna i Franka. Michel zadawał jej wnikliwe pytania jak typowy psycholog, a Maja odpowiadała jak typowa pacjentka. Własne głosy rozbrzmiewały im głucho w uszach. Taka interkomowa intymność.

Doszli do farmy porostów i Michel zatrzymał się, aby obejrzeć uprawy hydroponiczne. Chciał nasycić oczy ich intensywnymi, soczystymi kolorami. Czarne glony śnieżne, a za nimi grube maty symbiotycznych porostów otoo; znajdujące się w nich glony stanowiły pewien szczep sinic, który Wład najwyraźniej dopiero co wyhodował. Czerwone porosty nie wyglądały najlepiej, były jakieś nadmiernie rozrośnięte. A dalej? Porosty żółte i oliwkowe, porosty barwy khaki, śnieżnobiałe i w kolorze zielonej lipy — żywa zieleń! Biły w oczy, przyciągały wzrok, jak bujny kwiat na pustyni. Kiedyś Michel usłyszał, jak Hiroko, pochylając się nad nimi, powiedziała: “To jest viriditas”, co było łacińskim określeniem na “potęgi młodej zieleni”. Słowo to stworzyła średniowieczna mistyczka chrześcijańska imieniem Hildegarda. Viriditas przystosowywała się teraz do tutejszych warunków i zarastała powoli niziny północnej półkuli, ale najlepiej czuła się oczywiście w południowym lecie. Pewnego dnia, latem, zanotowano 285 kelwinów. Rekord został pobity o całe dwanaście stopni!

— Świat się zmienia — zauważyła Maja, kiedy mijali kolejne pomieszczenia farmy.

— Tak — odparł Michel i nie mógł się powstrzymać, by nie dodać: — Jeszcze tylko trzysta lat i osiągniemy temperaturę, w której da się żyć.

Maja roześmiała się. Czuła się już znacznie lepiej. Szybko wracała do równowagi, a przynajmniej zadziwiająco łatwo przechodziła od depresji do stanu euforii. Była osobowością niezwykle zmienną. Ostatnio Michel zainteresował się teorią “stałościzmienności” i teraz prowadził obserwacje wśród pierwszej setki. Od razu spostrzegł, że Maja jest najbardziej skrajnym przykładem niestabilności emocjonalnej.

— Wyjedźmy na zewnątrz zobaczyć pasaż Nadii — zaproponowała. Michel zgodził się natychmiast; był ciekaw, co się zdarzy, jeśli natkną się na Johna. Poszli na parking i wybrali pojazd — małego jeepa. Prowadził Michel i słuchając paplaniny Mai, zastanawiał się, czy rozmowa jest inna, kiedy głosy są, tak jak teraz, jakby oddzielone od ciał i docierają przez hełmy prosto do uszu słuchaczy. Brzmiało to tak, jakby rozmawiali przez telefon, albo — tylko czy to lepiej, czy gorzej? — jak gdyby się telepatycznie wymieniało z kimś myśli.

Betonowa droga była równa i Michel mógł jechać z maksymalną prędkością — sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. Wyczuwał pęd rzadkiego powietrza na szybce swojego hełmu, niemal fizycznie czuł ten nieszczęsny dwutlenek węgla, który Sax tak bardzo chciał wyeliminować z atmosfery. Michel uświadomił sobie, że do tego celu Sax potrzebowałby potężnych bioregulatorów, o wiele większych niż te porosty — lasów, rozległych, ogromnych, wielowarstwowych, słonolubnych lasów tropikalnych, posiadających olbrzymie pokłady węgla zawarte w drewnie, liściach, ściółce, torfie; potrzebował bagien torfowych głębokich na sto metrów i tropikalnych lasów deszczowych stumetrowej wysokości. Opowiadał im o tym kiedyś, a Ann w milczeniu słuchała tej wizji z nienawistnym wyrazem twarzy.

Po piętnastu minutach jazdy dotarli do pasażu Nadii. Ciągle jeszcze trwała tu budowa, pasaż był nie ukończony i wyglądał bardzo surowo i niechlujnie, jak wielokrotnie powiększone Underhill z pierwszego roku pobytu kolonistów na Marsie. Długa hałda ciemnoczerwonego gruzu wykopanego z rowu, który biegł ze wschodu na zachód, wyglądała jak kurhan Wielkiego Człowieka.

Michel i Maja zatrzymali się przy końcu wielkiego wykopu. Miał trzydzieści metrów głębokości, trzydzieści szerokości i kilometr długości. Na jego południowej stronie ustawiono już ścianę ze szkła, a północna pokryta była mozaiką zwierciadeł filtracyjnych i segmentów “organicznych”, czyli ogromnych marsjańskich butli z mikroorganizmami i terrariów. Wszystko razem tworzyło barwną i urozmaiconą całość, jakby gobelin łączący przeszłość i przyszłość. Większość terrariów wypełniona była świerkami i inną roślinnością, przypominając las typowy dla sześćdziesiątego stopnia szerokości geograficznej. Innymi słowy, przypominał stary dom Nadii Czernieszewskiej na Syberii. Czyżby był to znak, że i Nadia cierpiała na tę samą co Michel chorobę tęsknoty? Może mógłby ją nakłonić, by zbudowała dla niego Morze Śródziemne…

Nadia operowała na górze buldożerem. Oto kobieta, która ma swoją własną viriditas. Teraz zatrzymała maszynę i podeszła, aby się przywitać. Wszystko odbywa się zgodnie z planem, powiedziała spokojnie. Dodała jeszcze, że zdumiewają, jakich cudów można dokonać za pomocą coraz to nowszych automatycznych urządzeń nieustannie przysyłanych z Ziemi. I że hala jest już gotowa i obsadzona rozmaitymi drzewami, łącznie ze szczepem wyhodowanych tu karłowatych, już trzydziestometrowych sekwoi, prawie tak wysokich, jak cały pasaż. Za halą zainstalowała trzy rzędy komór podobnych do podziemnych sklepień z Underhill; ukończono już ich budowę i założono izolację. Kilka dni temu tę nową osadę szczelnie zamknięto, ogrzano i napełniono sprężonym powietrzem, można było więc pracować tam bez skafandrów. Trzy łukowate piętra zmniejszały się symetrycznie ku górze i całość przypomniała Michelowi Pont du Gard; rzeczywiście cała tutejsza architektura była wzorowana na rzymskiej, toteż nie powinien być aż tak zaskoczony. Łuki były szersze, ale cieńsze, lepiej przystosowane do marsjańskiej grawitacji.

Nadia wróciła do pracy. Tak, była niemal ideałem spokoju i opanowania. Była osobowością “stabilną”, zupełnym przeciwieństwem nieprzewidywalnej Mai. Powściągliwa, skromna indywidualistka, skryta i skupiona. Choć tak skrajnie odmienna od swojej przyjaciółki, dla Mai z pewnością kontakt z nią był bardzo korzystny. Nadia stanowiła coś w rodzaju przeciwwagi, była jak ciężarek specjalnie umieszczony na przeciwległej szalce, dzięki któremu Maja nie odrywała się od rzeczywistości. Michel zauważył, że pod wpływem opanowanego tonu tamtej jego kapryśna towarzyszka uspokaja się również, a kiedy Nadia wróciła do pracy, Mai jakby udzieliło się nieco z jej łagodności.

— Będę tęsknić za Underhill, kiedy się stąd wyprowadzimy — oświadczyła. — A ty?

— Nie sądzę — odparł Michel. — Tu będzie o wiele pogodniej. — Wszystkie trzy piętra nowego osiedla wychodziły na wysoką halę i miały tarasowate, szerokie balkony po słonecznej stronie pokoi, a więc mimo że cała budowla skierowana była ku północy i zakopana głębiej niż Underhill, dzięki znajdującym się po drugiej stronie wykopu zwierciadłom filtracyjnym, które od świtu do zmroku łowiły promienie słoneczne, do pomieszczeń osiedla przesączało się światło. — Cieszę się, że się przenosimy. Potrzebujemy odmiany, zupełnie nowej przestrzeni.

— Ale ta nowa przestrzeń nie będzie w całości należeć do nas. Przylecą tu nowi ludzie.

— Tak. I to da nam przestrzeń innego rodzaju.

Spojrzała na niego znacząco.

— Zwłaszcza po wyjeździe Johna i Franka.

— Tak. Chociaż nie musi to oznaczać nic złego. W większej społeczności — tłumaczył jej — zacznie znikać klaustrofobiczna, jakby “wiejska” atmosfera Underhill, w takiej perspektywie łatwiej dostrzec nowe aspekty pewnych spraw. — Michel zawahał się na chwilę, niepewny, jak precyzyjnie wyrazić myśli. Subtelne rozróżnienia są niebezpieczne, kiedy dwoje rozmówców używa języka wtórnego i do tego jeszcze dzieli ich język rodzimy; istnieje tak wiele możliwości nieporozumień, gdy Francuz rozmawia po angielsku z Rosjanką. — Musisz zaakceptować fakt, że być może po prostu nie chcesz wybrać między Johnem i Frankiem. Że w gruncie rzeczy pragniesz ich obu. W kontekście naszej pierwszej setki może to wyglądać nieco skandalicznie, ale w większym świecie, za jakiś czas…